Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dworzec Perdido [Perdido Street Station]
Dworzec Perdido [Perdido Street Station] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dworzec Perdido [Perdido Street Station]

Электронная книга - «Dworzec Perdido [Perdido Street Station]». Краткое содержание книги:

Metropolia Nowe Crobuzon to centralny punkt świata Bas-Lag. Ludzie, mutanty i niezwykłe obce rasy żyją tu obok siebie, w ponurym labiryncie walących się domów i wysokich kominów, w widłach rzek niosących tony zanieczyszczeń, pośród fabryk i hut pracujących dzień i noc. Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek.
Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów…
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mievillea – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku. Jacek Dukaj
1 ... 176 177 178 179 180 181 182 183 184 ... 196
Перейти на страницу:

Nad wyczerpanym Andrejem krążyła ostatnia, czwarta ćma, zwabiona fontanną myśli i uczuć bijącą z jego hełmu. Jej skrzydła były nieruchome, kontrolowały jedynie prędkość spadania. Monstrum mknęło ku ziemi jak zabójcza, nieomylnie celna broń. Kierowało się ku największemu skupisku emanacji – ku zwłokom trzech bestii, gdzie w gąszczu ramion, macek, kolców i rozdartych skrzydeł spoczywał starzec.

Porucznik milicji, który wychylił się właśnie nad krawędzią dachu, omal nie zasłabł.

– Tkacz! – krzyknął do swoich ludzi i wypalił z karabinu w stronę Isaaca.

Uczony uskoczył w bok i zaśmiał się triumfalnie, gdy dotarło do niego, że nie jest nawet ranny. Chwycił masywny klucz leżący na stercie narzędzi i cisnął go w kierunku hełmu z lustrzaną przyłbicą.

Nagle poczuł, że powietrze drgnęło. Coś ścisnęło go w dołku. Rozejrzał się w panice.

Derkhan odsuwała się tyłem od krawędzi dachu, a na jej twarzy malowało się szalone przerażenie. Yagharek przyciskał do skroni lewą rękę, w której kiwał się niepewnie długi nóż. Jego prawica, zbrojna w bicz, była nieruchoma.

Tkacz podniósł łeb i wymamrotał coś niezrozumiałego.

W piersi Andreja widniała niewielka, okrągła dziura, wyrwana pociskiem wystrzelonym przez porucznika. Krew wylewała się z niej leniwymi falami, spływała po brzuchu i wsiąkała w brudne ubranie. Twarz starca była biała jak płótno, a oczy zamknięte.

Isaac z krzykiem rzucił się ku niemu i chwycił go za rękę.

Fale mózgowe Andreja zanikały. Maszyny, które łączyły emanacje Rady Konstruktów i Tkacza, zaczęły tracić materiał źródłowy, służący im jako wzorzec. Starzec był wytrzymały. Jego ciało zapadało się w sobie pod ciężarem długotrwałej, wyczerpującej choroby, a jego umysł zaśmiecały sztucznie generowane myśli i wrażenia. Lecz mimo to, nawet z dziurą pod sercem i przestrzelonym płucem, utrzymał się przy życiu jeszcze przez blisko dziesięć sekund.

Isaac podtrzymywał Andreja, z którego ust z każdym oddechem wypływała strużka krwi. Masywny hełm kołysał się absurdalnie na bezwładnej już głowie. Grimnebulin zacisnął zęby, biernie przyglądając się śmierci starca. Wreszcie system nerwowy nadał ostatni sygnał i Andrej wyprężył się, zamykając ramiona uczonego w uścisku, który Isaac bardzo chciał uważać za znak przebaczenia.

„Musiałem… Przepraszam cię… Przepraszam…” – rozpaczał w duchu Grimnebulin.

Stojący za nim Tkacz wciąż malował odnóżami skomplikowane wzory w rozlanej posoce trzech martwych bestii. Yagharek i Derkhan wołali coś w stronę Isaaca, a na krawędzi dachu znowu pojawili się milicjanci.

Jeden ze sterowców obniżył lot na tyle, że znalazł się ledwie sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt stóp ponad jednym z sąsiednich, niższych dachów. Wyglądał w mroku jak rozdęty rekin. Z umocowanego pod kadłubem kokpitu spuszczono liny, które pomknęły ku glinianym i betonowym płaszczyznom z gliny i betonu niczym stado dzikich węży.

Umysł Andreja zgasł jak zepsuta lampa.

W maszynach analitycznych pojawił się chaos sprzecznych sygnałów.

Bez ludzkiego umysłu jako punktu odniesienia kombinacja fal Tkacza i Rady Konstruktów stała się przypadkowa, wszelkie proporcje zostały zachwiane. Nie był to już model czegokolwiek, a raczej bałagan wariacko oscylujących cząstek i fal.

Kryzys zniknął. Gęstwina sztucznej emanacji przestała być czymś więcej niż sumą składowych; maszyny już nawet nie próbowały udawać, że jest inaczej. Paradoks, napięcie, potencjał energetyczny – wszystko to przestało istnieć. Rozległe pole energii kryzysowej rozpłynęło się bez śladu.

Rozpalone tarciem przekładnie i silniki maszyny stanęły nagle.

Z donośnym hukiem implozji ostatnia fala mentalnej energii została wessana w eter.

Isaac, Derkhan, Yagharek i milicjanci – wszyscy w promieniu trzydziestu stóp w tej samej sekundzie krzyknęli z bólu. Czuli się tak, jakby nagle przeszli z jaskrawo oświetlonej przestrzeni w ciemność tak totalną, że aż raniącą zmysły. Przez moment mieli wrażenie, że ból rozsadzi ich oczy.

Isaac wypuścił ciało Andreja, które wolno opadło na mokry beton.

Tymczasem w masie gorącego i wilgotnego powietrza ponad Dworcem Perdido unosiła się ostatnia, coraz bardziej zdezorientowana ćma. Biła skrzydłami w skomplikowanym, czterofazowym rytmie. Wisząc w miejscu, posyłała mocne podmuchy powietrza na wszystkie strony.

Przebogate źródło pożywienia, niewyczerpana studnia rozkoszy przestały istnieć. Szaleństwo, które opanowało bestię nie tak dawno, szaleństwo głodu silniejszego od innych doznań także ustąpiło.

Ćma wysunęła język i jej czułki zadrżały niespodziewanie. Wyczuwała pod sobą kilka umysłów, ale zanim ruszyła do ataku, dotarło do niej coś jeszcze: sygnał buzującej, chaotycznej świadomości Tkacza. Pamiętała zażartą bitwę, którą stoczyła z wielkim pająkiem. Skrzecząc ze strachu i wściekłości, wygięła kark do tyłu i obnażyła ogromne zęby.

I wtedy rozpoznała jeszcze jeden smak. Odwróciła się gwałtownie, zszokowana, wyczuwając śmierć jednej… dwóch… trzech sióstr, wszystkich sióstr! Leżały w dole, nieruchome, rozprute, martwe.

Czwarta bestia oszalała z rozpaczy. Nadając ultradźwiękowy sygnał bólu, wirowała w wariackim tańcu powietrznym. Daremnie wysilała organiczne echolokatory, próbując namierzyć inne ćmy. Pracując niepojętymi zmysłami w wielu wymiarach jednocześnie, na próżno czekała na odpowiedź.

Została zupełnie sama.

Zawróciła i oddaliła się od gmachu Dworca Perdido, od cmentarzyska dachów, na których zostały jej martwe siostry, od niesłychanego aromatu, od granic dzielnicy Crow, od ostrych odnóży Tkacza, od krągłych aerostatów i od ciemnej sylwety Szpikulca. Pomknęła ku miejscu, w którym łączyły się rzeki.

Uciekała w rozpaczy i strachu, szukając bezpiecznej kryjówki.

ROZDZIAŁ 51

Kiedy zmęczeni i wystraszeni milicjanci zebrali siły i odważyli się ponownie wyjrzeć ponad krawędź dachu, zobaczyli stopy Isaaca, Derkhan i Yagharka. Woleli raczej zachować ostrożność, niż pchać się na oślep przed siebie.

Z dołu pomknęły w ich stronę trzy szybko wystrzelone kule. Jedna z nich trafiła funkcjonariusza, który bez krzyku czy szeptu skargi oderwał się od stromizny i zniknął w ciemności. Po chwili rozległ się brzęk tłuczonego szkła, gdy martwe ciało przebiło się przez okno dachowe cztery piętra niżej. Dwaj inni wtulili się mocniej w ścianę dachówek, odruchowo osłaniając się przed deszczem odłamków.

Isaac spojrzał w dół i zobaczył ciemną sylwetkę stojącą na gzymsie odległym o nie więcej niż dwadzieścia stóp.

– To znowu Pół-Pacierza! – zawołał. – Jak on tam wlazł? I co tam robi?!

– Chodź już – odpowiedziała szorstko Derkhan. – Musimy uciekać. Milicjanci zatrzymali się tuż pod dachem, ale gdy tylko któryś z nich próbował wysunąć głowę ponad krawędź, Pół-Pacierza natychmiast posyłał kulę w jego stronę. Byli blisko, ale nie mogli wykonać żadnego ruchu. Dwaj próbowali odpowiedzieć ogniem, ale czynili to bez przekonania, jakby ich morale przestało istnieć.

Pod osłoną dalszych, wysokich dachów ciemne sylwetki zsuwały się sprawnie z podbrzusza sterowca ku śliskiej połaci z betonu i smoły. Kiwały się swobodnie na wietrze, uczepione lin za pomocą haków wmontowanych w pancerze.

– Bogowie jedyni wiedzą dlaczego, ale on stara się dać nam czas na ewakuację – syknęła Derkhan, zbliżywszy się do Isaaca. – Wkrótce skończy mu się amunicja. Ci tutaj – dodała, wskazując na ukrytych poniżej milicjantów – to tylko lokalne platfusy patrolujące dachy. Sukinsyny, które zjeżdżają ze sterowców, to prawdziwi żołnierze. Przed nimi naprawdę trzeba wiać.

1 ... 176 177 178 179 180 181 182 183 184 ... 196
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)