Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Wieczorem Razwijara wezwał dziesiętnik Bran.
Biorę ludzi, idziemy na przełęcz. Patrol w parowie widział chimajrydów i ich baby z nimi.
Jeśli baby, to znaczy, że klan wyruszył z miejsca, żeby je pokryć, kiedy przejdą przez przełęcz.
Ustawię cię na nocnej zmianie, po północy wstąpisz na środdkową galerię, tam stary Tis przydziela zmiany. Popatrz mi w oczy, zrozumiałeś?
— Po północy — posłusznie powtórzył Razwijar.
Z uderzeniem wieczornego dzwonu, przestąpił próg „ptasznika”, gdzie tak długo nie śmiał pokazać nosa. Starsza służąca wsparła ręce pod boki:
— Ty do kogo?
— Do Dżal.
— Z wyglądu jesteś młodziak, czy aby nie z młodszej dziesiątki?
— Prawdziwy strażnik.
— A więc wczesny — powiedziała służąca w zamyśleniu. — Dobrze, wchodź, a ja zaznaczę na tabliczce, że jest dzisiejszej nocy zajęta… Liczyć umiesz? Na prawo trzecie drzwi po dziesiątych.
Razwijar wyszedł na balkon, biały i czysty, odgrodzony od przepaści niewysoką kamienną barierą. Zatrzymał się, rozejrzał, popatrzył w dół. Chrząknął, bez pośpiechu ruszył wzdłuż ściany. Do drzwi przyczepiony był pęczek uschniętej trawy. Ochrona? Znak?
Wszedł, nie pukając.
Okien nie było. Paliła się świeczka w kącie, odbijała się w maleńkim żelaznym zwierciadle.
Na niskim stołeczku, tyłem do drzwi siedziała Dżal, rozpuszczone włosy spływały po plecach.
Nie obejrzała się. Zapewne nie rozpoznała go od razu; wszedł strażnik, jak zwykle. Razwijar przymknął drzwi i w komnacie zrobiło się ciemno. Podszedł i zatrzymał się za plecami dziewczyny i zobaczył w zwierciadle dwa oblicza — swoje i Dżal.
Ona go poznała. On siebie — nie.
Już dawno nie patrzył w lustro, jak wielu strażników nie tracił czasu na golenie i nacierał brodę i policzki kapeluszem „bezbrodego grzyba”, bez wysiłku usuwając szczecinę. Teraz przed nim stał nieznajomy człowiek z wyciągniętym, bladym obliczem, ostrym podbródkiem, bardzo ciemnymi oczami o dziwnym kształcie. Na załamanym nosie wybijała się biała chrząstka. Twarz była poważna i drapieżna, wyprana z emocji. Obok odbijało się oblicze Dżal, od jej oddechu drżał płomień świeczki. Czego się przestraszyła?
— Czego się przestraszyłaś?
Pochyliła głowę, spuszczając rzęsy jak zasłony.
— Witaj… przyszedłeś na całą noc?
— Przyszedłem cię zabrać.
— Nie — dziewczyna pokręciła głową. — Nie można…
— Można. Nie ma straży w zamku, tylko nocna zmiana. Będę stał po północy na środkowej galerii, tam trzeba zejść z waszego balkonu, nawet mysz to potrafi. Pójdziesz ze mną?
Patrzyła błagalnie:
— Po co… Ja już przywykłam… Pojmą i zabiją… Boję się!
Chłopak usiadł na sienniku. Wzięła to za koniec rozmowy i wprawnie sięgnęła ku wiązaniom sukni pod szyją. Rozwiąała je, poruszyła ramionami, suknia ześliznęła się, obnażając ramiona i piersi.
Razwijar siedział nachmurzony, z taką siłą ściskając skraj siennika, jakby to była szczapka drewna na wzburzonym morzu. Ma prawo do Dżal tutaj, teraz, do samej północy. Na równi z Krzywulcem, ze starym Tisem, z każdym strażnikiem albo wartownikiem zamku. Czy wypada robić dziewczynie wymówki, jeśli ona nie zgadza się łamać ustalonego tradycją i porządku i zamieniać go na śmiertelne niebezpieczeństwo, na strach, na trudy ucieczki?
Dżal wstała upuszczając suknię na podłogę. Była szczupła, smagłoskóra, zupełnie jak kobiety Złotych, które wyobrażał sobie Razwijar, siedząc na wyspie z latarnikiem i patrząc na dalekie Mirlie. Ale tamte kobiety były nieprzystępne. Trzeba je było kupić za wielkie pieniądze, zapewne posiąść siłą. Brać za żony tylko będąc znacznym, czystej krwi Złotym. A Dżal, której Razwijar pragnął od dawna niepohamowanie, stała przed nim naga i całkowicie posłuszna.
Przewrócił ją na siennik — gwałtownie i szorstko. Była uległa, a nawet miła dla niego. Jej wargi rozchyliły się w zalotnym uśmiechu. I Razwijar całował te napięte wargi, a potem, złapawszy oddech, powtarzał to, patrząc jej w oczy:
— Uprowadzę cię, rozumiesz? Dzisiaj uprowadzę stąd… Słyszysz mnie?
Uśmiechnęła się smutno.
Razwijar wyszedł od Dżal godzinę przed północą zmieszany i zły. Na balkonie nikogo nie było, ponieważ służące dzisiaj odpoczywały, jutro będą miały dużo pracy, kiedy dziesiętnik przywiedzie dzieci z przełęczy…
Stał przy poręczy, ale nie zobaczył gwiazd nad zębatymi ścianami czarnych gór. Przywidział mu się las wokół rodzinnego domu, polana, odzyskana dla zbóż i stada wiewiórek, falą sunące po miedzy.
Kiedyś je zobaczy. I może nawet rozpozna pośród nich swoją matkę.
— Mam dla ciebie robotę, pisarczyku.
— Księga? — wyrwało się Razwijarowi. — Ale przecież teraz…
— Zamknij się!
Władca stał na półokrągłym balkonie, spoglądając na góry. W dole, w wąwozie ryczał potok, wezbrany tającymi śniegami. Razwijar dopiero co przybiegł z koszar. Chwilę wcześniej wrócił mały oddział, a raczej to, co z niego zostało, czyli Krzywulec zraniony w rękę i Tari–Koło.
Padając z nóg, ludzie z patrolu obwieścili, że na osadę Dolne jaskinie napadli chimajrydzi.
Częściowo powybijali, częściowo rozpędzili pastuchów i zabrali się za uprowadzanie stada. W tym czasie, kiedy dziesiętnik Bran był na górskiej przełęczy, gdzie czatował na zdradliwe stworzenia — te napadły z dołu i okazało się, że w zamku nie ma wystarczająco dużo ludzi.
— Mam dla ciebie robotę, skrybo. Pójdziemy tam razem… Wiesz, gdzie? Do pieca.
Weźmiesz jajo i rozbijesz skorupę. Potem wyruszysz do Dolnych jaskiń, zabierając ze sobą… kilku ludzi, sam zdecydujesz, kogo. Rozkazuję ci: zabić wszystko, co porusza się na czterech nogach i na dwóch. Odzyskać stado. Odszukać ocalałych górali i wytłumaczyć im, że nie są bezbronni, a danina, którą mi płacą, oznacza rychłą śmierć ich wrogom. Wszystko jasne?
— Tak, władco — powiedział Razwijar po chwili milczenia.
— Dobrze. Idziemy.
W ten sposób Razwijar w kilka minut do północy nie zajął swojego posterunku na środkowej galerii. I teraz, krocząc w ślad za władcą długim korytarzem, nie mógł opędzić się od myśli: co, jeśli Dżal na niego czeka?
Uwierzyła mu. Pokonała strach. Ostatecznie pokochała go i była gotowa zaryzykować. Stoi w drzwiach swojej komnaty i czeka na umówiony sygnał, a sygnału nie ma.
Drogę oświetlał jeden z osobistych ochroniarzy władcy. Ogień pochodni wydobył z mroku gładką ścianę z prawej strony i kamienną koronkę z lewej, dziwaczną, wyszlifowaną do połysku, z gwiazdami w prześwitach. Taką koronkę, pomyślał Razwijar, mogą wyciąć z kamienia tylko ludzkie ręce, bo czyż tak delikatna robota jest na siły bezrozumnych skalników?
Palacze pracowali dniem i nocą, kręcili bloki, podnoszące z dołu beczki z węglem.
Przestrzenna sala z niskim sklepieniem była zalana czerwonym światłem pieca.
— Palacze precz. Straż zostaje. — Władca podszedł do pieca, wyciągnął szyję, zaglądając do jego wnętrza, jakby nie zauważył strasznego żaru. — Bierz bosak, Heksie.
Razwijar wybrał bosak ze stojaka, gdzie, jak włócznie w zbrojowni, na swój czas czekały łopaty, ognioodporne tarcze i pancerze oraz narzędzia podobne do zwykłego pogrzebacza. Wylot pieca był bardzo mały w porównaniu z jego kolosalnym wnętrzem; Razwijar stanął obok władcy, spojrzał w ogień i zakręciło mu się w głowie. Zobaczył równinę zasadzoną czarnymi, gorejącymi głowami, zobaczył las z ognistych pni, zobaczył wzburzone morze falującego od żaru popiołu.