Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Dom Westalek». Краткое содержание книги:

Dziewięć historii, które składają się na tę książkę, to misternie skonstruowane, pełne napięcia kryminały. Wszystkie Umiejscowione są w okresie ośmiu lat dzielących Rzymską krew i Ramiona Nemezis (dwie pierwsze powieści cyklu Roma sub rosa). W tle opisywanych intryg przewija się dzieciństwo Ekona, adoptowanego syna Gordianusa, związek bohatera z niewolnicą Bethesdą (późniejszą jego żoną), a całość, co chyba najważniejsze, przesycona jest historią Rzymu od kresu dyktatury Sulli aż po powstanie Spartakusa. Dom westalek to istotne uzupełnienie całego cyklu. Roma sub rosa, cykl powieści Stevena Saylora, których akcja toczy się w starożytnym Rzymie u schyłku republiki, a bohaterem jest Gordianus Poszukiwacz, został nadzwyczaj dobrze przyjęty i przez czytelników, i przez krytyków, dając autorowi miejsce wśród znaczących twórców sensacyjnych powieści historycznych.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 60
Перейти на страницу:

– Ja się zajmuję żywymi, nie umarłymi – odparłem stanowczo.

– Zapłacę ci, jeśli o to ci chodzi. Sulla dał wszystkim swoim żołnierzom gospodarstwa w Etrurii. Ja swoje sprzedałem… żaden byłby ze mnie rolnik. Ale do dzisiaj zostało mi trochę srebra. Mogę dać ci niezłą sumkę, jeśli mi pomożesz.

– A jak miałbym ci pomóc? Skoro masz problem z lemurami, poszukaj porady u kapłana albo augura.

– Szukałem, wierz mi! Co wiosnę, podczas majowych Lemuraliów biorę udział w procesji dla odstraszania złych duchów. Wypowiadam modły, rzucam czarną fasolę przez ramię. Kto wie, może to pomaga, bo jakoś wiosną lemury nigdy mnie nie nawiedzają i latem też mam z nimi spokój. Ale gdy tylko liście zwiędną i spadną z drzew, natychmiast tu są. Chcą mnie doprowadzić do szaleństwa!

– Obywatelu, nie mogę…

– Czuję w głowie rzucane przez nie złe uroki.

– Słuchaj, ja naprawdę muszę już iść…

– Błagam! – wyszeptał. – Kiedyś byłem dzielnym żołnierzem, niczego się nie bałem. Zabiłem wielu ludzi, walcząc za Rzym pod rozkazami Sulli. Brodziłem po pas w rzekach krwi i nigdy nie okazałem słabości. Nikt mi nie był straszny. A teraz… – Na twarzy odmalowała mu się taka nienawiść do samego siebie, że musiałem się odwrócić. – Pomóż mi! – prosił.

– Może kiedy będę wracał…

Uśmiechnął się żałośnie jak skazaniec, któremu zawieszono wykonanie kary.

– Tak, kiedy będziesz wracał – wyszeptał.

Pospieszyłem czym prędzej przed siebie.

Dom na Palatynie, mimo że usytuowany w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy miasta, ukazywał przybyszowi prostą fasadę, podobnie jak większość sąsiednich budynków. Poza dwoma filarami w formie kariatyd podtrzymującymi dach jedyną ozdobą był wiszący na drzwiach pogrzebowy wieniec z gałęzi cyprysu i jodły. Krótki korytarz, po którego obu stronach znajdowały się woskowe maski szlachetnych przodków gospodarza, wiódł do skromnego atrium, gdzie na marach z kości słoniowej spoczywały zwłoki. Podszedłem bliżej i ujrzałem młodego mężczyznę, chyba przed trzydziestką, o rysach nie wyróżniających się niczym poza wykrzywiającym je grymasem. Normalnie balsamiści potrafią usunąć oznaki cierpienia i nieszczęścia z twarzy zmarłych, wygładzić zmarszczone czoła i rozluźnić zaciśnięte szczęki. Ta twarz jednak zdążyła tak zastygnąć, że żaden mistrz tego fachu nie mógł już zmienić jej wyrazu. Malował się na niej nie ból, ale strach.

– Spadł z wysoka – odezwał się za mną znajomy głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem swojego klienta (dawniej) i przyjaciela (obecnie), Lucjusza Klaudiusza. Był tęgi jak zawsze i nawet przyćmione światło w atrium nie mogło ukryć czerwieni jego policzków i nosa. Wymieniliśmy pozdrowienia, po czym znów obróciliśmy uwagę na ciało.

– To Tytus, właściciel tego domu – wyjaśnił Lucjusz. – W każdym razie przez ostatnie dwa lata.

– Zginął w wyniku upadku?

– Tak. Po zachodniej stronie domu biegnie galeria z długim balkonem wychodzącym na stromy stok. Tytus spadł z niej trzy dni temu i skręcił kark.

– Umarł od razu?

– Nie. Przetrwał jeszcze noc i cały następny dzień. Przed śmiercią opowiedział coś bardzo dziwnego. Oczywiście miał gorączkę i bardzo cierpiał, chociaż podawano mu spore dawki nepenthes… – Lucjusz poruszył się nerwowo i podrapał po rudym wianuszku włosów. – Powiedz mi, Gordianusie, czy znasz się trochę na lemurach?

Musiałem mieć dziwną minę, bo Lucjusz zmarszczył brwi i dodał:

– Czy powiedziałem coś niestosownego?

– Ależ nie. Tylko że już drugi raz dzisiaj słyszę o lemurach. Kiedy tu szedłem, jeden z moich sąsiadów… Ale nie będę cię nudził opowiadaniem. Chyba cały Rzym nawiedziły dziś duchy! To pewnie przez tę paskudną pogodę i ponurą porę roku… albo niestrawność, jak mawiał mój ojciec…

– To nie niestrawność zabiła mojego męża ani też zimny wiatr, mżawka lub nerwy i pobudzona wyobraźnia.

Głos należał do wysokiej i szczupłej kobiety, od stóp do głów owiniętej w czarną wełnianą stole. Na ramionach miała niebieską chustę, a jej czarne włosy zaczesane były w kok spięty srebrnymi szpilkami i grzebieniami. W młodej, choć już nie dziewczęcej twarzy wyróżniały się lśniące błękitne oczy. Trzymała się sztywno i prosto jak westalka, przemawiała zaś władczym, patrycjuszowskim tonem.

– To jest Gordianus, o którym ci opowiadałem – przedstawił mnie Lucjusz. Kobieta ledwo dostrzegalnie skinęła mi głową. – A to moja droga młoda przyjaciółka Kornelia. Z tej samej gałęzi Korneliuszów co Sulla.

Drgnąłem lekko, słysząc to nazwisko.

– Tak – potwierdziła. – Jestem krewną naszego niedawno zmarłego i nieodżałowanego dyktatora. Lucjusz Korneliusz Sulla był moim kuzynem. Mimo różnicy wieku byliśmy sobie bliscy. Nie odstępowałam go przed samą śmiercią w jego willi w Neapolis. Wielki, szczodry człowiek… – Jej władczy ton nieco zmiękł. Zwróciła oczy na nieboszczyka na marach. – A teraz Tytus też nie żyje. Jestem sama i bezbronna…

– Może przejdziemy do biblioteki? – zasugerował Lucjusz.

– Tak, w atrium jest trochę za chłodno – zgodziła się Kornelia.

Poprowadziła nas krótkim korytarzem do małego pokoju. Mój okazjonalny klient Cycero nie nazwałby go raczej biblioteką – stała tam tylko jedna szafa pełna zwojów – ale podobałoby mu się jego spartańskie urządzenie. Ściany były czerwone, a krzesła nie miały oparć. Niewolnik zajął się rozpaleniem ognia w stojącym pośrodku koszu, po czym zniknął.

– Jak dużo wie Gordianus? – spytała Lucjusza Kornelia.

– Bardzo niewiele. Powiedziałem mu tylko, że Tytus spadł z balkonu.

Wpatrzyła się we mnie z niemal przerażającą intensywnością.

– Mój mąż był prześladowany.

– Przez kogo albo przez co? – spytałem. – Lucjusz wspominał coś o lemurach.

– Chodzi o liczbę pojedynczą. Dręczył go tylko jeden lemur.

– Czy był to ktoś mu znany?

– Tak. Kolega z młodości, z którym razem studiowali prawo na Forum. To on był przed nami właścicielem tego domu. Nazywał się Furiusz.

– Ten lemur ukazywał się twojemu mężowi częściej?

– To się zaczęło zeszłego lata. Tytus widywał go tylko przez moment: przy drodze do naszej willi na wsi, gdzieś na Forum albo w cieniu tu, przed domem. Z początku nie był pewien, co to jest; podchodził i próbował to odnaleźć, ale zawsze się przekonywał, że nie ma po tym ani śladu. Potem zaczął to widywać w domu. Właśnie wówczas zdał sobie sprawę, kto i co to jest. Już nie chciał się do tego zbliżać, przeciwnie, uciekał od tego, drżąc ze strachu.

– Czy i ty to widywałaś?

Zesztywniała.

– Z początku nie…

– Tytus widział go znów tej nocy, kiedy spadł – szepnął Lucjusz, biorąc Kornelię za rękę, ale ona ją wyrwała.

– Tamtej nocy Tytus był w posępnym nastroju – powiedziała. – Zostawił mnie w moim gabinecie i wyszedł na balkon, by tam pooddychać świeżym powietrzem. I wtedy to zobaczył… tak w każdym razie opowiadał potem w swoich majakach. To szło ku niemu, przyzywając go do siebie. Wypowiedziało jego imię. Tytus uciekł na koniec balkonu, a to podchodziło coraz bliżej. Był bliski szaleństwa ze strachu i w końcu wypadł przez balustradę.

– To go popchnęło?

Wzruszyła ramionami.

– Czy popchnęło, czy nie, zabił go ostatecznie strach przed tym czymś. Przeżył upadek z balkonu, pozostał przy życiu do rana i przez następny dzień. Kiedy nadszedł zmierzch, Tytus zaczął się pocić i cały drżał. Nawet najmniejszy ruch sprawiał mu wielki ból, a mimo to rzucał się i wił na łóżku oszalały z przerażenia. Powiedział mi, że nie zniesie już widoku tego lemura. Rozumiesz? Wolał śmierć niż ponowne spotkanie z nim. Widziałeś jego twarz. To nie ból go zabił, ale strach.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 60
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)