Triumf Chaosu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #6
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Triumf Chaosu». Краткое содержание книги:
Sytuacja nie była szczególnie skomplikowana, lecz równie prosta jak wszystko, co wiązało się z ji’e’toh. Gdyby nie był tak bardzo skupiony na swoim wnętrzu, pierwszy wiedziałby o wszystkim. Nawet dawnej pani dachu, która nosiła biel gai’shain, można było codziennie przypominać, kim była kiedyś — było to bardzo zawstydzające, niemniej dozwolone, czasami nawet zalecane jednak dla członków dziewięciu z trzynastu społeczności takie przypomnienie stanowiło głęboki dyshonor, poza wyjątkowymi zupełnie okolicznościami, których w tej chwili nie potrafił sobie przypomnieć. Far Dareis Mai zdecydowanie kwalifikowały się do tej dziewiątki. To, co wybrała Sulin, było jednym z kilku sposobów na wymazanie toh względem gai’shain, jednak ogólnie rzecz biorąc, uważano tego typu zobowiązanie za najcięższe z istniejących. Najwyraźniej więc Sulin zdecydowała się wyjść naprzeciw swemu toh, przyjmując na siebie wstyd większy niźli ten, na jaki w oczach Aielów naraziła tamtą. To było jej toh, więc do niej należał wybór, jak długo będzie wykonywała czynności, którymi pogardzała. Któż mógł lepiej znać wartość jej honoru oraz głębię jej zobowiązania niźli ona sama? A jednak zrobiła to, co zrobiła, w pierwszym rzędzie dlatego, że on nie dał jej dość czasu.
— To była moja wina — powiedział.
Zdecydowanie nie powinien tego mówić. Jalani obdarzyła go zaskoczonym spojrzeniem. Aviendha aż zarumieniła się z konsternacji; powtarzała mu przecież bez przerwy, że w sytuacjach, w które zaangażowane jest ji’e’toh, nie istnieją żadne wymówki. Jeżeli ratowanie życia dziecka jest równoznaczne ze zobowiązaniem względem wroga krwi, to należy bez wahania zapłacić cenę.
Spojrzenie, jakim Nandera obrzuciła Aviendhę, tylko przy dużej dozie miłosierdzia można było określić jako lekceważące.
— Jak przestaniesz śnić na jawie o jego oczach, to będziesz go lepiej uczyła.
Twarz Aviendhy pociemniała z obrazy, a Nandera przekazała jakieś gesty w Mowie Panien Jalani, sprawiając, że tamta odrzuciła głowę do tyłu i zaniosła się śmiechem, natomiast szkarłat policzków Aviendhy nieco pojaśniał. Rand byłby niemal skłonny przypuszczać, że zaraz usłyszy zaproszenie do tańca włóczni. Cóż, być może nie dokładnie to; Aviendha nauczyła go, że ani Mądre, ani ich uczennice nie biorą udziału w takich rytuałach. Nie zdziwiłby się jednak, gdyby wytargała Nanderę za uszy.
Przemówił więc szybko, aby z góry zapobiec takiemu rozwojowi wydarzeń.
— Ponieważ to ja sprawiłem, że Sulin zachowała się w taki właśnie sposób, to czy w takim razie sam nie mam toh wobec niej?
Najwyraźniej dalej potrafił robić z siebie większego jeszcze głupca niźli do tej pory. Aviendha jeszcze mocniej poczerwieniała, natomiast Jalani nagle zainteresowała się bardzo dywanem pod swoimi stopami. Nawet Nandera zdawała się odrobinę zmartwiona jego ignorancją. Można było powiedzieć komuś, że ma względem kogoś innego toh, chociaż to samo w sobie już stanowiło obrazę, można też było przypomnieć mu o nim, ale takie pytanie oznaczało, że zwyczajnie o niczym nie wiesz. No cóż, sam przecież zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił. Powinien kazać Sulin porzucić tę idiotyczną pracę służącej, pozwolić jej ponownie włożyć cadin’sor i... I nie dopuścić, by sprostała własnemu toh. Zamiast jej ulżyć, naraziłby na szwank jej honor. Jej toh, jej wybór. Za tym wszystkim coś się kryło, ale nie potrafił zrozumieć co. Być może powinien zapytać Aviendhę. Zrobi to jednak później jednak, w takim momencie, w którym pytaniem tego typu nie spowoduje, że Aviendha umrze z upokorzenia. Wszystkie trzy kobiety były najwyraźniej zdania, że tym razem zawstydził ją aż nadto, przynajmniej na jakiś czas. Światłości, co za bałagan.
Zastanawiając się, jakie mógłby znaleźć wyjście z tej sytuacji, przypomniał sobie nagle, że wciąż trzyma w ręku list, który przyniosła Sulin. Wsunął go do kieszeni, potem odpiął pas z mieczem i położył na Berle Smoka, wreszcie ponownie wyciągnął pergamin. Któż mógł wysłać do niego wiadomość przez posłańca, który nawet nie zatrzymał się na śniadanie? Z zewnątrz nie było nic, co pomogłoby zidentyfikować nadawcę, żadnego imienia; jedynie kurier, który tak szybko zniknął, mógłby powiedzieć coś na ten temat. Również pieczęć była mu zupełnie nieznana; jakiś rodzaj kwiatu odbitego w purpurowym wosku, jednak sam pergamin był gruby, z pewnością z tych najdroższych. Treść zaś listu, którego słowa skreśliła kobieca ręka eleganckim, pajęczym pismem, przywołała na jego oblicze pełen namysłu uśmiech.
„Kuzynie! Czasy są trudne, czuję jednak, iż muszę napisać do ciebie, aby zapewnić cię o mej dobrej woli i wyrazić nadzieję, iż mogę liczyć na podobne uczucia z twej strony. Nie obawiaj się, znam cię i uznaję twe prawa, jednak są tacy, którym nie w smak będzie każdy, kto spróbuje zbliżyć się do ciebie, chyba że za ich wstawiennictwem. Nie proszę o nic innego, jak tylko o to, byś zatrzymał me wyznania w ogniu swego serca.