Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]

Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:

Nic na świecie nie mogło stanowić smutniejszego widoku od tego ogromnego cmentarza. Morze grzebie zatopione okręty, ziemia — ludzi. Lecz na tym cmentarzu umarli leżeli nadzy, oświetlani palącymi promieniami słońca. Trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Na pół zgniłe deski uginały się pod nogami. Podróżnicy mogli w każdej chwili zapaść się i znaleźć w ładowni. Przewidując to zabrali ze sobą sznury, by w razie potrzeby pomóc sobie nawzajem. Balustrady łamały się. Strzępy żagli po dotknięciu rozsypywały się w proch. Wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą pyłu, rozkładu i zielenią zgnilizny… Na wielu pokładach walały się szkielety błyszczące w słońcu białymi koścmi lub ciemniejące resztkami skóry i strzępami odzieży. Z pozycji szkieletów, porąbanych czaszek można było wywnioskować, że ludzie, którz stracili zmysły w obliczu śmierci, kłócili się, buntowali, bezsesownie i okrutnie mordowali się nawzajem, biorąc na kimś pomstę za swe cierpienia i zmarnowane życie. Każdy statek był światkiem wielkiej tragedii, która rozegrała śię na nim przed piędziesięciu, stu lub dwustu laty…
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 49
Перейти на страницу:

— Obrzydłeś mi z twoim nieboszczykiem! Wiesz co, będę z tobą razem dyżurować tej nocy. I uprzedzam cię, jeżeli ty zobaczysz, a ja nie zobaczę — będziecie musieli jak dwa nieboszczyki spacerować razem po morzu! Wrzucę cię do wody, zobaczysz!

Noc była ciemna. Niebo zawlokły gęste chmury. Kropił deszcz, Bocco klął okrywając się połatanym płaszczem.

Koło pierwszej w nocy Bocco spostrzegł w ciemnościach cień człowieka. Było tak bardzo ciemno, że nie mógł poznać sylwetki. Lecz coś podobnego do człowieka istotnie szło po wodzie i znikło w mroku.

Bocco poczuł, że mu drętwieją ręce.

— Widzisz? — szepnął Chińczyk chwytając go za ramię roztrzęsioną dłonią.

— Ciszej!

Przerażeni przesiedzieli aż do rana.

Kiedy wzeszło słońce, Bocco westchnął z ulgą. Wkrótce wieść o widmie kapitana Slaytona obiegła całą wyspę i dotarła do Floresa. Flores nie wierzył w duchy, lecz wiadomość o wędrującym upiorze Slaytona podziałała na niego jak przeczucie grożącego niebezpieczeństwa.

„Dlaczego oni widzieli właśnie Slaytona? A może go żałują? Może mają mi za złe, że wrzuciłem Slaytona do morza zamiast spróbować pomóc mu? A przecież Slayton był na wpół martwy. Albo… e… głupstwa! Po prostu ludzie szaleją z nudów. Trzeba jak najprędzej dać im jakąś rozrywkę” — myślał Flores.

Wieczorem potajemnie zawezwał Bocca i prosił, by zaprowadził go na miejsce, w którym widzieli widmo. Lecz widmo nie zjawiło się ani tej, ani następnej nocy. Flores odzyskał humor.

— No, widzicie! Przecież mówiłem, że to jest złudzenie. Szkoda czasu na takie głupstwa! Proszę przyjść do mnie jutro na naradę. Musimy ułożyć plan ekspedycji. Nie zapomnijcie ubrać się w oficjalne mundury — jakoś dawno nie wkładaliście ich.

— Oszczędzam — odpowiedział Bocco dobrodusznie. — Takie bogactwo!

— Starczy nam do końca życia, Bocco!

IV. Wyspa, która znikła

Już pod wieczór „Napastnik” znalazł się w strefie wolnej od sargassów. A kiedy rankiem następnego dnia państwo Huttlingowie wyszli na pokład, ujrzeli, że dokoła statku rozpostarła się błękitna gładzizna oceanu, na której powierzchni widać było gdzieniegdzie niewielkie plamy sargassów.

— To dziwne, czyżbyśmy tak bardzo zboczyli na południe? — zapytał Huttling profesora Thompsona oglądającego jakąś małą rybkę, która wpadła w sieć.

— Płyniemy na samym skraju ciepłego prądu w miejscu, w którym on walczy z zimnym. Te zimne prądy właśnie odsunęły w bok część gronorostów. Jutro skręcimy na północ, w samą gęstwinę sargassów.

— Jaka dziwna ryba! — zawołała Vivian. — Popatrz, Regie.

Głowa ryby posiadała szeroką, niewielką tarczę owalnego kształtu, złożoną z płytek przypominających dachówki; dolna część ryby była ciemniejsza od górnej.

Thompson wpuścił ją ostrożnie do dużej miski z wodą. Przewróciła się natychmiast na grzbiet i przywarła tarczą do dna miski.

— Niech pan spróbuje podnieść ją — zaproponował Thompson.

Huttling wziął rybę za ogon i usiłował ją podnieść, lecz na próżno: ryba jak gdyby przyrosła do dna miski. Thompson roześmiał się.

— Widzi pan, jaka to jest dziwna ryba! To remora czyli podnawka. W starożytności krążyły o niej całe legendy, jakoby przylepiwszy się do podwodnej części statku mogła go rzekomo zatrzymać. Proszę popatrzeć. — I Thompson z wysiłkiem oderwał podnawkę od dna miski.

— Panie profesorze, na morzu widać całą gromadę żółwi — zameldował asystent Thompsona, Müller. — Czy pozwoli mi pan zapolować na nie przy pomocy tej małej rybki? Widziałem, jak to robią tubylcy w Afryce.

Thompson wyraził zgodę, a Müller umieścił na ogonie podnawki kółko połączone z mocną linką i wrzucił rybę do wody. W przezroczystej wodzie widać było wszystkie jej ruchy. Po kilku bezowocnych próbach uwolnienia się z więzi, podnawka podpłynęła do dużego żółwia, który spokojnie spał sobie na powierzchni oceanu. Podnawka przyssała się do tarczy brzusznej żółwia. Müller pociągnął linkę. Żółw zaczął rzucać się na wszystkie strony, lecz w żaden sposób nie mógł pozbyć się podnawki i wraz z nią znalazł się po minucie na pokładzie statku.

— Brawo! — zawołała Vivian klaszcząc w dłonie.

Na pokładzie zjawił się Simpkins. Dopiero co wstał i mrużył oczy przed słońcem. Pykając fajeczkę popatrzył obojętnie na żółwia i wycedził:

— Zupa żółwiowa to całkiem niezła rzecz. A co to za pijawka?

— To nie pijawka, tylko podnawka. A żółw, panie Simpkins, nie pójdzie do kuchni na zupę, lecz zasili nasze zbiory.

— Spójrzcie, jakie one są śliczne! — zawołała znów Vivian, wskazując na morze.

Nad falami latały ryby. Całymi gromadami wyskakiwały z wody i przelatywały w powietrzu po kilkadziesiąt metrów, używając do lotu przednich płetw przekształconych jak gdyby w skrzydła.

Pasażerowie statku zapatrzyli się na to widowisko.

— Dactylopterus, „latające ryby” — wyjaśnił profesor Thompson.

— Czy wszystkie ptaki pochodzą również z oceanu? — spytała Vivian.

— Ocean jest kolebką życia organicznego na ziemi. Widzi pani teraz latające ryby, lecz istnieją również takie, które chodzą po lądzie i nawet włażą na korzenie drzew. Są to przodkowie zwierząt ziemnowodnych i ptaków.

— Wszystko to jest bardzo ciekawe — odezwał się Simpkins obojętnym tonem — ale wydaje mi się, że wybraliśmy się nie tylko na poszukiwanie żółwi i podnawek, lecz również na Wyspę Zaginionych Okrętów. A tymczasem skręcamy coraz bardziej na południe i już opuściliśmy strefę sargassów. Wkrótce nastąpi okres deszczowy — i tak już dość często pada — więc kiedy zajmiemy się wyspą?

— Cierpliwości, Simpkins. Dziś zbaczamy na północ i z każdą godziną będzie pan bliżej swego celu.

Simpkins wzruszył ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć: „Ech, ci panowie uczeni!” — i wsunąwszy ręce do kieszeni zaczął wpatrywać się w morze, spluwając za pokład.

— A tu mamy rekina! — zawołał z ożywieniem. Widocznie również na morzu interesowały go wyłącznie elementy przestępcze. — Oho, jaki wielki! Ale dlaczego jest biały?

— Tak, to ciekawy okaz — rzekł Thompson — typowy przedstawiciel Morza Sargassowego. Gronorosty nie przepuszczają światła słonecznego i tutejsze rekiny nie „opalają się” tak jak ich bracia, mieszkający na otwartych miejscach; skóra tutejszych rekinów pozbawiona została barwnika.

Rekin płynął obok statku. Miał Szybkie, energiczne i piękne ruchy.

Marynarze przygotowali już sznur i smarowali tłuszczem żelazny hak.

— Dlaczego rekin nie pożera tych małych rybek, które się kręcą koło niego? — spytała Vivian.

— Jest tam wśród nich rybapilot, nierozłączny towarzysz rekina.

Tymczasem zrzucono hak z przynętą. Pierwsza zauważyła ją rybapilot. Obwąchała przynętę i szybko popłynęła do rekina, usiłując zwrócić jego uwagę na zdobycz.

— Patrzcie ją, jaka prowokatorka! — przetłumaczył Simpkins całe wydarzenie na język praktyki kryminalnej.

Rekin odwrócił się, spostrzegł zdobycz i połknął chciwie hak.

— Niech to licho, przecież to była prawdziwa prowokacja ze strony rybypilota! — zawołał Simpkins.

Rekin szarpnął się i tak mocno pociągnął sznur, że dwaj marynarze upadli na pokład i statek przechylił się lekko. Rozpoczęła się walka. Marynarze to dawali luz, to znów skracali sznur, ciągnąc opadającego z sił drapieżcę. Upłynęła prawie godzina, zanim został wciągnięty na pokład. Zmęczony walką leżał jak martwy.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 49
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)