Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl]
- Автор: Ринго Джон, Кратман Том
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-7418-140-2
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl]». Краткое содержание книги:
Pytania były retoryczne. Mühlenkampf nie czekał na odpowiedź.
— Hohenstauffen, co się dzieje z naszym krajem? Jugend, dlaczego wszystkie Korps sił zbrojnych oprócz naszego były sabotowane? G von B, dlaczego tak wielu młodych mężczyzn zwalnia się od poboru? Wiking, dlaczego pewne frakcje w rządzie próbowały sabotować nas i Kriegseconomie[29]?
Wzrok Mühlenkampfa spoczął w końcu na jedynym obecnym dowódcy batalionu.
— W czym tkwi problem, Hansi?
— Nie wiem, Herr Generalleutnant — przyznał Brasche.
— Ja wiem — powiedział z pewnością siebie Ribbentrop. — To Żydzi.
Mühlenkampf prychnął z pogardą.
— Bzdura, Ribbentrop, ty mięczaku. W Niemczech nie ma dziś dość Żydów, żeby sformować z nich pluton. Są najmniej wpływową grupą, jaką mamy. Żałuję, że nie ma ich więcej. Izraelczycy przynajmniej potrafią walczyć.
Potrząsnął głową.
— Zapomnijcie o Żydach, panowie. Nasze problemy są naszego własnego chowu. Kanclerz jest… w porządku… chyba. Ale poza nim? Kalejdoskop czerwonego, zielonego i jeszcze jakiegoś koloru, którego nie potrafię z tej odległości rozpoznać. A to może być czerń najgłębszej nocy, czarna jak dalekie rubieże kosmosu.
Mühlenkampf wstał, wziął z biurka cienki plik papierów, a dokładnie kopii, i zaczął je rozdawać.
— Szybko zbliżamy się do końca najbardziej intensywnego okresu szkolenia. Od tej pory możemy się odprężyć, chociaż nie za bardzo. Myślę nawet, że niektórym naszym ludziom mogą już przysługiwać przepustki. Macie zacząć je przydzielać tym, którzy zasłużą, maksymalnie piętnastu procentom stanu osobowego jednocześnie. W dokumentach tych znajdują się nazwiska ludzi, których podejrzewam o to, że są naszymi wrogami. Byłoby dobrze, gdybyście pozwolili żołnierzom zobaczyć te nazwiska, zanim podpiszą się na bramie obozu — dokończył dowódca, wracając na swoje miejsce.
Chociaż Darhel tego nie wymagał, Günter stał przed jego olbrzymim biurkiem na baczność. W końcu przecież był Niemcem.
Twarz Darhela była niewzruszona. Jego spojrzenie wędrowało, omiatając wszystko oprócz twarzy biurokraty. Słowa, zniekształcone seplenieniem spowodowanym przez rekinie zęby obcego, były wymawiane jak do kogoś nieobecnego.
— Projekt ciężkiego pojazdu bojowego nie został wstrzymany — zauważył Darhel. — Dopuszczono do odmłodzenia najgroźniejszych wojowników niemieckiego ludu. Nie zakończono sabotażu sił zbrojnych zgodnie z wytycznymi. Moi zwierzchnicy będą chcieli usłyszeć ode mnie jakieś wytłumaczenie. A ja nie mam wytłumaczenia dla tej porażki poniesionej przez moich podwładnych.
Chociaż w gabinecie było chłodno, wręcz nieprzyjemnie zimno, twarz Güntera pokrywała warstewka zimnego potu.
Poprzez seplenienie Darhela dało się słyszeć irytację.
— Jakieś wytłumaczenie będzie konieczne.
— Mój panie — wyjąkał Günter — ci esesmani po prostu nie chcą słuchać rozkazów. Każemy im robić konkretne rzeczy albo ich nie robić, a oni nas lekceważą. Polityczni przywódcy, którzy postrzegają sprawy we właściwy sposób, tak jak ja, są wypędzani z ich obozów przez gromady umundurowanych opryszków.
— Można wstrzymać płace — zasugerował Darhel, zamykając oczy; jego drobnym ciałem wstrząsnął lekki dreszcz. — Cofnąć racje żywieniowe. Nałożyć kary. Wręczyć łapówki.
— Wszystkiego tego już próbowano, mój panie. Nic nie podziałało. Poza tym co najmniej jedenastu naszych zwolenników w Bundestagu zniknęło w podejrzanych okolicznościach, za każdym razem po dwóch albo trzech. Bardzo niewielu właściwie myślących polityków ma odwagę działać w obliczu takiego zagrożenia. Ale, mój panie, czy twoi zwierzchnicy nie mogą zrozumieć, że osiągnięto dużo dobrego? Z trzynastu pancernych Korps szkolenie pełnego tuzina było sabotowane przez propagandę, odwoływanie się do praw młodych żołnierzy, wstrzymywanie dostaw zaopatrzenia i rygorystyczne egzekwowanie wymogów ochrony środowiska. Co więcej, projektowany czołg będzie miał słabszy pancerz. Odmówiono zgody na jądrowy napęd i uzbrojenie. Te rzeczy na pewno przeważą nad drobnymi niepowodzeniami.
— Być może — zgodził się z wahaniem Darhel. — Mimo to widzieliśmy i musimy pamiętać, jak często udawało wam się uniknąć jedynej słusznej pozycji w galaktycznej cywilizacji dzięki przeciskaniu się przez najdrobniejsze szpary.
INTERLUDIUM
Głos Bin’ar’rastemona Pamiętającego niósł się po auli zgromadzeń.
— Na początku, jak mówi nam Zwój Tenusaniara, Lud był nieliczny, słaby, bezsilny… i łatwowierny. I stało się tak, że kiedy przybyli do niego Aldenat’, Lud obdarzył ich czcią niczym bogów. A moce Aldenat’ były niczym boskie. Uzdrawiali chorych. Pokazali nowe sposoby uprawy roli i zdobywania pożywienia. Nieśli ze sobą słowa miłości i pokoju, a Lud pojął je i stał się niby ich dzieci. Aldenat’ czynili cuda ponad wszelkie wyobrażenia.
— Ponad wszelkie wyobrażenia — zaintonował w odpowiedzi tłum.
— I Lud rozkwitł — ciągnął Bin’ar’rastemon. — Liczba jego rosła i rosła, i radował się, służąc swoim bogom Aldenat’. Z czasem jednak niektórzy zaczęli zadawać pytania. Pytali o wszystko. A odpowiedź Aldenat’ zawsze była jednaka: „My wiemy, a wy nie wiecie”. Ci, którzy pytali, Wiedzący, skarżyli się: „Planety, które nam daliście, nie są w stanie wyżywić rosnącej populacji”. Aldenat’ odpowiadali: „My wiemy, a wy nie wiecie”. Wiedzący pytali: „Czy nie ma lepszego sposobu podróżowania od gwiazdy do gwiazdy?”. A Aldenat’ odpowiadali: „My wiemy, a wy nie wiecie”. Wiedzący zauważali: „Życie jest walką. A wy zabroniliście nam brać w niej udział. Czy wobec tego w ogóle żyjemy?”. A Aldenat’ odpowiadali: „My wiemy, a wy nie wiecie”.
— Mówili, że oni wiedzą, a tamci nie wiedzą — znów wyrecytowało zgromadzenie.
— A tamci nie wiedzą — wygłosił razem z nim Bin’ar’rastemon.
— I stało się tak, że ci spośród Ludu, których zwano Wiedzącymi, zbuntowali się. I wybuchła wojna pośród Ludu. I doszło do rzezi. Był ogień i śmierć. A Aldenat’ odwrócili twarze, nie chcąc tego widzieć…
CZĘŚĆ II
5
Weszli w normalną przestrzeń, plując ogniem i śmiercią. W zimnej próżni wyszła im naprzeciw Flota 4.2, z supermonitorem Lexington i jego załogą na czele. Lexington odpowiadał ogniem i śmiercią, bronią jądrową, antymaterią, pociskami kinetycznymi i plazmą.
Wszystko to na nic. Chociaż Posleeni ginęli milionami, Lexington — zwany Lady Lex — i jego eskorta wytrwały zaledwie kilka dni, zanim uległy pod naporem mas fanatycznych obcych.
Wkrótce przestrzeń wokół Bazy Tytan stała się polem bitwy, a w próżni unosiło się coraz więcej złomu i zwęglonych, zmrożonych strzępów ciała. Tę bitwę również przegrano. Pozornie niekończąca się flota Posleenów runęła na Ziemię, drżącą pod ich naporem.
29
Gospodarka wojenna.