Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Tylko co z duszami tych, którzy jedli taki pokarm?
Ale czy mógł ich oceniać?
Wyszedł z namiotu i rozejrzał się. Nad morzem, jak co rano, wisiała mgła, która wkrótce opadnie, ukazując martwe fale. Przeniósł wzrok na południe, za obóz. Przełęcz w górach wciąż błyskała żelazem. Ludzie nie zejdą tu, do nich, o nie, po prostu będą patrzeć, jak jego lud wymiera.
Potem zobaczył, jak przełęcz ożywa, a ciemne wstążki, które musiały być oddziałami imperialnej piechoty, wysuwają się zza niej i zajmują pozycje w obronnym półokręgu.
Czy oni oszaleli? Czy naprawdę myślą, że spróbujemy zaatakować to przejście?
Na to już było za późno.
Poczuł wiatr na plecach, a wśród namiotów i szałasów aherskich plemion nagle wybuchły krzyki.
Odwrócił się.
Nad nim z mgły wyłaniał się olbrzymi czarny potwór. Wielki niczym pół ich obozowiska. Jego przód wznosił się nad głową Ponwereda na wysokość dwudziestu rosłych myśliwych.
A potem z tego pyska opadła lina i zsunął się po niej człowiek. Pusty Ząb rozpoznał go.
To był ten sam mężczyzna, który kupił od nich łódź.
— Podpłynęła bliżej, niż myślałem — powiedział przybysz w języku plemion, uśmiechając się szeroko. — To znaczy, że tu jest niezła głębia przy brzegu.
Szaman otworzył i zamknął usta dwa razy, nim wreszcie się odezwał:
— Znasz naszą mowę.
— Borehed jest całkiem niezłym nauczycielem. Przypłynął ze mną.
Borehed. Pusty Ząb poczuł, jak na dźwięk tego imienia w piersi rozkwita mu nadzieja, która jednak zaraz zgasła. Nawet najpotężniejszy z żyjących szamanów nie wypełni morza rybami.
— Czego chcesz, człowieku? — zapytał głucho.
Tamten przestał się uśmiechać i powiedział poważnym tonem:
— Twój lud nie ma boga, szamanie, i dlatego jest igraszką w ręku każdego Nieśmiertelnego. A ja mam boginię-statek, która opierała się Anday’yi przez wiele dni, lecz która potrzebuje wiernych. Na jej ciele żyją stwory, na które będziecie mogli polować i które będziecie mogli jeść, póki nie wypłyniecie na wody pełne ryb. Później bogini pokaże wam wszystko, co musicie wiedzieć, by żyć w niej i z nią.
Człowiek przerwał i popatrzył na ahera, przekrzywiając głowę.
— Borehed też zgodził się dołączyć. Co powiesz na to?
Ponwered Pusty Ząb milczał. Z całej przemowy obcego zapamiętał tylko dwa słowa: polować i jeść.
Mimo to wahał się.
— Mój lud… — spróbował ubrać lęki w słowa — nie umie pływać na takich statkach ani nie umie na nich żyć.
Oczy mężczyzny, niebieskie jak ściana lodowca, zabłysły.
— Idą trudne czasy, szamanie. Czasy krwi i łez. Doświadczyliście już jednego i drugiego, a będzie coraz gorzej. Przez chwilę popłynę z wami i pomogę, ile będę mógł. Może nie okażę się zbawcą twoich ludzi, tylko ich zgubą, ale przynajmniej dam wam szansę. To więcej, niż dostaliście od tej lodowej suki. I od innych bogów też.
Ponwered aż się zatrząsł uderzony brutalną prawą tych słów. W końcu skinął głową, bo ludzie tak właśnie wyrażali zgodę, i wyksztusił:
— Zawołam myśliwych.
Altsin Awendeh uśmiechnął się do jego pleców i mruknął w mowie Nieśmiertelnej Floty:
— No, Oumie, mam nadzieję, że spodoba ci się mój pomysł. A jeśli nie — wyszczerzył się szeroko — to pocałuj się w swoją drewnianą dupę, sukinsynu.
* * *
Śniło jej się, że tonie w morzu krwi, gęstej jak smoła. Czerwone fale raz po raz zalewały twarz, lepiąc się do skóry, a gdy otwierała oczy, wszystko miało barwę szkarłatu.
Tonęła, dusiła się, brakowało jej tchu. I nie mogła unieść rąk, by nimi poruszać, bo coś krępowało je do ciała.
Krzyknęła rozpaczliwie, a krew wypełniła jej usta, nos, gardło.
Smakowała zgnilizną i śmiercią.
Key’la zatchnęła się rodzącym się krzykiem i wyrwała z objęć koszmaru.
Leżała na ziemi.
Była związana.
Jej oczy zaklejała jakaś masa i nie mogła rozchylić powiek.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy ktoś położył jej palec na wargach.
— Ciiii. Nic nie mów. Mocno uderzono cię w głowę. Masz w oczach krew. Umyję.
To było anaho, język Verdanno, ale mówiący dziwnie akcentował słowa. Wymawiał je starannie i powoli, jakby znał tylko podstawowe zwroty i nie chciał popełnić błędu.
Wilgotna szmatka dotknęła jej czoła. Delikatne i ostrożne.
Uniosła powieki, dopiero gdy poczuła, że są czyste.
Nad sobą ujrzała twarz kobiety, która mogłaby być jej babką, twarz, która powoli przegrywała walkę ze zmarszczkami, ale i tak była na swój sposób piękna. Kobieta miała ciemne oczy i ciemne, przetykane siwizną włosy, obcięte krótko, jak u mężczyzny.
— Widzisz mnie.
— Tak.
— Jasno… znaczy, wyraźnie.
— Wyraźnie.
— Dobrze. Matka chce z tobą rozmawiać.
Matka? Znaczy matka tej starszej kobiety?
— E’enretusah — usłyszała inny kobiecy głos. — Sumwert on noar.
Pojawił się jakiś mężczyzna i razem z kobietą, która przemywała jej twarz, podnieśli Key’lę, która dzięki temu odkryła, że ktoś przywiązał ją do deski. Nogi, tułów, ręce miała skrępowane jak niemowlę w beciku. Dziewczynka szarpnęła się dziko.
— Nie rób tak, przywiązaliśmy cię dla twojego bezpieczeństwa. — Wyjaśniła ta druga kobieta, ta, która kazała ją podnieść. — E’kale. Odwróćcie ją.
Odwrócili. A Key’la po raz kolejny zatchnęła się powietrzem. Tym razem z podziwu.
Przed nią, nie dalej jak pięć jardów, na grzbiecie wielkiego zwierzęcia siedziała kobieta, która jaśniała urodą tak nierzeczywistą, że wyglądała niczym bogini. Czarne, sięgające ramion włosy spływały wzdłuż trójkątnej, nieskazitelnie gładkiej twarzy o niewielkim nosie i pełnych czerwonych ustach, za które każda ze starszych sióstr Key’li dałaby się pokroić. Lecz wszystko to ginęło w blasku wielkich ciemnych oczu okolonych długimi rzęsami.