Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Ono». Краткое содержание книги:

Ono – jedna z bardziej zaskakujących powieści ostatnich lat, książka inna od tych, które Terakowska kierowała dotychczas do młodzieży, inna też od adresowanej do starszych czytelników Poczwarki, choć, podobnie jak ta ostatnia, przeznaczona jest dla dojrzałych odbiorców. Po raz pierwszy Dorota Terakowska przedstawia świat tak dotkliwie realistyczny, choć nie pozbawiony magii i niezwykłości. Umieszcza w nim na pozór nie wyróżniającą się żadnymi szczególnymi cechami osobowości czy zdolnościami bohaterkę, w której każdy może odnaleźć mniej lub bardziej sobie znajomą dziewczynę z sąsiedztwa. Dziewiętnastoletnia Ewa, mieszkanka małego polskiego miasteczka, pozbawiona zainteresowań i jakichkolwiek większych ambicji, staje nagle przed bardzo poważnym problemem życiowym. To, co jej się przytrafia, nie jest niestety czymś niespotykanym, zaskakująca jest natomiast jej reakcja na ów problem – postawa niewiele mająca wspólnego z wyborem, jakiego moglibyśmy się po takiej dziewczynie spodziewać. Powieść jest zadziwiająca, wielowymiarowa i pełna napięcia, autorka po mistrzowsku wykorzystała w niej wypróbowaną w prozie realistycznej ideę ukazania wewnętrznego rozwoju młodego bohatera na tle jego środowiska. Mamy tu do czynienia z realizacją nie tylko udaną, ale i pod wieloma względami nowatorską. Misterna, przemyślana w każdym szczególe konstrukcja oraz znakomicie nakreślone, wyraziste postaci sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 88
Перейти на страницу:

– Prawdziwa – przyznaje Ewa. – Ale ja na ten czwartek muszę mieć dwa pięćset.

– Powiemy ojcu. Tak sobie myślę, że jeśli ja uciułałam coś na boku, to może on też? Może też miał jakieś marzenie i na nie zbierał? – zastanawia się Teresa.

„Zbierali na swoje marzenia”, powtarza w myślach Ewa. „Więc wciąż je mają?”, dziwi się nagle.

Gdy późną nocą Ewa przechodzi korytarzem do łazienki, drzwi pokoju ojca uchylają się:

– Ewcia… Mam dla ciebie te pięćset.

– Na co zbierałeś? – pyta Ewa.

– Nieważne – mówi Jan. Patrzy na Ewę ubraną w cienki podkoszulek i majtki i mówi:

– Wejdź. Zaziębisz się.

„Nigdy nie wchodzę do jego pokoju. Ani on do mojego. Nasze jedyne wspólne terytorium to kuchnia i pokój z telewizorem. Przecież ja nawet nie wiem, jak u niego jest”, myśli Ewa i wchodzi.

Wąski tapczan, zasłany szarym kocem. Na trzech ścianach proste półki z książkami, niektóre z surowych, nie heblowanych desek („Sam je zrobił?”, myśli Ewa). Stół. Jedno krzesło. Stare biurko, które dostał od matki, babci Ireny, gdy przedwcześnie przeprowadzała się do domu starców. To biurko, wielkie, rzeźbione, z mnóstwem szuflad i szczątkami kasztanowej politury, nie pasuje do reszty mebli, ale pasuje do taty. Na biurku leżą książki, które nie zmieściły się na półkach. Książki piętrzą się też w stosach na podłodze pod oknem. A na stole radio z dwiema wieżami i rządki równiutko ułożonych kompaktów. Obok stary adapter i sterta płyt analogowych. Wszędzie kurz, poza radiem i adapterem.

– Mama ci nie sprząta? – dziwi się Ewa.

– To niełatwe. Potem niczego bym nie znalazł. A tak wszystko mam pod ręką – tłumaczy Jan, jakby chciał usprawiedliwić matkę.

– Na co zbierałeś pieniądze? To tajemnica? – docieka Ewa.

– Nie, nie tajemnica, ale to cię nie zainteresuje. Chciałem mieć całego Mahlera, Wagnera i Brucknera.

– To kompozytorzy? – pyta Ewa.

– Tak, kompozytorzy, którzy mieli wspólny styl. Zaczęło się od Wagnera. Na Mahlerze się kończy. Jeden czerpał z drugiego, a wszyscy mają niesamowite brzmienie. I nastrój. Zamykasz oczy i widzisz, co chcieli powiedzieć swoją muzyką. u Wagnera to jest buńczuczne, patetyczne, pyszne, Bruckner jest już bardziej miękki, niepewny, ale precyzyjny, a Mahler… Mahler rozpacza. Mahler płacze, modli się lub myśli o czymś bardzo smutnym.

Ewa patrzy zdumiona na ojca. Czemu on nagle tak dużo mówi i tyle niezrozumiałych rzeczy?

– Nie boją się wielkich uczuć. Nie wstydzą się ich – ciągnie ojciec.

„A ty jesteś całkiem inny. Smutny, niepatetyczny i tak ukrywasz swoje uczucia, że wydaje się nam, jakbyś ich wcale nie miał”, myśli Ewa.

Zerka na ojca z ukosa. Jest taki drobny, niemal chudy w swojej zmiętej, przybrudzonej piżamie. Ewa odwraca głowę. Patrzenie na niego sprawia jej przykrość. „Kiedyś był inny”, myśli.

Rusza w obchód po pokoju, odkrywając kolejne, nieznane sobie rzeczy. Książki na półkach mają mało zachęcające tytuły. Wśród płyt nie ma ani jednej z muzyką taneczną czy piosenkami. Bach… Bach… Mozart. Beethoven. Grieg… Rachmaninow, Czajkowski, Wagner… Na ścianach wiszą karteczki przypięte pinezkami, tak już pożółkłe ze starości, że prawie się rozlatują; jest też parę świeższych.

– Moje notatki. Niektóre mają z piętnaście lat. Przydawały się, gdy brałem udział w teleturniejach – wyjaśnia ojciec.

– Dlaczego już nie grasz? – pyta Ewa i przygryza język. Nie o to chciała zapytać. Czuje, że to jest temat, którego on nie lubi. („Tak jak ja nie lubiłam patrzyć na niego, gdy pokazywał się w telewizorze. Wyglądał jak ktoś, kto znalazł się tam przypadkiem i chciałby uciec”).

– Kochanie, to już nie są takie teleturnieje jak kiedyś, gdy trzeba było mieć wiedzę – mówi ojciec cicho i niepewnie. – Nikt już nie pyta o Bacha lub Strawińskiego – o Manna czy Kafkę. Oni… oni chyba nikogo nie interesują w telewizji…

– Ale teraz są tam większe pieniądze. Niekiedy bardzo duże – mówi Ewa.

– Nie wiem, czy robiłem to dla pieniędzy. Pewnie tak to wyglądało.

– Z czego wygrałeś swoją pierwszą Wielką Grę?

– Z Beethovena. Drugą z Wagnera. I trzecią z Bacha. Ale po drodze był kosmos. Historia. Literatura. Filozofia.

– Tak dużo wiesz. Mógłbyś znowu spróbować. Tyle teraz tych teleturniejów, bo ludzie myślą ciągle o forsie, tylko o forsie, o tym, że jej nie mają, więc kochają teleturnieje, a mama mówi, że ty wygrałbyś każdy z nich.

– w pewnej chwili nikt mnie tam nie chciał. Powiedzieli, że jestem nietelewizyjny. Że czasy się zmieniły i ludzie nie chcieliby na mnie patrzyć. Mama w to nie wierzy.

„Ja ci wierzę. Czy ja bym chciała patrzyć na ciebie w telewizji?”, myśli Ewa. „Nie, nie chciałabym. Już wtedy nie chciałam”.

Ojciec człapie w stronę adapteru i starannie układa na nim jedną ze swoich starych płyt.

– Popołudnie fauna – mówi. – Debussy. Gdy byłaś malutka, zawsze prosiłaś, żeby ci to grać.

– Dlaczego? – dziwi się Ewa.

Słyszy tę dziwną, tajemniczą melodię, którą usłyszała w przychodni. „Fauny… wciąż te fauny… Dlaczego? z dwojga złego to już lepszy Presley”, myśli i zastanawia się nad przypadkiem, który sprawia, że aż dwa razy tego samego dnia słyszy tę samą, dawno zapomnianą melodię.

– Mówiłaś wtedy, że widzisz, jak fauny tańczą -. uśmiecha się ojciec.

– Tak mówiłam? – dziwi się znowu Ewa. – Ja nawet nie wiem, co to są fauny!

– Wtedy wiedziałaś. Szukałaś ich w lesie. Albo na łące. Bo tłumaczyłem ci, że one lubią wylegiwać się w słońcu.

Ewa, znużona, spaceruje po pokoju. Ta muzyka ją drażni, tej rozmowy nie rozumie.

– Czemu nie odłożyliście nic z twoich wygranych? – pyta.

– Wydawało się nam, że musimy wybudować dom. I wybudowaliśmy. Ale dom to… to nie cztery ściany i dach.

– A co? – pyta zdziwiona Ewa.

– Ludzie? – mówi ojciec niepewnie i pytająco. Ewa przygląda mu się w milczeniu. „On powinien wiedzieć”, myśli.

– A od kiedy zaczyna się człowiek? – pyta.

Ojciec patrzy na nią zdezorientowany.

– Czy zaczyna się wtedy, gdy słyszy? – pyta znowu córka.

Muzyka z płyty wypełnia pokój, Popołudnie fauna wypełnia cały, wciąż nie dokończony, a już podupadły dom, ogrzewa go, rozsłonecznia mimo nocy – i ojciec nagle uśmiecha się, bardziej do siebie niż do niej, a potem przytakuje:

– Tak. Człowiek zaczyna się wtedy, gdy słyszy.

Pokryte futrem, pełne wdzięku czworonożne stworzenia o ludzkich twarzach i uczuciach tańczą nie kończący się taniec na zielonej łące.

– Fauny! – woła nagle Ewa. – Pamiętam! Już pamiętam! Mówiłeś, że to są mali bogowie! Że mieszkają w lasach, na łąkach, nad jeziorem! Szukaliśmy ich razem! Miałam chyba pięć lat? a może mniej?

– Tak – potwierdza cicho ojciec.

Wśród karteluszków wisi malutkie, niewyraźne zdjęcie. Ewa wpatruje się w nie, chcąc rozpoznać uwiecznione na nim osoby. Uśmiechnięty młody mężczyzna, mała dziewczynka na jego kolanach, za nimi drewniana weranda, ocieniona dzikim winem.

– Nasze Mazury – mówi z radością. – a prawie o nich zapomniałam.

Znowu wpatruje się w tę niewielką, amatorską fotkę. „Tata się na niej śmieje. Więc kiedyś umiał się śmiać?”

– To tam szukaliśmy faunów – mówi tata i powoli, niepewnie się uśmiecha.

„Nadal umie. A gdy się uśmiecha, wydaje się większy, wyższy, młodszy”, myśli Ewa.

– Mazury… nasz stary, wiejski domek. Dlaczego babcia Irena go sprzedała? – pyta.

– Nie mieliśmy pieniędzy. A twoja babcia dokładała do budowy naszego domu, gdy nie udało mi się wygrać teleturnieju.

Ewa wciąż wpatruje się w malutkie zdjęcie.

– Przypominam sobie – mówi. – Chodziłeś ze mną po lesie. Płoszyliśmy łabędzie na jeziorze, bo chcieliśmy usłyszeć dźwięki, jakie wydają ich skrzydła w locie. Mówiłeś, że to jest muzyka. Pokazywałeś mi ćmy i nie pozwalałeś bać się nietoperzy i pająków.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)