Maski czasu [The Masks of Time - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-7120-058-7
- Переводчик: Slawomir Dymczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Maski czasu [The Masks of Time - pl]». Краткое содержание книги:
Rankiem zamówiliśmy śniadanie do pokoju. Potem wzięliśmy wspólnie prysznic, niczym młoda para i wyglądaliśmy przez okno na ulicę zasłaną białymi kleksami wczorajszego śniegu. Marta ubrała się; jej czarne perforowane wdzianko z tworzywa sztucznego zupełnie nie pasowało do mdłej aury poranka. Jednak, mimo wszystko, przyjemnie było na nią popatrzeć. Wiedziałem, że pewnie nigdy więcej już się nie spotkamy.
Wychodząc powiedziała cicho:
— Musisz mi kiedyś opowiedzieć o podróżach w czasie.
— Zupełnie się na tym nie znam. Żegnaj, Sidney.
— Marta.
— Dla mnie na zawsze pozostaniesz Sidney.
Odbezpieczyłem drzwi, a gdy dziewczyna wyszła, połączyłem się z hotelową centralką. Zgodnie z przewidywaniami, było mnóstwo telefonów na moje nazwisko, a wszystkich petentów odprawiono z kwitkiem. Telefonistka spytała, czy mam ochotę rozmawiać z panem Kralickiem. Odpowiedziałem, że owszem.
Podziękowałem mu za Sidney. Nie okazał wielkiego zaskoczenia. Spytał jedynie:
— Czy przyjdziesz na inauguracyjne spotkanie waszego komitetu? O drugiej w Białym Domu. Taka herbatka zapoznawcza.
— Jasne. Są jakieś wieści z Hamburga?
— Tylko złe. Vornan wzniecił zamieszki. Wszedł do jakiejś knajpy i zaczął przemawiać do siedzących w środku. Cała jego gadka sprowadzała się do stwierdzenia, iż najważniejszym osiągnięciem Niemców na przestrzeni dziejów było stworzenie Trzeciej Rzeszy. Zdaje się, że na tym kończy się jego wiedza o Niemcach. Zaczął wychwalać Hitlera i ludzie z ochrony w samą porę wyciągnęli go na zewnątrz. Nim przyjechały cysterny pianowe, spłonęło pół tuzina nocnych klubów.
Kralick uśmiechnął się zakłopotany.
— Może niepotrzebnie ci o tym powiedziałem. Wciąż nie jest za późno, aby złożyć rezygnację.
— Och, nie martw się, Sandy — odparłem. — Należę do waszej paczki na dobre i na złe. Nie mógłbym się teraz wycofać… szczególnie, po spotkaniu z Sidney.
— No to do zobaczenia o drugiej. Ktoś z naszych ludzi przyjdzie po ciebie, a potem pojedziecie tunelami. Nie chcę, aby ci szaleńcy z telewizji urwali ci głowę. Siedź spokojnie w pokoju i nikomu nie otwieraj, póki się nie zjawimy.
— W porządku — odparłem.
Odłożyłem słuchawkę, odwróciłem się na pięcie i spostrzegłem coś jakby kałużę zielonego śluzu rozlanego na podłodze przy drzwiach.
Nie był to śluz, lecz płynny nadajnik radiowy wypełniony po brzegi monomolekularnymi czujnikami dźwiękowymi. Ktoś podsłuchiwał mnie z korytarza. Podszedłem do drzwi i zacząłem nogą rozgarniać kałużę. Rozległ się słaby głos:
— Proszę tego nie robić, doktorze Garfield. Chciałbym z panem zamienić parę słów. Jestem z Połączonych Stacji…
— Spadaj.
Przestałem szurać stopą po podłodze. Resztę gęstej cieczy wytarłem ręcznikiem. Potem pochyliłem się nad parkietem i oznajmiłem na użytek przyklejonych do drewna pozostałości nadajnika.
— Moja odpowiedź w dalszym ciągu brzmi „Bez komentarza”. A teraz wynocha.
Wreszcie pozbyłem się natręta. Nałożyłem blokadę na drzwi, tak że nawet pojedyncza molekuła nie byłaby w stanie prześliznąć się do środka i przeczekałem bezczynnie cały ranek. Krótko przed drugą pojawił się Sandy Kralick i przemycił mnie do tunelu wiodącego w stronę Białego Domu. Waszyngton to istny labirynt podziemnych przejść. Podobno można dojść tamtędy dosłownie wszędzie. Pod warunkiem, że zna się rozkład tuneli i dysponuje odpowiednimi kodami. Podziemia biegną wieloma kondygnacjami pod całym miastem. Słyszałem, że sześć poziomów niżej mieści się automatyczny burdel dla kongresmanów, zaś na wysokości centrum handlowego pewna agencja rządowa prowadzi podobno eksperymenty z mutantami, krzyżując ze sobą potwory, które nigdy nie widziały słonecznego światła. Moim zdaniem, owe historie są mocno niepewne, tak samo zresztą jak wszystko, co można usłyszeć na temat stolicy. Prawda, jeśli kiedykolwiek ją poznamy, okaże się zapewne stokroć okropniejsza od tych bajeczek.
Kralick zaprowadził mnie do pomieszczenia o ścianach pokrytych kutym brązem, gdzieś w zachodnim skrzydle Białego Domu. W środku czekało już czworo ludzi. Troje z nich rozpoznałem na pierwszy rzut oka. Wyższe szczeble elity naukowej tworzą niewielką kastę, zamkniętą, samowystarczalną. Wszyscy się znamy, bywamy na tych samych międzywydziałowych sympozjach. Od razu poznałem Lloyda Kolffa, Mortona Fieldsa i Aster Mikkelsen. Czwarta osoba, przysadzisty mężczyzna, wstał i oznajmił:
— Chyba się jeszcze nie znamy, doktorze Garfield. Jestem F. Richard Heyman.
— A, miło mi. Spengler, Freud i Marks, nieprawdaż? Pańskie opracowanie zapadło mi głęboko w pamięć.
Podałem mu rękę. Opuszki palców miał spotniałe, pewnie tak samo jak dłonie. Nie byłem w stanie tego jednak ustalić. Witał się bowiem w ten charakterystyczny sposób, w jaki zwykli się witać mieszkańcy środkowej Europy, podając nieufnie do uścisku jedynie same palce zamiast całej dłoni. Wymieniliśmy zwyczajowe formułki na temat niezwykłej przyjemności płynącej z naszego spotkania.
Należy mi się medal za te wszystkie bzdury, które musiałem wygadywać. O książce F. Richarda Heymana nie mam wielkiego mniemania — była tyleż nudna co powierzchowna; trudno o lepsze zestawienie. Wywiady, których regularnie udzielał popularnym czasopismom, nie wzbudzały również mojego entuzjazmu. Zajmował się w nich głównie obsmarowywaniem kolegów. Nie podobał mi się sposób, w jaki podawał rękę. Nawet jego nazwisko nie przypadło mi do gustu. Jak miałem zwracać się do „F. Richarda”, gdybyśmy przeszli na ty? „F”, „Dick”? A może „mój drogi Heymanie”? Był mężczyzną niewielkiego wzrostu, korpulentnym, o głowie wielkości kuli armatniej, obrośniętej w części potylicznej skąpymi rudymi włoskami. Brodę miał za to imponującą, kudliła się na policzkach i szyi zapewne po to, by ukryć podgardle i wielkie jak łysina jabłko Adama. Wąskie, rekinie wargi były ledwie widoczne spod zarostu. Oczy miał wodniste i niesympatyczne.
Do reszty zgromadzonych nie żywiłem wrogich uczuć. Znałem ich dość dobrze, wiedziałem, że są w swych specjalnościach fachowcami wysokiej klasy. Nigdy dotąd, podczas wielu przecież wspólnych dyskusji na forum naukowych periodyków, nie doszło między nami do poważniejszego sporu. Morton Fields z Uniwersytetu Chicagowskiego był psychologiem, wyznawcą tak zwanej szkoły kosmicznej, która wydawała mi się czymś w rodzaju świeckiego odłamu buddyzmu. Członkowie tej doktryny filozoficznej pragnęli odkryć tajemnice duszy, utożsamiając ją ze wszechświatem. W każdym razie brzmiało to nieźle. Z wyglądu Fields przypominał szeregowego pracownika jakiejś spółki, z dobrymi widokami na umiarkowanie szybki awans: zgrabna, muskularna sylwetka, wystające kości policzkowe, złociste włosy, wąskie usta, wypchnięty podbródek, pytający wzrok. Oczami wyobraźni widziałem, jak przez cztery dni w tygodniu wklepuje jakieś dane do komputera, a w weekendy bezlitośnie katuje piłeczkę golfową, uganiając się po zielonej trawce. Jego wygląd mógł jednak mocno zmylić.
Lloyd Kolff był przedstawicielem filologów: potężnie zbudowany, krępy mężczyzna, dobrze po sześćdziesiątce, o pooranej bliznami, rumianej twarzy i długich ramionach goryla. Jego bazę wypadową stanowił Uniwersytet Columbia, gdzie był ulubieńcem studentów z powodu swej rubasznej bezpośredniości. Znał więcej pikantnych cytatów w sanskrycie niż ktokolwiek inny na przestrzeni ostatnich trzydziestu stuleci; używał ich regularnie i bez skrępowania. Jego życiową pasją było kolekcjonowanie sprośnych wierszyków, bez względu na epokę, bez względu na język. Swoją żonę — również filologa — zaciągnął zapewne na ślubny kobierzec, mrucząc po drodze gorące wyznanie w staroperskim. Dobrze mieć kogoś takiego w zespole, choćby jako przeciwwagę dla tego zarozumiałego bałwana, F. Richarda Heymana.