Piąta głowa Cerbera [The Fifth Head of Cerberus - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-472-5
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Piąta głowa Cerbera [The Fifth Head of Cerberus - pl]». Краткое содержание книги:
Dopiero wtedy stopniowo zacząłem dopuszczać do siebie myśl, co to wszystko może oznaczać. Zanurzyłem w zupie kawałek chleba, wyjąłem go, ociekający tłuszczem, z przyklejonymi kawałeczkami mięsa i ziarnami kaszy, i pomyślałem o opiekanym chlebie i słodkiej kawie na targu nie jak o czymś z odległej przeszłości, tylko jak o czymś, co dopiero mnie czeka. Zaczęły mi się trząść ręce, tak że nie byłem w stanie utrzymać ani miski, ani łyżki; najchętniej rzuciłbym wszystko i z krzykiem pognał na druty.
Trzeciego dnia zapakowano nas (było nas już sześciu) na ciągnięty przez muła wózek, który tak długo jechał w dół krętymi drogami, aż po zimie konającej za naszymi plecami nie pozostał żaden ślad, znikły brzozy i świerki, natomiast na gałęziach rosnących po obu stronach drogi kasztanowców i dębów pojawiły się kwiaty.
Na ulicach Port-Mimizon roiło się od ludzi. Gdyby nie to, że pan Million wynajął dla mnie lektykę, bez wątpienia zgubiłbym się w okamgnieniu. Poleciłem, by nosiciele zatrzymali się na chwilę, i kupiłem gazetę (za pieniądze, które mi przekazał), chciałem bowiem sprawdzić, jaką mamy datę.
Otrzymałem najczęściej stosowaną w przypadkach takich jak mój karę od dwóch do pięćdziesięciu lat więzienia, i choć wiedziałem dokładnie, kiedy zacząłem ją odbywać, w obozie szybko straciłem rachubę czasu, tak samo jak współwięźniowie. Wystarczyło zachorować, by po dziesięciu dniach być pewnym, że minęły co najmniej dwa lata. Nie zapamiętałem ani jednego tytułu, żadnego fragmentu tekstu z tej gazety. Przez całą drogę do domu czytałem wciąż od nowa datę pod winietą.
Dziewięć lat.
Kiedy zamordowałem ojca, miałem lat osiemnaście, teraz więc liczyłem ich sobie dwadzieścia siedem, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że stuknęła mi już czterdziestka.
Ściany naszego domu z odpadającym płatami szarym tynkiem nic się nie zmieniły. Żelazny pies z trzema wilczymi głowami nadal stał w ogrodzie, ale fontanna milczała, a kępy mchu i paproci poprzerastały chwastami. Pan Million zapłacił nosicielom i otworzył kluczem drzwi, które za czasów mego ojca nigdy nie były zamykane, ponieważ strzegł ich ktoś ze służby; w chwili kiedy to uczynił, podbiegła do nas niebywale wysoka i koścista kobieta handlująca pralinkami na ulicy. Była to Nerissa. Miałem więc już służącego i, gdybym tylko zechciał, mogłem mieć kobietę do łóżka, choć nie byłbym w stanie jej zapłacić.
Teraz powinienem chyba wyjaśnić, co skłoniło mnie do podjęcia kilkudniowego już trudu pisania tej relacji, oraz wytłumaczyć, dlaczego uznałem za stosowne to wyjaśnić. Bardzo proszę. Otóż piszę po to, żeby odsłonić się przed sobą, a także dlatego że wiem, iż kiedyś przeczytam te słowa i będę się im dziwił. Jednak zanim to nastąpi, może zdołam rozwikłać swoją tajemnicę, a może przestanie mi już zależeć na jej wyjaśnieniu.
Minęły już trzy lata, odkąd jestem z powrotem na wolności. Kiedy weszliśmy z Nerissą do domu, zastaliśmy go w opłakanym stanie, moja ciotka bowiem — powiedział mi o tym pan Million — poświęciła ostatnie tygodnie życia intensywnym poszukiwaniom skarbu, rzekomo ukrytego przez mego ojca. Nie znalazła go, a ja wątpię, czy ktokolwiek zdoła dokonać tej sztuki. Ponieważ znałem charakter ojca lepiej niż ona, jestem niemal pewien, że większą część dochodów przeznaczał na eksperymenty i niezbędną aparaturę. Początkowo znalazłem się w dotkliwych tarapatach finansowych, ale nasz dom zdążył zyskać taką reputację, że gdy tylko rozeszła się pogłoska, iż znowu otworzył podwoje, zaczęły doń masowo ściągać kobiety poszukujące kupców oraz mężczyźni szukający kobiet, które mogliby kupić. Jak się okazało, wystarczy umożliwić im spotkanie. Mam teraz dobry personel; jest z nami także Phaedria, której małżeństwo okazało się niezbyt udane. Wczorajszej nocy, kiedy pracowałem w laboratorium, usłyszałem ją pod drzwiami biblioteki. Otworzyłem — była tam z dzieckiem. Kiedyś po nas przyjdą.
„Opowieść” Johna V. Marscha