O dwoch takich co ukradli ksiezyc
- Автор: Макушинский Корнель
- Язык: польский
- Жанр: Сказки народов мира
Электронная книга - «O dwoch takich co ukradli ksiezyc». Краткое содержание книги:
Пройдя долгий путь, близнецы всё-таки ловят луну в свою сеть, но в результате получают лишь проблемы. В поисках Луны они посетили города Сараделла и Мортаделла, а потом попали в руки заметивших их разбойников. Последние привели их в Золотой Город, где всё было сделано из золота. Любой, кто прикасался к золоту, сам становился золотым. Та же участь постигла и всех разбойников.
Итогом приключения Яцека и Плацека стало их возвращение домой. Осознав свои ошибки, братья решили помогать своим родителям и перестать быть ленивыми.
— Chodźmy! Coś wyje z lewej strony i coś beczy z prawej, ale przed nami wolna droga.
— A za nami?
— Za nami? Przystańmy, trzeba zobaczyć.
Obejrzeli się i zdrętwieli: poza nimi patrzyły z ciemności ogromne, zielone ślepia.
— Uciekajmy! — krzyknął Jacek.
Zaczęli gonić po bezdrożach, przez jakieś puste pola. Wciąż słychać było wycia i beki, a ile razy obejrzeli się poza siebie, widzieli te tajemnicze ślepia. Duch już w nich zamierał, kiedy nagle ujrzeli przed sobą na jakiejś wyniosłości łunę ogniska.
Odetchnęli na widok żywego ognia; sił im przybyło, więc jak pływak, co pruje zawzięcie czarne wody, tak oni płynęli przez tę noc czarną i ciemną, pełną złych głosów, szumów, dzwonień, westchnień i beków. Ogień płonął coraz jaskrawiej jak purpurowy kwiat, co coraz pełniej rozkwita. Wiatr chwiał nim na wszystkie strony, jakby chciał z korzeniem wyrwać ten krzew ognisty. Blask ognia był silny i barwił szeroką przestrzeń.
W pewnej chwili zdawało się chłopcom, że biegną wąską ścieżyną, a po jej stronach plami się jakieś czarne bagno i jakaś topiel wodą połyskująca. Gdyby nie ten blask, co naprzeciw nich wybiegł, i gdyby nie ta krwawa latarnia ognia, byliby weszli na zdradzieckie trzęsawiska. W jej zbawczym rozbłysku widzieli jednak coraz wyraźniej jak gdyby groblę, lekko. wznoszącą się ku górze, ku ogniowi. Kiedy już byli blisko niego, ujrzeli zarys jakiejś niewielkiej postaci, co jedną rękę podniósłszy ku twarzy, jakby chcąc przytłumić jaskrawy blask ogniska, patrzyła nieruchomo w tę stronę, z której przychodzili.
Chłopcy przystanęli zadyszani, jakby chcąc wyrozumieć wzrokiem, kogo mają przed sobą.
— Widzę człowieka — szepnął Jacek — kto to może być?
— Może to ktoś, co zastawia na nas pułapkę — rzekł cicho Placek — bądźmy ostrożni…
Wtem od ognia przypłynął do nich głos. Brzmiał tak ciepło, jakby się nagrzał w gorącej czerwieni ogniska. Głos zapytał:
— Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
— To jakaś kobieta! — rzekł pewnym głosem Jacek. -
Chodźmy ku niej.
Placek jednakże, usłyszawszy ten głos, zmartwiał i nie ruszał się z miejsca wlepiwszy oczy w mówiącą kobietę.
— Czemu stoisz jak słup? — zapytał Jacek.
— Jacku — mówił cicho Placek — to dziwne…
— Co dziwnego?
— Przypatrz się dobrze, bo mnie się zdawało, kiedy usłyszałem ten głos…
— Co ci się zdawało?
- Że to przemówiła… że to przemówiła… nasza matka…
— To nie może być!
— Nie wiem, ale ten głos… kiedy powiedziała: „czy to ty nadchodzisz, mój synu?…”
Jacek spojrzał pilnie ostrym wzrokiem i niedowierzająco pokręcił głową.
— To nie może być nasza matka, bo i skąd by się tu wzięła?
— Ale ten głos!..
- Łudzi cię tylko głos. To jednak z pewnością nie jest nasza matka.
— Skąd masz tę pewność?
— A stąd, że nasza matka zapytałaby: czy to wy nadchodzicie, synowie moi — a ta czeka na jednego tylko.
— Tak, tak, to prawda. Nas jest dwóch… Ale zbliżajmy się ostrożnie.
— Kogóż się boisz, kobiety?
— Nie boję się, ale mi jest jakoś dziwnie…
Kobieta u ogniska powtórzyła tęsknym, pełnym drżenia głosem:
— Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
Oni zbliżyli się ku niej niepewnie, baczni na wszystko, takie już bowiem widzieli rzeczy dziwne i czarodziejskie, że nie dowierzali nikomu.
— Ach, to nie jest mój syn! — westchnęła kobieta. Była stara, zwiędła, siwa i biedna. Nie wiadomo, jaki kolor miała jej twarz, bardzo pomarszczona, gdyż ogień malował ją mocnym rumieńcem, który dziwnie wyglądał wobec siwych. włosów. W zgrzybiałej tej postaci jedno było młode i żywe: jej oczy. Spojrzenie miała jastrzębie, mocne i przenikliwe, jakby w oczach mieszkała jej dusza i jakby w nich całe skupiło się życie; zdawać się mogło, że nic innego ta kobieta nie czyni, tylko wciąż patrzy i wciąż czegoś wygląda, tak że oczy jej zaprawiły się w patrzeniu przenikliwym i dotkliwym. Przygasły one, kiedy ujrzały, że to nie ten oczekiwany się zjawił, lecz jacyś nieznajomi, dziwnie wyglądający chłopcy: oberwani, umazani błotem, zastrachani i zmęczeni. Kobieta zapytała łagodnym głosem:
— Kto wy jesteście, moje dzieci?
Jacek trącił nieznacznie Placka łokciem, a ten, żałośliwą — przybrawszy minę, rzekł:
— Jesteśmy biedne sieroty, co nie mają ani ojca, ani matki.
— A dokąd dążycie przez ten straszny kraj?
— Sami nie wiemy, w świat…
— O, biedne sierotki! A cóż wy myślicie znaleźć na dalekim świecie?
— Pragniemy znaleźć jakąś pracę! - zełgał Jacek.
— Ale nigdzie znaleźć jej nie możemy — dodał Placek. Kobieta zamyśliła się, potem rzekła:
— Po co macie szukać tak daleko, znajdziecie pracę u mnie. Sama jestem bardzo biedna, ale jakoś wyżyjemy.
— A cóż my tu będziemy robić?
— To co ja, dzieci drogie. Będziemy palić ogień.
— Palić ogień? Po co się on pali?
— O, dzieci! Ten ogień was zbawił! Dookoła są bagna i straszliwe trzęsawiska, a na to suche wzgórze prowadzi jedna jedyna ścieżka, na którą trafiliście szczęśliwie, bo mój ogień pokazał wam drogę. Jest to święty i dobroczynny ogień, który palę dla mojego syna.
— A kiedy on wróci?
— Nie wiem. Odszedł szukać dla mnie pożywienia przed dziesięciu laty, kiedy był wielki głód i niczym nie mogliśmy się pożywić. Biedactwo: małe było i słabe. Poszedł i od dziesięciu lat wyglądam go we dnie, a w nocy rozpalam ogień i podtrzymuję go aż do świtu, aby mój syneczek nie zbłądził.
— I długo zamierzasz to czynić?
— Aż do dnia mojej śmierci. Kiedy zaś nie będę mogła nakarmić ognia drzewem, kiedy nie będę mogła przywlec i rzucić go w ognisko, wtedy sama rzucę się w ogień, aby go podtrzymać jeszcze przez chwilę, bo może właśnie wtedy syn mój będzie wracał do mnie przez trzęsawiska.
— A jeśli on już nie wróci? Kobieta spojrzała z rozpaczą.
— Jak to być może, aby dziecko nie wróciło do swojej matki?
Chłopcy odwrócili oczy.
— Wróci — mówiła kobieta — choćby był na końcu świata.
— A czemuż nie powraca tak długo?
— Nie wiem; może go król wziął na żołnierza albo może jęczy w niewoli u zbójców?
— A jeśli zginął?
— O, nie! — zawołała kobieta. - Moje dziecko żyje!
— Skąd wiesz o tym?
— Bo gdyby umarł, to moje serce dałoby mi o tym znać, a zaraz potem by pękło. Mój syn żyje! Dlatego nie przestanę rozpalać ognia aż do ostatniego tchnienia.
— Straszna to jest praca!
— Nie ma takiej pracy, której by matka nie dokonała dla swojego dziecka.
Chłopcy po raz drugi nakryli powiekami oczy, aby przy blasku ognia nie dojrzała w nich fałszu.
— Palę ten ogień — mówiła kobieta — dla niego, palę i dla innych. Wielu zabłąkanych ogień ten uratował, wielu tonących i grzęznących w bagnie wyprowadził na to bezpieczne wzgórze. Myślę, że za to Pan Bóg pomoże powrócić mojemu synowi i wskaże mu drogę. Strasznie, strasznie już jestem zmęczona. Od lat dziesięciu nie zaznałam snu w nocy, a we dnie wciąż się budzę, bo mi się zdaje, że słyszę wołanie. A to tylko na tych trzęsawiskach coś woła.
— I my słyszeliśmy dziwne głosy. Co to tak woła?
— Nie wiem. Może to woła zły duch, aby zbłąkanych sprowadzić ze ścieżki, albo może to płaczą ci, co się tu potopili.