Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Enklawa Wolski w shortach (2)
Enklawa Wolski w shortach (2) - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Enklawa Wolski w shortach (2)

Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:

Kolejny tom wolszczyzny zawiera krótką powieść Enklawa, w nowej, poprawionej i przeredagowanej wersji oraz kilka dłuższych nowel, podzielonych na bloki: Baśnie dla bezsennych, Party i Horrory na późne wieczory.
Marcin Wolski nie zamyka się w jednej konwencji, miesza je. żongluje, nagina do swoich potrzeb. Znajdziemy tu kryminał, polityczną sensację, historię alternatywną, science fiction, romans, horror. Część opowiadań jest po raz pierwszy prezentowana czytelnikowi. Wszystkie teksty łączy wspólny rodowód – Radio, na którego zamówienie i potrzeby powstały. A także niepowtarzalny styl Marcina Wolskiego: humor, ironia, sensacyjne spięcia fabuły i zaskakująca puenta. To proza, którą uwielbiają czytelnicy w każdym wieku.
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 81
Перейти на страницу:

– Stój! – usłyszał szept rannego. Obejrzał się. Oczy Hioba gorzały, a ręka mocno ściskała colta…

– Moja broń… – syknął Tim. – Ukradłeś mi broń!

– Zaraz ci ją zwrócę… Ale najpierw chwilę porozmawiajmy. Docenisz kiedyś wagę tej rozmowy. Tylko stój, nie ruszaj się – powtórzył. – Która godzina?

– 4.30.

– A więc pozostało półtorej godziny. – Do czego?!!!

– Do końca świata. Nie, nie ruszaj się… Nic nie możesz zrobić. Nawet jeśli zawiadomisz swego szefa z Super Service… świat został skazany już parę tygodni temu. I nic nie zatrzyma zagłady.

– Nie wierzę!

– Błogosławieni, którzy nie wierzą. Przynajmniej umierają w nieświadomości – ale dość dygresji, muszę się streszczać. Mam mało czasu, a dużo spraw.

– Co to będzie za kataklizm? – pyta Tim. Gardło ma suche, a grdyka drga mu nerwowo.

– Zobaczysz! A więc proszę, nawet jeśli umrę, nie wszczynaj alarmu. Lepiej żeby świat dowiedział się jak najpóźniej. To oszczędzi cierpień, a kres przyjdzie bardzo szybko.

– Ależ to czysty obłęd, jakaś przerażająca zbrodnicza paranoja!

– Czy kiedy umiera ranne zwierzę, nie należy go dobić?! Podobnie jest z naszym światem. Toczył go nieuleczalny nowotwór złośliwy…

– Bzdura! Jednostronne spojrzenie!

Policjant chciał skoczyć ku umierającemu, ale w tym momencie rozległy się kroki i na zaplecze wszedł Patrickson.

– Wszystko gotowe, bracia. Sterowiec był już napełniony przedwczoraj, po waszym pierwszym sygnale. Kończymy załadunek, a za kilkadziesiąt minut osiągniemy cel!

– Ty zostaniesz!

Gospodarz stanął jak zamurowany. Szczęka mu opadła, a twarz zrobiła się kredowobiała. Dopiero teraz zauważył na wprost siebie ciemny wylot lufy…

– Jak… jak to?

– W nowym lepszym świecie nie ma dla ciebie miejsca, Patryku O’Brien – powiedział Hiob.

Teraz zdumienie ogarnęło Tima… A więc ów filantrop Bert Patrickson był osławionym szefem apokaliptyków, który tak znakomicie ukrył się przed laty… Czyżby pieniądze, które posłużyły na fundację, stanowiły mienie samobójców?!!

– Ale… przecież… tyle dla was zrobiłem! – jęknął dyrektor Studium.

– To zaledwie część pokuty! Byłeś tylko paznokciem na palcu Opatrzności, łajdaku – chrypi apokaliptyk. – Kiedy odnaleźliśmy twą kryjówkę, morderco swoich współbraci, miałeś już nasz wyrok. Jeremy pozwolił na odroczenie go. Uczynił cię swym narzędziem, najpewniejszym, bo ślepym. Pracując w Studium oddałeś nam pewne usługi, które oby choć w części zmazały twe łajdactwo. Teraz pozwolimy ci umrzeć.

– Nie… nie… jesteście takimi samymi zbrodniarzami jak ja… Większymi, w końcu wydaliście wyrok na sześć miliardów ludzi… Nie! – tu skoczył ku Hiobowi, ten był jednak szybszy.

Pierwszy strzał rzucił O’Briena w tył, drugi zgiął na dwoje, trzeci wyprostował, a czwarty dobił.

Tim wyrwał pistolet z dłoni Hioba… Ten nie opierał się wcale…

– Biegnij do sterowca… zabierz się z nimi… na Enklawę! – jęknął tylko.

– A ty?

– Ja tu zostanę, poczekam! Moja rola została zakończona – mimo bólu, na twarzy umierającego pojawił się zagadkowy uśmiech.

Inspektor nie pobiegł jednak do hangaru. Szybko odnalazł swój samochód. Wywołał centralę i poprosił o połączenie. Podał zastrzeżony numer szefa. Czekał.

– Wyjechał na weekend… wyjechał na weekend… wyjechał na weekend – odezwała się automatyczna sekretarka.

– Przekleństwo!

Tim nerwowo przypominał sobie wszystkie znane telefony. Policja? Nie, przecież z policji go wyrzucono. Gubernator – nawet go nie wysłucha. Wydzwonił wreszcie swego starego kumpla z „Depressian News”.

– Halo, tu Tim…

Rozespany dziennikarz sklął go jak szewc.

– O co chodzi? Budzisz ludzi w środku nocy…

– Słuchaj, Ralf, musisz mi pomóc! Nadchodzi koniec świata…

– Zadzwoń jutro…

– Kiedy to już dziś, za godzinę!

– Słuchaj Tim, nic mnie to nie obchodzi. Pracuję w dziale miejskim, dałbym ci telefon Staną z działu ciekawostek przyrodniczych, ale właśnie jest na urlopie…

– Hallo, brat nie leci z nami? – przed ciężarówką stała Maria, piękna Włoszka przypominająca swą urodą najlepsze czasy Giny Lollobrigidy…

– Ja… ja… – nie potrafił wykrztusić nic rozsądnego.

– Wszyscy jesteśmy już w sterowcu. Brakuje tylko brata, ojca Berta i Hioba… Nie wie brat, gdzie oni mogą być?

Przez moment chciał powiedzieć prawdę, zmienił jednak zamiar. Popatrzył na biust niemal rozsadzający podkoszulek i wielkie, sarnie oczy Marii.

– Dolecą do was później, siostro – rzekł spokojnie. – Zostało im parę spraw do załatwienia.

– W takim razie kto zadecyduje o odlocie… Może brat… jak bratu na imię?

– Abakuk!

– No więc?

– Odlatujemy!

– Czy jeszcze pana z kimś połączyć? – odezwał się głosik telefonistki w słuchawce, którą wciąż ściskał w ręku.

– Nie, już nie!

31. Walter

Jakże inaczej wyglądał Jeremiasz, gdy wypchnięty przez Nakayamę wypłynąłem pośrodku stawu, obok ziemianki. Prorok ubrany był w śnieżnobiałą jedwabną szatę. Wyglądał jak Stwórca po fajrancie. Tylko drżące ręce i półprzytomne oczy kłóciły się z resztą dostojeństwa.

– Będziesz miał przyjemność być świadkiem, Walterze.

– Świadkiem czego? – ciągle wydawało mi się, że lada moment obudzę się i zniknie ten cały surrealizm. – Co chcesz zrobić?

– Już zrobiłem i nic nie może mi przeszkodzić, elektryczny impuls wprawił w ruch dzieło zniszczenia, nawet ja nie mógłbym go powstrzymać.

Nic nie powiedziałem. Wątpię zresztą, czy cokolwiek by do niego dotarło.

– Ileż nocy i dni, Walterze, spędziłem na medytacji. Ile razy zadawałem sobie pytanie, czy powinienem. I zawsze w końcu dochodziłem do wniosku, że muszę. Nie mogąc ocalić świata, musiałem go zniszczyć w najmniej bolesny sposób, zniszczyć tak, by pozostało na nim życie, a człowiek odrodził się w swoim lepszym wydaniu.

Nie pojmowałem do czego zmierza.

– Mógłbym ci pokazać wykresy, dane, fakty, obliczenia, Walterze. Wynika z nich niezbicie, że konflikt atomowy musi wybuchnąć w świecie w ciągu roku. Broń nuklearna znalazła się w rękach band terrorystów; rozbieżności między mocarstwami nabrzmiały do katastroficznych rozmiarów. A jeśliby nawet odwleczono wojnę, już rozpoczął się kryzys surowcowy, doszło do nie odwracalnej degrengolady moralnej. Stanęła na głowie sztuka, rozpadła się rodzina, ogłoszono śmierć Boga.

– Może to i prawda – zawołałem – ale pan nie ma prawa…

– Ja nie mam prawa? Owszem, mam. Moim prawem jest możliwość. Moja praktyczna wszechmoc, która sprawi, że jeszcze dziś ludzkość umrze! Chodź, popatrz.

Zbliżyliśmy się do krawędzi Enklawy… W dole, jak co dzień, miasto pulsowało na podobieństwo olbrzymiej wieloramiennej ośmiornicy. Zdawało mi się, że w jednym rozbłysku świadomości widzę tych wszystkich ludzi na dole, ludzi marnych, ludzi grzesznych, ludzi głupich, ale żywych…

– Nie wolno ci, Jeremy!

Wybuchnął śmiechem… Śmiał się histerycznie, stając na krawędzi okapu i rozpościerając dłonie nad potępionym światem. Skoczyłem ku niemu, pchnąłem. Nie krzyknął nawet, tylko jak wielki biały ptak poszybował ku ziemi…

Przepraszam! Skłamałem. Zobaczyłem to tylko oczami mojej wyobraźni. W istocie między mną a tym szatanem stanął Nakayama. Nakayama niczego nie odczuwający, a może tylko znakomicie skrywający swoje emocje pod maską etykiety. Parę metrów dalej przykucnął inny facet, którego nie znałem. Prawdopodobnie Daniel, o którym wspominał Bob.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)