Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 200 201 202 203 204 205 206 207 208 ... 210
Перейти на страницу:

Tyl­ko co z du­sza­mi tych, któ­rzy je­dli taki po­karm?

Ale czy mógł ich oce­niać?

Wy­szedł z na­mio­tu i ro­zej­rzał się. Nad mo­rzem, jak co rano, wi­sia­ła mgła, któ­ra wkrót­ce opad­nie, uka­zu­jąc mar­twe fale. Prze­niósł wzrok na po­łu­dnie, za obóz. Prze­łęcz w gó­rach wciąż bły­ska­ła że­la­zem. Lu­dzie nie zej­dą tu, do nich, o nie, po pro­stu będą pa­trzeć, jak jego lud wy­mie­ra.

Po­tem zo­ba­czył, jak prze­łęcz oży­wa, a ciem­ne wstąż­ki, któ­re mu­sia­ły być od­dzia­ła­mi im­pe­rial­nej pie­cho­ty, wy­su­wa­ją się zza niej i zaj­mu­ją po­zy­cje w obron­nym pół­okrę­gu.

Czy oni osza­le­li? Czy na­praw­dę my­ślą, że spró­bu­je­my za­ata­ko­wać to przej­ście?

Na to już było za póź­no.

Po­czuł wiatr na ple­cach, a wśród na­mio­tów i sza­ła­sów aher­skich ple­mion na­gle wy­bu­chły krzy­ki.

Od­wró­cił się.

Nad nim z mgły wy­ła­niał się ol­brzy­mi czar­ny po­twór. Wiel­ki ni­czym pół ich obo­zo­wi­ska. Jego przód wzno­sił się nad gło­wą Pon­we­re­da na wy­so­kość dwu­dzie­stu ro­słych my­śli­wych.

A po­tem z tego py­ska opa­dła lina i zsu­nął się po niej czło­wiek. Pu­sty Ząb roz­po­znał go.

To był ten sam męż­czy­zna, któ­ry ku­pił od nich łódź.

— Pod­pły­nę­ła bli­żej, niż my­śla­łem — po­wie­dział przy­bysz w ję­zy­ku ple­mion, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. — To zna­czy, że tu jest nie­zła głę­bia przy brze­gu.

Sza­man otwo­rzył i za­mknął usta dwa razy, nim wresz­cie się ode­zwał:

— Znasz na­szą mowę.

— Bo­re­hed jest cał­kiem nie­złym na­uczy­cie­lem. Przy­pły­nął ze mną.

Bo­re­hed. Pu­sty Ząb po­czuł, jak na dźwięk tego imie­nia w pier­si roz­kwi­ta mu na­dzie­ja, któ­ra jed­nak za­raz zga­sła. Na­wet naj­po­tęż­niej­szy z ży­ją­cych sza­ma­nów nie wy­peł­ni mo­rza ry­ba­mi.

— Cze­go chcesz, czło­wie­ku? — za­py­tał głu­cho.

Tam­ten prze­stał się uśmie­chać i po­wie­dział po­waż­nym to­nem:

— Twój lud nie ma boga, sza­ma­nie, i dla­te­go jest igrasz­ką w ręku każ­de­go Nie­śmier­tel­ne­go. A ja mam bo­gi­nię-sta­tek, któ­ra opie­ra­ła się An­day’yi przez wie­le dni, lecz któ­ra po­trze­bu­je wier­nych. Na jej cie­le żyją stwo­ry, na któ­re bę­dzie­cie mo­gli po­lo­wać i któ­re bę­dzie­cie mo­gli jeść, póki nie wy­pły­nie­cie na wody peł­ne ryb. Póź­niej bo­gi­ni po­ka­że wam wszyst­ko, co mu­si­cie wie­dzieć, by żyć w niej i z nią.

Czło­wiek prze­rwał i po­pa­trzył na ahe­ra, prze­krzy­wia­jąc gło­wę.

— Bo­re­hed też zgo­dził się do­łą­czyć. Co po­wiesz na to?

Pon­we­red Pu­sty Ząb mil­czał. Z ca­łej prze­mo­wy ob­ce­go za­pa­mię­tał tyl­ko dwa sło­wa: po­lo­wać i jeść.

Mimo to wa­hał się.

— Mój lud… — spró­bo­wał ubrać lęki w sło­wa — nie umie pły­wać na ta­kich stat­kach ani nie umie na nich żyć.

Oczy męż­czy­zny, nie­bie­skie jak ścia­na lo­dow­ca, za­bły­sły.

— Idą trud­ne cza­sy, sza­ma­nie. Cza­sy krwi i łez. Do­świad­czy­li­ście już jed­ne­go i dru­gie­go, a bę­dzie co­raz go­rzej. Przez chwi­lę po­pły­nę z wami i po­mo­gę, ile będę mógł. Może nie oka­żę się zbaw­cą two­ich lu­dzi, tyl­ko ich zgu­bą, ale przy­naj­mniej dam wam szan­sę. To wię­cej, niż do­sta­li­ście od tej lo­do­wej suki. I od in­nych bo­gów też.

Pon­we­red aż się za­trząsł ude­rzo­ny bru­tal­ną pra­wą tych słów. W koń­cu ski­nął gło­wą, bo lu­dzie tak wła­śnie wy­ra­ża­li zgo­dę, i wy­ksztu­sił:

— Za­wo­łam my­śli­wych.

Alt­sin Awen­deh uśmiech­nął się do jego ple­ców i mruk­nął w mo­wie Nie­śmier­tel­nej Flo­ty:

— No, Oumie, mam na­dzie­ję, że spodo­ba ci się mój po­mysł. A je­śli nie — wy­szcze­rzył się sze­ro­ko — to po­ca­łuj się w swo­ją drew­nia­ną dupę, su­kin­sy­nu.

* * *

Śni­ło jej się, że to­nie w mo­rzu krwi, gę­stej jak smo­ła. Czer­wo­ne fale raz po raz za­le­wa­ły twarz, le­piąc się do skó­ry, a gdy otwie­ra­ła oczy, wszyst­ko mia­ło bar­wę szkar­ła­tu.

To­nę­ła, du­si­ła się, bra­ko­wa­ło jej tchu. I nie mo­gła unieść rąk, by nimi po­ru­szać, bo coś krę­po­wa­ło je do cia­ła.

Krzyk­nę­ła roz­pacz­li­wie, a krew wy­peł­ni­ła jej usta, nos, gar­dło.

Sma­ko­wa­ła zgni­li­zną i śmier­cią.

Key’la za­tch­nę­ła się ro­dzą­cym się krzy­kiem i wy­rwa­ła z ob­jęć kosz­ma­ru.

Le­ża­ła na zie­mi.

Była zwią­za­na.

Jej oczy za­kle­ja­ła ja­kaś masa i nie mo­gła roz­chy­lić po­wiek.

Otwo­rzy­ła usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale wte­dy ktoś po­ło­żył jej pa­lec na war­gach.

— Ciiii. Nic nie mów. Moc­no ude­rzo­no cię w gło­wę. Masz w oczach krew. Umy­ję.

To było ana­ho, ję­zyk Ver­dan­no, ale mó­wią­cy dziw­nie ak­cen­to­wał sło­wa. Wy­ma­wiał je sta­ran­nie i po­wo­li, jak­by znał tyl­ko pod­sta­wo­we zwro­ty i nie chciał po­peł­nić błę­du.

Wil­got­na szmat­ka do­tknę­ła jej czo­ła. De­li­kat­ne i ostroż­ne.

Unio­sła po­wie­ki, do­pie­ro gdy po­czu­ła, że są czy­ste.

Nad sobą uj­rza­ła twarz ko­bie­ty, któ­ra mo­gła­by być jej bab­ką, twarz, któ­ra po­wo­li prze­gry­wa­ła wal­kę ze zmarszcz­ka­mi, ale i tak była na swój spo­sób pięk­na. Ko­bie­ta mia­ła ciem­ne oczy i ciem­ne, prze­ty­ka­ne si­wi­zną wło­sy, ob­cię­te krót­ko, jak u męż­czy­zny.

— Wi­dzisz mnie.

— Tak.

— Ja­sno… zna­czy, wy­raź­nie.

— Wy­raź­nie.

— Do­brze. Mat­ka chce z tobą roz­ma­wiać.

Mat­ka? Zna­czy mat­ka tej star­szej ko­bie­ty?

— E’en­re­tu­sah — usły­sza­ła inny ko­bie­cy głos. — Sum­wert on noar.

Po­ja­wił się ja­kiś męż­czy­zna i ra­zem z ko­bie­tą, któ­ra prze­my­wa­ła jej twarz, pod­nie­śli Key’lę, któ­ra dzię­ki temu od­kry­ła, że ktoś przy­wią­zał ją do de­ski. Nogi, tu­łów, ręce mia­ła skrę­po­wa­ne jak nie­mow­lę w be­ci­ku. Dziew­czyn­ka szarp­nę­ła się dzi­ko.

— Nie rób tak, przy­wią­za­li­śmy cię dla two­je­go bez­pie­czeń­stwa. — Wy­ja­śni­ła ta dru­ga ko­bie­ta, ta, któ­ra ka­za­ła ją pod­nieść. — E’kale. Od­wróć­cie ją.

Od­wró­ci­li. A Key’la po raz ko­lej­ny za­tch­nę­ła się po­wie­trzem. Tym ra­zem z po­dzi­wu.

Przed nią, nie da­lej jak pięć jar­dów, na grzbie­cie wiel­kie­go zwie­rzę­cia sie­dzia­ła ko­bie­ta, któ­ra ja­śnia­ła uro­dą tak nie­rze­czy­wi­stą, że wy­glą­da­ła ni­czym bo­gi­ni. Czar­ne, się­ga­ją­ce ra­mion wło­sy spły­wa­ły wzdłuż trój­kąt­nej, nie­ska­zi­tel­nie gład­kiej twa­rzy o nie­wiel­kim no­sie i peł­nych czer­wo­nych ustach, za któ­re każ­da ze star­szych sióstr Key’li da­ła­by się po­kro­ić. Lecz wszyst­ko to gi­nę­ło w bla­sku wiel­kich ciem­nych oczu oko­lo­nych dłu­gi­mi rzę­sa­mi.

1 ... 200 201 202 203 204 205 206 207 208 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)