Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ognie niebios
Ognie niebios - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ognie niebios

Электронная книга - «Ognie niebios». Краткое содержание книги:

Ognie niebios
1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 293
Перейти на страницу:

Nie zdawał sobie sprawy, że zrobił krok, dopóki Aviendha nie przytrzymała go za ramię.

Chwilę później Egwene trzymała go za drugie; obie wczepiły się w niego, jakby miały zamiar przyspawać go do miejsca.

— Nie rób z siebie kompletnego durnia z wełną zamiast mózgu — powiedziała Egwene, wzdrygając się pod wpływem jego groźnego spojrzenia, ale nie puszczając. Na nowo zawiązała brązową chustę wokół głowy, ale przeczesanie włosów palcami nie zaprowadziło w nich porządku, poza tym kurz nadal pokrywał bluzkę i spódnice. — Ktokolwiek to zrobił, jak sądzisz, dlaczego czekał tak długo, dopóki się nie zmęczyłeś? Bo w razie, gdyby nie udało mu się ciebie zabić i ty zaczniesz go ścigać, to staniesz się. łatwym celem. Ledwie potrafisz ustać o własnych siłach!

Aviendha również nie była bardziej skłonna, by już go puścić; patrzyła mu w oczy równie stanowczo.

— Jesteś potrzebny tutaj, Randzie al’Thor. Tutaj, Car’a’carnie. Czy twój honor wiąże się z zabiciem tego człowieka, czy też z tymi, których przyprowadziłeś do tej ziemi?

Nadbiegł jakiś młody Aiel, torując sobie drogę wśród Panien, z shoufą opuszczoną na ramiona; włócznie i tarcza huśtały się swobodnie u jego boku. Nie dał po sobie poznać, czy uważa widok dwóch kobiet podtrzymujących Randa za osobliwy. Z nieznaczną ciekawością omiótł wzrokiem roztrzaskane pozostałości wieży, martwe i ranne kobiety, jakby się zastanawiał, co też tu mogło się stać i gdzie w takim razie jest martwy wróg. Wbił włócznie w ziemię przed Randem i powiedział:

— Jestem Seirin, ze szczepu Shorara w klanie Tomanelle.

— Widzę cię, Seirin — odparł Rand równie formalnie. Co nie było łatwe, gdy dwie kobiety trzymały go tak, jakby uważały, że może uciec.

— Han z Tomanelle przysyła wiadomość Car’a’carnowi. Klany zgromadzone na wschodzie zmierzają wszystkie ku sobie. Wszystkie cztery. Han zamierza przyłączyć się do Dhearicka i posłał po Erima. by ten również połączył się z nimi.

Rand ostrożnie wciągnął powietrze w płuca, licząc, że kobiety wezmą jego grymas za reakcję na te wieści; paliło go w boku i czuł krew, która strugami ciekła pod koszulą. A zatem nie będzie nikogo, kto by zagnał Couladina na północ. mimo iż Shaido zostali rozbici. O ile rzeczywiście tak było; jak dotąd nie zauważył żadnych tego oznak. Dlaczego Miagoma i pozostali się łączą? Tym samym ostrzegaliby go przecież, gdyby zamierzali go zaatakować. Jeśli jednak rzeczywiście chcieli go zaatakować, to wówczas Han, Dhearic i Erim przegrają z nimi liczebnie i jeśli Shaido będą się dostatecznie długo bronić, a te cztery klany przebiją się... Widział, że nad zalesionymi wzgórzami zaczęło padać, teraz, kiedy Egwene i Aviendha nic kontrolowały chmur. To zaszkodzi obu stronom. Kobiety mogą nie odzyskać kontroli z tej odległości, chyba że, wbrew wrażeniu, jakie sprawiały, znajdują, się w lepszym stanie.

— Powiedz Hanowi, by robił, co musi, żeby ich nie dopuścić na tyły.

Seirin, już doświadczony wojownik, mimo że taki młody — w rzeczy samej, mniej więcej w wieku Randa — uniósł brew ze zdziwienia. No przecież, Han nie postąpi inaczej i Seirin o tym wiedział. Czekał tylko dostatecznie długo, by się upewnić, że Rand nie ma dla niego innego posłania, po czym odwrócił się i popędził w dół zbocza, równie szybko, jak nadbiegł. Bez wątpienia liczył na to, że wróci dostatecznie prędko, by nie uronić z walki nic ponad to, co musiał, a która, skoro już o tym mowa, być może wybuchła już na wschodzie.

— Niech ktoś przyprowadzi Jeade’ena — powiedział Rand, kiedy Seirin się oddalił. Gdyby spróbował iść tak daleko piechotą, to rzeczywiście potrzebowałby kobiet, żeby go podtrzymywały. Te dwie bardzo się od siebie różniły, w tym momencie jednak twarze ich przybrały niemal bliźniaczo podobny wyraz podejrzliwości. Takie spojrzenie stanowi zapewne jedną z tych rzeczy, jakich każda dziewczyna uczy się od swej matki. -Nie będę ścigał Sammaela. — Na razie. — Ale muszę być. bliżej miasta.

Skinieniem głowy wskazał przewróconą wieżę; do takiego tylko gestu był zdolny, gdy one tak na nim wisiały. Pan Tovere pewnie jakoś uratuje soczewki ze szkieł powiększających, ale z całej wieży nie zostały nawet trzy całe kłody. Nie będzie dziś więcej obserwacji z tego punktu.

Egwene była zwyczajnie niepewna, ale Aviendha niemal bezzwłocznie przykazała jakiejś młodej Pannie, by ta udała się do gai’shain. By również sprowadzili Mgłę, czego on z kolei nie przewidział. Egwene zaczęła się otrzepywać, mrucząc coś pod nosem na temat kurzu, Aviendha natomiast znalazła gdzieś grzebień z kości słoniowej i jeszcze jedną szarfę. Mimo upadku jakimś cudem obie wyglądały już na znacznie mniej sponiewierane niż on.

To mu kazało się zastanowić. Czy on w ogóle o którejś pomyślał, zamiast wyłącznie o sposobie, w jaki mógłby je wszystkie wykorzystać? Powinien zapewnić im takie same bezpieczeństwo, jakie miały na wieży. Wieża co prawda nie była specjalnie bezpieczna, jak się okazało, ale tym razem zorganizuje wszystko lepiej.

Sulin wstała, kiedy się do niej zbliżył; spod białego czepka bandaża z algode pokrywającego czubek jej głowy wystawały siwe kosmyki.

— Przenoszę się bliżej miasta — powiedział jej — do miejsca, skąd będę widział, co się dzieje i być może będę mógł interweniować. Wszystkie ranne mają pozostać tutaj, razem z dostateczną liczbą pozostałych, które je w razie potrzeby obronią. Niech to będzie silna straż, Sulin: ja potrzebuję przy sobie tylko garstki; byłaby to kiepska zapłata za honor, jaki ofiarowały mi Panny, gdybym dopuścił do zabicia rannych. -To powinno zatrzymać większą ich część poza zasięgiem walk, których i on będzie musiał unikać, by uchronić przed nimi również pozostałe Panny, a ze względu na stan jego sił, będzie mu to na rękę. — Chcę, żebyś ty została tutaj i...

— Ja nie jestem ranna — wtrąciła sztywno, a on zawahał się, po czym wolno skinął głową.

— Ależ oczywiście. — Nie wątpił, że jej rana jest poważna. ale z kolei nie wątpił też, że to twarda kobieta. I gdyby została tutaj, to wówczas na czele jego straży mógłby stanąć ktoś pokroju Enaili. Bycie traktowanym niczym brat nie. było ani trochę tak irytujące, jak bycie traktowanym jak syn, a on nie miał nastroju. by borykać się z tym drugim. — Ufam jednak, że dopatrzysz, by nie udał się za mną nikt ranny, Sulin. Nie. będę się zatrzymywał. Nie mogę dopuścić nikogo, kto będzie opóźniał marsz albo kogo trzeba będzie zostawić po drodze.

Przytaknęła bardzo gorliwie, nabrał więc przekonania. iż ona zmusi do pozostania każdą Pannę, która była bodaj zadraśnięta. Z wyjątkiem niej samej, rzecz jasna. Tym razem nie miał poczucia winy, że kogoś wykorzystuje. Panny same decydowały, że wezmą włócznie, niemniej jednak również to one same zdecydowały, że za nim pójdą. Być może “pójdą” nie było tu właściwym słowem, jeśli wziąć pod uwagę rzeczy, które niekiedy robiły, to jednak, w jego mniemaniu, niczego nie zmieniało. Nie wyda, nie mógł wydać, rozkazu kobiecie, by poszła na śmierć, i koniec. Prawdę powiedziawszy, spodziewał się przedtem jakiegoś protestu. I był tylko wdzięczny za to, że jednak go nie było.

„Jestem pewnie bardziej delikatny niż mi się wydaje”.

Pojawiło się dwóch odzianych w białe szaty gai’shain, którzy prowadzili Jeade’ena i Mgłę, za nimi podążał cały tłum innych, z naręczami bandaży i maści oraz wielkimi gronami brzuchatych worków z wodą na ramionach, kierowanych przez Sorileę i kilkanaście innych znajomych mu Mądrych. A w każdym razie uznał, że chyba zna `imiona połowy z nich.

Sorilea wyraźnie przejęła dowodzenie i za jej rozkazem gai’shain i Mądre jednako zaczęli krążyć wśród Panien i opatrywać ich rany. Zmierzyła wzrokiem Randa, Egwene i Aviendhę, w zamyśleniu marszcząc czoło i wydymając wąskie wargi. najwyraźniej przekonana, że ta trójka wygląda na dostatecznie poobijaną, by należało obmyć ich rany. Pod wpływem tego spojrzenia Egwene wdrapała się na siodło siwej klaczy, uśmiechając się i kłaniając głową w stronę wiekowej Mądrej, gdyby jednak Aielowie bardziej się znali na jeździe konnej, wówczas Sorilea zrozumiałaby, że niezdarna sztywność Egwene nie jest normalna. Był to również sprawdzian stanu, w jakim znajdowała się Aviendha, ta bowiem bez protestu pozwoliła Egwene wciągnąć się na siodło. Ona także uśmiechnęła się do Sorilei.

Rand wskoczył na siodło jednym zgrabnym ruchem, zaciskając zęby. Protest obolałych mięśni utonął pod lawiną bólu w boku, jakby na nowo został przeszyty mieczem i musiała upłynąć cała minuta, zanim był w stanie znowu oddychać, ale nic po sobie nie pokazał.

Egwene podjechała na Mgle do Jeade’ena, dostatecznie blisko, by móc szepnąć:

— Skoro z takim trudem dosiadasz konia, Randzie al’Thor, to może na razie w ogóle zapomnisz o jeździe

Aviendha przybrała typowy dla Aielów, nieprzenikniony wyraz twarzy, nie spuszczając przy tym z niego wzroku.

— Ja też zauważyłem, jak wy wsiadałyście — odparł cicho. — Może to ty powinnaś zostać tutaj i pomagać Sorilei, dopóki nie poczujesz się lepiej. — To kazało jej zamknąć usta, aczkolwiek jednocześnie wykrzywiły się w pełnym niezadowolenia grymasie. Aviendha obdarzyła Sorileę jeszcze jednym uśmiechem; stara Mądra wciąż ich obserwowała.

Rand zmusił jabłkowitego wierzchowca do galopu w dół zbocza. Każdy krok wywoływał wstrząs w boku, oddychał przez zaciśnięte zęby, ale musiał pokonać pewną odległość, a nie mógł zrobić tego na piechotę. Poza tym spojrzenie Sorilei zaczynało już działać mu na nerwy.

Mgła zrównała się z Jeade’enem, zanim pokonał pięćdziesiąt kroków w dał gęsto porośniętego zbocza, a po kolejnych pięćdziesięciu dogoniła go również Sulin i sznur Panien; niektóre biegły, żeby go wyprzedzić. Było ich więcej, niż się spodziewał, ale to nie miało znaczenia. To, co trzeba było zrobić, nie wymagało zbliżania się do walczących. Mogły zostać bezpiecznie przy nim.

Objęcie saidina, nawet za pomocą angreala, wymagało wiele wysiłku; sam jego ciężar zdawał się przygniatać go jeszcze mocniej niż zazwyczaj, skaza też jakby przybrała na sile. Przynajmniej Pustka osłaniała go przed bólem. A w każdym razie do pewnego stopnia. A jeśli Sammael znowu spróbuje się z nim zabawiać...

Zmusił Jeade’ena do przyśpieszenia kroku. Cokolwiek robił Sammael, on miał własne zadanie do wykonania.

1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 293
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)