Punkt Einsteina [The Einstein Intersection - pl]
- Автор: Дилэни Сэмюель
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-293-4
- Переводчик: Grzegorz R
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Punkt Einsteina [The Einstein Intersection - pl]». Краткое содержание книги:
— Co to za przyjemność brać udział w orgiach ze sztucznym zapłodnieniem? — spytałem.
— W dużej społeczności — odrzekł Pająk — trzeba to robić w taki właśnie sposób. Dopóki istnieje jako taka równowaga w banku genów, jedyne, co można z nimi robić, to bez przerwy mieszać je z sobą. My jednak, niestety, mamy tendencję do tworzenia klanów rodzinnych, co znacznie wyraźniej uwidacznia się w takich miejscach jak Branning-at-sea niż gdzieś tam w górach czy w lasach. To jest problem, jak zmusić ludzi, by mieli nie więcej niż jedno dziecko z tym samym partnerem. W wioskach zagubionych w dżungli kilka nocnych orgii załatwia tę sprawę. W Branning zapewniają to precyzyjne matematyczne obliczenia. Wiele rodzin z ochotą podwoiłoby liczbę swych dzieci, gdyby tylko dano im choć cień szansy. Zielonooki w każdym razie chodzi własnymi drogami. Od czasu do czasu mówi złym ludziom prawdę w oczy. Fakt, że jest inny, że pochodzi z ogólnie szanowanej rodziny, że jest uodporniony na potęgę Dziecka Śmierci i wreszcie że nie przestrzega rygorystycznie obrzędów — wszystko to czyni go postacią kontrowersyjną. Wszyscy kładą to na karb jego partenogenetycznych narodzin.
— Nawet w mojej wiosce patrzyli na takie przypadki bardzo nieprzychylnie — powiedziałem. — Znaczy to, że skład jego genów jest identyczny z genotypem jego matki. Tak nie może być. Jeśli będzie się to zdarzało zbyt często, nigdy nie powrócimy do wielkiego rock and rolla.
— Mówisz jak ci pompatyczni głupcy w Branning. — Pająk był zirytowany.
— Tak mnie uczono.
— Pomyśl przez chwilę. Za każdym razem, kiedy tak mówisz, przybliżasz Zielonookiego do śmierci.
— Co?!
— Już próbowano go zabić. Jak myślisz, dlaczego wysłano go ze mną?
— Och — powiedziałem. — W takim razie dlaczego tam wraca?
— Bo chce. — Pająk wzruszył ramionami. — Nikt nie jest w stanie go powstrzymać, jeśli coś postanowi.
Chrząknąłem.
— Z tego, co mówisz, wynika, że Branning-at-sea nie jest zbyt przyjemnym miejscem. Mnóstwo tam ludzi, połowa z nich to szaleńcy, i nawet nie wiedzą, jak urządzić porządną orgię. — Uniosłem maczetę. — Nie mam czasu na takie nonsensy.
Popłynęła muzyka: lekkie, wysokie dźwięki.
— Lobey.
Spojrzałem na Pająka.
— Coś się dzieje, Lobey; coś, co zdarzyło się już przedtem, kiedy żyli tu nasi poprzednicy. Wielu z nas jest zaniepokojonych. Znamy liczne stare opowieści o tym wydarzeniu i jego skutkach dla dawnych mieszkańców tego świata. To może być coś bardzo poważnego i skutki tego mogą dotknąć nas wszystkich.
— Jestem zmęczony starymi opowieściami — rzekłem. — Nie jesteśmy nimi, jesteśmy nowi; nowi dla tego świata i tego życia. Znam opowieści o Lo Orfeuszu i Lo Ringu. Tylko one mnie obchodzą. Muszę znaleźć Frizę.
— Lobey…
— Reszta mnie nie obchodzi. — Wydobyłem z maczety piskliwy dźwięk. — Obudź poganiaczy, Pająku. Musisz przecież doprowadzić smoki do celu.
Pogalopowałem na Moim Wierzchowcu. Pająk nie zatrzymał mnie.
Zanim słońce dosięgło zenitu, skraj Miasta zarysował się na horyzoncie. Strzelając z bicza w obezwładniającym upale, rozpamiętywałem ostatnie słowa Zielonookiego, bijąc się z myślami: jeśli nie ma śmierci, to jak odzyskam Frizę? Czy aby ją odzyskać, wystarczy miłość, nawet najgłębsza i najsilniejsza? Pomyślałem też o La Dire (smoki, pozostawiając za sobą gorące piaski, wspięły się tymczasem na pokryte zielenią wzgórza), która wyraziła to inaczej: nie ma śmierci, jest tylko rytm. Kiedy opuściliśmy krainę czerwonawych piasków, a smoki przyspieszyły, czując się pewniej na twardszym gruncie, wyjąłem maczetę i zacząłem grać.
Miasto zostało za nami.
Jaszczury swobodnie cwałowały teraz przez teren porośnięty janowcami. Wśród pagórków wił się strumień, przy którym zwierzęta zatrzymały się, aby zaznać ochłody w wodzie. Zanurzając głowy w strumieniu, smoki drapały tylnymi pazurami ziemię na brzegu, wyrzucając w powietrze trawę, piasek i czarną glebę. Zaczęły też wyrywać wodorosty i woda, sięgająca im do kolan, stała się mulista. Na jednej z gałęzi zwieszających się nad strumieniem kołysała się mucha i gładziła zgnieciony fragment skrzydła (skrzydła wielkości mej stopy) w rytm jakiejś linearnej owadziej muzyki. Zagrałem ją dla niej, a ona obróciła ku mnie swe czerwone spodkowate oczy i wyraziła pochwałę. Smoki odrzuciły do tyłu głowy, płucząc sobie gardła.
Nie ma śmierci.
Jest tylko muzyka.