Odnajdziesz się sam
- Автор: Савченко Владимир Иванович
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Grzegorz Abgarowicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
Epidemiami — jak dobrze byłoby za pomocą świadomości stwierdzić, które drobnoustroje zabijają człowieka, i wydusić je jak pluskwy!
Głodem — zapaść by w sen jak niedźwiedź, a nie puchnąć czy umierać! Ranami i obrażeniami w najrozmaitszych walkach — można by zregenerować oderwaną rękę albo wybite oko! Ale to wszystko za mało… Najważniejsza jest szybkość działania. Reakcje mięśniowe zachodzą w ciągu dziesiątych i setnych części sekundy, a najszybsza z reakcji metabolicznych — wyrzut adrenaliny z nadnerczy — w ciągu sekundy. A wydzielanie hormonów przez przysadkę i inne gruczoły daje o sobie znać dopiero po latach i to na całe życie. Więc — uśmiechnął się delikatnie — tych wiadomości ustrój nie utracił, ale po prostu jeszcze nie przyswoił. Bardzo trudno jest człowiekowi „wykuć” taką lekcję…
— …I dlatego na opanowanie przemiany materii we własnym ustroju trzeba będzie czekać miliony lat?
— Obawiam się, że nawet dziesiątki milionów — westchnął profesor. — My, ssaki, jesteśmy „bardzo młodymi mieszkańcami Ziemi.
Trzydzieści milionów lat — co to za wiek! Wszystko jest jeszcze przed nami.
— Niczego nie będzie przed nami, panie profesorze — zaperzył się Kriwoszein. — Obecne środowisko zmienia się z roku na rok, co tu można mówić o wkuwaniu przez miliony lat, gdzie powtórka materiału? Człowiek zszedł z naturalnej drogi ewolucji, dalej musi sam coś wymyślić.
— Toteż wymyślamy.
— Co? Pigułki, proszki, czopki, lewatywy i reżim łóżkowy! Jest pan pewien, że w ten sposób ulepszamy gatunek? A może go psujemy?
— Wcale nie namawiam pana, żeby się pan zajmował „pigułkami” i „proszkami”, jeśli życzy pan sobie w ten sposób nazwać opracowywane u nas nowe antybiotyki — twarz profesora stała się chłodna i nadęta. — Życzy pan sobie zajmować się tą koncepcją, cóż, niech się pan na to porywa. Ale wyjaśnienie nierealności i nieproduktywności takiego wyboru tematu pracy doktorskiej jest moim prawem i obowiązkiem.
Profesor wstał, wysypał niedopałki z popielniczki do kosza.
— Niech pan wybaczy, panie profesorze, nie chciałem pana urazić — Kriwoszein też wstał, rozumiejąc, że rozmowa skończona, i to skończona niezręcznie. — Ale… panie profesorze, są przecież interesujące fakty.
— Jakie fakty?
— No… na przykład w ubiegłym wieku w Indiach żył niejaki Ramakrishna, „człowiek-bóg”, jak go nazywano. Otóż kiedy w jego obecności kogoś bito, na ciele Ramakrishny pojawiały się blizny.
Albo.oparzenia sugestią”: odpowiednio wrażliwego człowieka można dotknąć ołówkiem i wmówić mu, że został dotknięty żarzącym się papierosem. Przecież w tych przypadkach sterowanie przemianą materii odbywa się bez wkuwania, prawda?
— Niech pan posłucha, uparty młody człowieku — zmrużył oczy profesor — ile pan może zjeść za jednym posiedzeniem zasuwek okiennych?
— Hmmm… — Kriwoszein, oszołomiony, wydął wargi — obawiam się, że ani jednej. A pan?
— Ja też. A jeden mój pacjent w bardzo odległych czasach, kiedy praktykowałem w klinice psychiatrycznej imienia Pawłowa, połknął bez specjalnej szkody dla siebie… — profesor, przypominając sobie, odrzucił głowę do tyłu — „zasuwek okiennych — pięć, łyżeczek do herbaty, aluminiowych — dwanaście, łyżek stołowych — trzy, szkła tłuczonego — dwieście czterdzieści gramów, nożyczek chirurgicznych małych — dwie pary, widelec — jeden, gwoździ różnych — czterysta gramów…” Niech pan zwróci uwagę, że cytuję nie protokół sekcji, ale historię choroby — sam robiłem resekcję żołądka. Pacjent wyleczył się z tendencji samobójczych, żyje prawdopodobnie po dziś dzień. A więc — profesor spojrzał na Kriwoszeina z wyżyn swej erudycji — w sprawach naukowych raczej nie należy przyjmować orientacji ani na fanatyków religijnych, ani na świeckich psychopatów… Nie, nie! — podniósł ręce ujrzawszy w oczach Kriwoszeina chęć zaprzeczenia. — Dość tej dyskusji. Niech pan się porywa, nie będę się sprzeciwiał. Nie wątpię, że zechce pan regulować przemianę materii jakimiś maszynowymi, elektronicznymi metodami…
Profesor w zamyśleniu spojrzał na doktoranta zmęczonym wzrokiem i uśmiechnął się.
— Chwytać żar-ptaka gołymi rękami — czy może być coś piękniejszego! A i cel święty: człowiek bez chorób, bez starości — starość to też skutek zaburzeń przemiany materii… Dwadzieścia lat temu na pewno dałbym się porwać takiej idei. Ale dziś… dziś muszę robić tylko to, co można zrobić na pewno. Choćby to nawet były pigułki…
Kriwoszein skręcił w przecznicę, prowadzącą do Instytutu Systemologii, i o mało nie zderzył się z rosłym mężczyzną w granatowym, niestosownym do pogody, ciepłym płaszczu. Zaskoczeni, próbowali się wyminąć, ale okazało się to niełatwe: Kriwoszein odstąpił w lewo, aby go przepuścić, a tamten zrobił krok w prawo.
Potem obaj zrobili krok w stronę przeciwną. Mężczyzna ze zdumieniem spojrzał na Kriwoszeina i znieruchomiał.
— Przepraszam — wybąkał wreszcie i poszedł dalej.
Ulica była cicha, pusta; po pewnym czasie Kriwoszein usłyszał kroki za plecami i obejrzał się: mężczyzna w płaszczu szedł w pewnym oddaleniu za nim. „Patrzcie go, tego Onisimowa — rozweselił się. — Śledzić mnie kazał, uparciuch!” Na próbę przyspieszył kroku i usłyszał przyspieszony krok tamtego. „E, niech go tam… Tego tylko brakowało, żebym ślady za sobą zacierał.” — Szedł więc spokojnie, kołysząc się z boku na bok. Czuł jednak za plecami obecność tamtego. Myśli powróciły do rzeczywistości.
„Widocznie Walka zrobił jeszcze jedno doświadczenie, a może i nie jedno? Nie wyszło: zwłoki, które zmieniły się w szkielet… Ale co ma do tego milicja? I gdzie on sam się podział? Czmychnął widocznie nasz Wala na motorze, byle dalej, póki nie ucichnie. A może jest w pracowni?”
Kriwoszein podszedł do monumentalnej, zdobionej żelaznymi wykrętasami bramy Instytutu. Kamienne pylony, na których zawieszona była brama, były tak obszerne, że w jednym mieściło się biuro przepustek, w drugim portiernia. Otworzył drzwi. Stary Wachtiorycz, odwieczny strażnik nauki, kiwał się za barierką.
— Dobry wieczór! — skinął głową Kriwoszein.
— Wieczór, panie inżynierze — odpowiedział stary, wyraźnie nie mając ochoty sprawdzać przepustki: w portierni przyzwyczajono się już do tego, że kierownik pracowni nowych systemów odwiedza Instytut o najróżniejszych porach dnia i nocy.
Kriwoszein wchodząc do parku obejrzał się: dryblas w płaszczu dreptał pod bramą. „Widzisz, kochany? — pomyślał sobie. — System przepustek ma jednak uzasadnienie.”
Okna w pawilonie były ciemne. Przed drzwiami w ciemności czerwieniał ogienek papierosa. Kriwoszein przykucnął pod drzewem i na jaśniejszym tle nieba zobaczył czapkę mundurową na głowie palącego. „Nie, na dziś mam dość milicji. Trzeba iść do domu… — uśmiechnął się i poprawił: — Do jego domu.” Skręcił w stronę bramy, ale przypomniał sobie o osobniku w płaszczu i zatrzymał się. „To byłoby niezgodne z regułami gry: śledzony nie wychodzi naprzeciw śledzącemu. Niech sobie popracuje.” Kriwoszein skierował się w przeciwległy koniec parku, gdzie gałęzie starego dębu zwisały nad żelaznymi ostrzami ogrodzenia.
Zeskoczył z gałęzi na chodnik i poszedł w stronę osiedla.
„Ale co się tam właściwie stało? I kto to jest ten chłopak, który czekał na mnie na lotnisku? Jakże zmylił mnie ten telegram: wziąłem go za Walę! Ale przecież podobny był, i to bardzo. Czyżby? Wala wyraźnie nie zasypiał gruszek w popiele. Szkoda, że nie pisywaliśmy do siebie. Swoją drogą, przesadziliśmy z ambicjami. Każdy chciał pokazać, że obejdzie się bez drugiego, a po roku zastrzeli go własnymi wynikami! Właśnie własnymi! Wyższa forma własności…