Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl]
Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl]

Электронная книга - «Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl]». Краткое содержание книги:

Działo się to w czasach, kiedy udoskonalono wynalazek transmisji materii na międzygwiezdne odległości i zrealizowano możliwość podróży w czasie. Wszystkie istoty, prawdziwe i legendarne, mogły swobodnie przemierzać całą Galaktykę.
Profesor Peter Maxwell wyruszył z Ziemi w misji specjalnej, ale wskutek nieprzewidzianych okoliczności wylądował na nieznanej kryształowej planecie, która okazała się magazynem wiedzy zaginionej starożytnej supercywilizacji.
Kiedy Peter Maxwell wrócił na Ziemię, pragnąc uświadomić wszystkim istnienie tego skarbu, ze zdumieniem przekonał się, że nikt go nie słucha. Wszystko wskazywało bowiem na to, że wrócił z wyprawy miesiąc wcześniej, nie przywożąc ze sobą żadnych rewelacji, a później zginął w wypadku.
Po prostu nikt nie wierzył, że Peter Maxwell — oryginał istnieje naprawdę…
1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 50
Перейти на страницу:

Jeśli tak właśnie miały się sprawy, stawało przed nim o wiele trudniejsze zadanie. Musiał nie tylko zabezpieczyć się przed istniejącymi w administracji przeciekami wiadomości, ale także zachować szczególną ostrożność, by żadna z posiadanych przez niego informacji nie dostała się w niepowołane ręce, by nie została wykorzystana przeciwko niemu.

Wiewiórka zbiegła już z pnia i teraz myszkowała na opadającym ku brzegowi jeziora trawniku, krzątała się wśród leżących na ziemi liści w poszukiwaniu jakiegoś żołędzia, który mógł umknąć jej uwadze. Spacerująca para zniknęła z pola widzenia i tylko łagodny wietrzyk nieznacznie marszczył powierzchnię jeziora.

W stołówce zostało jedynie kilka osób; ci, którzy zajmowali stoliki, kiedy wchodził, w większości skończyli już śniadanie i wyszli. Ze znajdującej się piętro wyżej sali klubu dochodził stłumiony pomruk głosów i szuranie nóg — jak co dzień zapełniali go studenci młodszych roczników mający przerwy w zajęciach.

Znajdował się w jednym z najstarszych, a przy tym najwspanialszych budynków w miasteczku. Od ponad pięciu stuleci stanowił on ulubione miejsce spotkań, wypoczynku i nauki wielu już pokoleń, przy czym każdy kolejny rocznik w sposób naturalny przejmował tę funkcjonalną tradycję, która czyniła z owego miejsca drugi dom dla wielu tysięcy studentów. Można tu było znaleźć odpowiednie warunki i do rozmyślań, i do nauki; zaciszne kąty do prowadzenia intymnych rozmów, pomieszczenia do gry w bilard lub szachy, stołówki, sale widowiskowe, a także porozrzucane po całym budynku małe, zapełnione półkami z książkami czytelnie.

Maxwell odsunął krzesło od stolika, ale siedział jeszcze, czując nieprzepartą chęć pozostania tutaj — wiedział doskonale, że gdy wyjdzie ze stołówki, będzie musiał stawić czoło problemom, zbierającym się wokół niego jak chmury burzowe. Za oknem wstawał coraz cieplejszy, złocisty, jesienny dzień — pełen opadających, pozłacanych liści, otulający odległe wzgórza błękitną mgiełką, jakby przeznaczony wyłącznie do wychwalania kwitnących w ogrodach chryzantem oraz płomiennych astrów i nawłoci porastających pola i nie zamieszkane parcele.

Za jego plecami rozległo się nietypowe postukiwanie wielu drobnych stóp o wyłożoną czerwonymi, kwadratowymi płytkami podłogę. Odwrócił się na krześle i ujrzał ich właściciela zmierzającego szybko w jego kierunku.

Osobnik ten przypominał wyrośniętą nad podziw, chodzącą, nie wiedzieć czemu po lądzie, krewetkę. Wyrastające z jednego miejsca odnóża, dziwnie ścięty tułów, cudaczne pręty sterczące z malutkiej głowy — niewątpliwie narządy zmysłów. Całe ciało odznaczało się niezdrową białą barwą, a na końcach długich, kiwających się anten widniały trzy kuliste czarne oczka.

Istota zatrzymała się przy stoliku, trzy długie czułki obróciły się i spojrzenie trojga oczu utkwiło wprost w Maxwellu.

— Poinformowano jestem, pan być profesor Maxwell stworzenie przemówiło wysokim, piskliwym głosem, a skóra, okrywająca gardło poniżej zdającej się być całkiem niepotrzebną głowy, zatrzepotała nerwowo.

— Tak, to prawda. Jestem Peter Maxwell.

— Ja być mieszkaniec z zewnątrz, ze świata, który wy nazywać Grot Włóczni 27. Imię, które mam, nie jest ważne dla pana. Jawię się przed panem z komisją od mój pracodawca. Może pan wiedzieć, że ja być desygnowany przez panna Nancy Clayton.

— Tak, oczywiście — odparł Maxwell, przyznając w duchu, że zatrudnianie tego rodzaju nieziemca w charakterze chłopca na posyłki bardzo pasowało do charakteru Nancy Clayton.

— Ja pracować siebie dla nauki — wyjaśnił Krewetka. Robić wszystko co znaleźć:

— To bardzo chwalebne — przyznał Maxwell.

— Ja wprawiać się w matematyka czasu. Skoncentrować na światłach konfiguracja liniowa. Mieć z tym zmartwienie. Krewetka nie wyglądał jednak na kogoś, kto ma jakiekolwiek zmartwienia.

— Skąd te zainteresowania? — zapytał Maxwell. — Czy jest to coś związanego z twoją ojczyzną? A może z dziedzictwem kulturowym twojej rasy?

— O tak, rzeczywiście. Zupełnie nowa idea. W mój świat nie ma myśleć o czasie, żadna koncepcja taka rzecz jak czas. Ja być bardzo zaskoczony uczyć się o tym. I podekscytowany też. Ale ja za dużo dygresować. Ja przyjść tu z posłaniem. Panna Clayton życzyć sobie wiedzieć, czy pan może zaszczycić przyjęcie wieczorem dziś dzień? Jej dom, ósma na zegarek.

— Wydaje mi się, że tak — odparł Maxwell. — Powiedz jej, proszę, że zawsze nadzwyczaj cenię sobie jej przyjęcia.

— Naduradowany — oznajmił Krewetka. — Ona tak bardzo chcieć pana tam. Pan być w temacie odpowiedni.

— Nie wątpię — stwierdził Maxwell.

— Pan ciężko znaleźć. Biegać ciężko i szybko. Pytać w wiele miejsc. W końcu zwycięsko.

— Przykro mi, że miałeś z mojego powodu tak wiele kłopotów.

Maxwell sięgnął do kieszeni i wyciągnął banknot. Stwór wysunął jedno z przednich odnóży, schwycił banknot w parę szczypców, złożył go starannie raz i drugi, po czym wcisnął do woreczka, którego koniec wystawał zza pancerza piersiowego.

— Pan uprzejmy nadoczekiwanie — zapiszczał. — Jeszcze jedna informacja. Okazja dla przyjęcia jest odkrycie obraz ostatnio zdobyty. Obraz zagubiony i zniknięty bardzo długo. Autora szanowny pan Albert Lambert. Triumf wielki dla panna Clayton.

— O tak, tego jestem pewien. Panna Clayton jest specjalistką od triumfów — zauważył profesor.

— On jak pracodawca był miłosierny — powiedział Krewetka z naganą w głosie.

— Nie mam co do tego wątpliwości.

Stworzenie oddaliło się błyskawicznie, pokonując stołówkę galopem. Maxwell zasłuchał się w klekotanie pancerza Krewetki na schodach, które umilkło dopiero wówczas, kiedy tamten znalazł się na parterze.

Wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Stwierdził w duchu, że jeśli miał uczestniczyć w ceremonii odsłonięcia obrazu, wypadało wkuć coś niecoś na temat artysty. Pomyślał z uśmiechem, że dokładnie tym samym będą zajmować się w ciągu całego dnia niemal wszyscy zaproszeni na przyjęcie goście.

Lambert. Nazwisko obiło mu się o uszy. Czytał coś o nim, prawdopodobnie dawno temu. Chyba jakiś reportaż w jednym z tych czasopism, które kupuje się tylko na podróż.

11

Maxwell otworzył książkę.

Albert Lambert urodził się 11 stycznia 1973 roku w Chicago, w stanie Illinois — głosiła otwarta strona tekstu — Znany jako portrecista groteskowego symbolizmu. Prace z lat młodzieńczych nie znamionowały późniejszego wybitnego artysty. Odznaczały się, co prawda, znakomitym rzemiosłem i dogłębnym wejrzeniem w naturę tematu, nie wyróżniały się jednak niczym szczególnym. W groteskowy okres twórczości wkroczył dopiero po ukończeniu pięćdziesiątego roku życia. Nastąpiło to nieomal z dnia na dzień, tak jakby artysta rozwijał talent w tajemnicy, nie wystawiając płócien z tego okresu aż do momentu, w którym uznał nowy kształt swoich dzieł za w pełni satysfakcjonujący. W istocie nie ma żadnych dowodów, że tak właśnie było; przeciwnie, istnieją przesłanki, iż artysta…

Maxwell przerzucił pozostałe strony tekstu, dotarł do kolorowych reprodukcji i równie szybko przekartkował przykłady wczesnych prac artysty. Nagle, po odwróceniu kolejnej kartki, trafił na całkowicie odmienne malarstwo — odmianie uległo wszystko, koncepcja artystyczna, kolorystyka, a nawet, jak mu się zdawało, sposób malowania. Zupełnie jakby w książce przedstawiano prace dwóch różnych artystów, z których pierwszy intelektualnie związany był wyłącznie z duchową potrzebą systematycznego uzewnętrzniania swych doznań, drugi zaś ogarnięty pasją, wręcz obsesją, natchniony przez jakieś wstrząsające doświadczenie, z którym usiłował się uporać, przelewa= jąc wrażenia na płótno.

1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 50
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)