Zapałka Na Zakręcie
- Автор: Siesicka Krystyna
- Язык: польский
- Жанр: Детская проза
Электронная книга - «Zapałka Na Zakręcie». Краткое содержание книги:
Kiedy wyszłam ze szpitala i owiało mnie mroźne powietrze wieczoru, w przejmujący sposób uświadomiłam sobie sprawność moich dolnych kończyn i gładkość policzków. Co by się stało, gdybym teraz tak jak Ala została w szpitalnej separatce? Z policzkiem rozoranym grubą blizną i z nogą obolałą pod gipsem? Lekarz powiedział mamie, że blizna wyrówna się z czasem. Teraz jednak była przerażająca? Gdybym to ja… Marcin? Co ty byś zrobił wtedy? Ach, nie! Wolałam nie myśleć o tym.
Mama nie spała, kiedy wróciłam do domu.
– Leżałam trochę i przeszło mi jakoś! Zrobiłam dla nas kolację. Mada… Wiesz, jestem tak strasznie zajęta Alusią, że chwilami zapominam o tobie, ale chyba to rozumiesz! Jak ona? Zdjęli jej szwy?
– Tak. To się już goi…
– Siadaj do stołu, kochanie!
– Och, mamo! Leniwe pierożki!
– To dla ciebie: order za wierną służbę. Dopiero dziś zobaczyłam, że zrobiłaś przepierkę!
– Ale nie zdążyłam poprasować wszystkiego. Mam masę roboty w szkole. Nie mogę zawalić matury, mama! Dziewczyny uczą się jak szalone, nie masz pojęcia! A ja mam trudności z matmą.
– W dalszym ciągu?
– Tak. To znaczy mam tę troję, ale…
– Może trzeba ci wziąć pomoc?
– Nie, mamo! Olo obiecał, że zrobi z tym porządek. Olo też nie ma czasu, ale chce tu przyjeżdżać w każdą sobotę… – Mama nałożyła mi drugą porcję pierożków.
– Zapomniałam ci powiedzieć, Mada! Miałam dziś list od babci Emilii…
– No? Co babcia pisze?
– Przejęta Alą. Oczywiście wdusza we mnie pieniądze, jak to babcia Emilia! Ojciec ma przyjechać do niej na Wielkanoc…
– To babcia zadowolona?
– Chyba tak… Babcia proponuje, żebym na okres świąt pojechała gdzieś z Alą, a ciebie zaprasza tam…
– To znaczy… miałabym się spotkać z ojcem?
– No tak! Nie masz na to ochoty?
– Może ci sprawię przykrość mamo, ale mam ochotę. Chętnie zobaczę tatusia. Nie widziałam go… ile?
– Pięć lat. Ja nie mam nic przeciwko temu, Mada…
– Zawsze będę w stosunku do ciebie lojalna, mamuś! – zapewniłam.
Uśmiechnęła się tylko. Zjadłam trzecią porcję pierożków.
– Tyś chyba wcale nie jadła od tamtego dnia? Te obiady w szkole są bardzo podłe?
Wymamrotałam coś pod nosem. Nie zapłaciłam obiadów, bo chciałam mieć trochę pieniędzy dla siebie. Mamie było teraz bardzo ciężko i tylko od czasu do czasu dawała mi minimalną ilość pieniędzy. To fakt, że chodziłam wiecznie głodna i że Marcin, wiedząc o wszystkim, w drodze do szkoły wpychał mi do teczki swoje drugie śniadanie. Pożerałam je do ostatniego okruszka i często wyobrażałam sobie minę jego matki, gdyby wiedziała, że to ja pochłaniam te bułeczki z polędwicą, które szykowała dla swojego Marcinka. Marcin siedział w szkole głodny, wiedziałam jednak, że w domu czeka na niego wyliczony kalorycznie obiad. Raz tylko zrobiło mi się przykro. Umówiłam się z Marcinem w kinie. Był mróz, mieliśmy się spotkać w poczekalni. Kiedy przyszłam, Marcin już był. Siedział w kącie na fotelu obok grzejnika.
– Coś ty się tak zadekował?
– Siadaj…
Stanął na wprost mnie, zasłaniając moje miejsce od strony poczekalni. Ostrożnie wyjął z kieszeni kurtki zatłuszczony papier.
– Do matki był telefon w czasie obiadu, rozumiesz? Wyszła i zdążyłem poderwać tego siekańca…
Podał mi na papierze siekany kotlet, z jednej strony zaczerwieniony od buraczków.
– To twój kotlet?
– No pewnie, że nie z mamy talerza! Wsuwaj, bo zaraz będzie trzeba wchodzić na salę.
– Kiedy w ten sposób ty będziesz głodny!
– Raz będę ja! Zresztą to tylko goły kotlet, bo nie miałem jak zabrać buraków!
Wzięłam kotlet w palce i zjadłam. Było mi przykro nie dlatego, że podjadałam Marcina. Było mi przykro, bo w tym momencie pomyślałam o swoim ojcu.
Najwięcej miał do zarzucenia tatusiowi Olo.
– Ja bym takiego faceta zniszczył! Dlaczego twoja mama nie odda sprawy do sądu?
– Bo taka jest. Uważam, że ma rację!
– Ale oprócz racji ma prawo!
– Nie chce z niego korzystać! Uważa, że potrafi zarobić na nas sama i zarabia!
– Ja nie wiem… taki gość, jak twój tata, powinien… ech, jak się ma dzieci, to się ma obowiązki!
– No, to ty będziesz wzorem cnót małżeńskich!
– Jasne, że będę! Jakbym sobie znalazł taką babkę jak twoja matka, to bym jej podawał śniadanie do łóżka w poniedziałki, środy i piątki!
Olo błąkał się teraz bez przydziału. Jego Hania poznała jakiegoś wybijającego się oszczepnika i ponad Olowe zalety postawiła sprężyste bicepsy.
– Głupi, ale silny! – mawiał o nim Olo zgryźliwie.
Przez kilka tygodni chodził na ćwiczenia kulturystyczne, później zrezygnował i ten czas poświęcił na moją matmę.
– Kto by to pomyślał, że można dobrnąć do matury z wiedzą matematyczną nie sięgającą ponad tabliczkę mnożenia! – jęczał, kiedy zabierałam się do rozwiązywania zadań z trygonometrii.
O Marcina pytał często, ale o ile dawniej komentował zawsze moje odpowiedzi, o tyle teraz wysłuchiwał ich uważnie, bez przycinków, może nawet z pewnym zastanowieniem. Wyraźnie ucieszył się historią z kotletem.
– To jest okay! Zrobiłbym tak samo! Była to pierwsza pochwała, której Marcin doczekał się od Ola.
– Taki kotlet to się chyba pamięta do końca życia, Mada! Tu jest przecież sinus alfa! Sinus, uważaj!
Ala wróciła do domu pod koniec lutego, ciągle jeszcze bardzo słaba, z nogą uwięzioną w gipsie. Byłyśmy z mamą przejęte tym powrotem i chciałyśmy sprawić jej możliwie największą ilość niespodzianek. Nie tylko my zresztą. Wszyscy nasi najbliżsi starali się o to samo. Babcia Emilia przysłała dla Ali nową kołdrę. Koleżanki ze szkoły i z drużyny zjawiły się tego dnia z maleńkim radiem tranzystorowym, które kupiły opodatkowując na ten cel swoich rodziców. Od koleżanek biurowych mamy Ala dostała longplaya Paula Anki, o którym marzyła. Wreszcie późnym wieczorem przyjechała pani Ewa z Olem. Przytaszczyli dziesięć butelek rumuńskiego soku pomidorowego, kilka metrów ozdobnej słomianej maty i kosz kwiatów, w które Alka schowała twarz, zanim odważyła się spojrzeć na Ola. Po koszmarnych sześciu tygodniach była znowu razem z nami. Pomału dom wracał do jakiej takiej stabilizacji. Zaczęłyśmy jadać, sypiać bez poprzedniej nerwowości i dręczącego niepokoju. Może to było brzydko z mojej strony, że wykorzystałam moment, w którym mama miała dla mnie odrobinę wdzięczności. Ale to chyba ludzkie.
– Mamo – zapytałam któregoś dnia – czy w niedzielę mógłby przyjść tutaj Marcin?
Mama zmywała po kolacji, ja wycierałam naczynia.
– Oczywiście! – odparła machinalnie. Dopiero po sekundzie jej ręka, w której trzymała talerz, znieruchomiała w powietrzu. Spojrzała na mnie.
– Jaki Marcin…? – zapytała gwałtownie.
– No, Marcin!
– Ten z Osady?
– Znam tylko jednego Marcina – wyjaśniłam spokojnie.
Podsunęła talerz pod strumień gorącej wody i starannie myła go szczoteczką.
– Przełóż jeszcze marchewkę do mniejszego garnuszka, Mada. Ten duży będzie potrzebny na mleko.
– Więc jak, mamo?
Najwyraźniej chciała wzruszyć ramionami, ale powstrzymała ten gest w zalążku. Wyglądał jak drgnięcie.
– Przecież już powiedziałam!
– Więc może? – nie wierzyłam własnym uszom.
– Tak. Możesz poprosić go na niedzielę.
– Dziękuję, mamo! Olo też ma przyjechać! Cieszę się!
Odrzuciłam ścierkę i pognałam do naszego pokoju.
– Alka! Mama pozwoliła mi zaprosić Marcina na niedzielę!
– Chryste! Jak tego dokonałaś!
– Nie wiem! Nie było problemu!
– Jutro przestawiamy graty! – zdecydowała natychmiast Ala.
Jeżeli miałyśmy z Alusią jakieś wspólne hobby, było nim przestawianie mebli. Niekiedy robiłyśmy to z potrzeby, niekiedy z nudów, a spontanicznie – przed czyjąś wizytą.
– Ale ja ci nie będę mogła dużo pomóc! – martwiła się Ala. – Może się chociaż Olo napatoczy! Proponuję, żebyśmy postawiły regał w ten sposób… spójrz! o, tak…
– Czekaj, skończę wycierać i przyjdę, to wszystko ustalimy. Pomyśl tymczasem!
– Jestem zupełnie pewna – powiedziała mama, kiedy wróciłam do kuchni – że Ala już przesuwa tapczany…
– Prawie! – przyznałam. Mama roześmiała się.
– Niemożliwe jesteście! Niech ona tylko nie szaleje na tej jednej nodze! W jaki sposób zawiadomisz Marcina? Przecież dziś jest już piątek. Jutro?
– Tak. Zwykle spotykamy się w drodze do szkoły. On do swojej budy idzie tą samą ulicą… Mama pokręciła głową.
– Chyba na tej zasadzie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu… – zwątpiła.
W sobotę rano z obojętną miną zakomunikowałam Marcinowi: – Chciałabym, żebyś przyszedł do mnie jutro o piątej!
– Jak to do ciebie?
– Do mnie. Wiesz przecież, gdzie mieszkam?
– Mamy nie będzie?
– Mojej mamy często nie ma w domu, ale wtedy nie zapraszam cię, Marcin! Może zauważyłeś?
– Och, ty jędzo! Nie zauważyłem… Uszy odmroziłem przez te twoje zasady!
– Nie podobają ci się?
– Hm… – roześmiał się – podobają mi się… – powiedział cichutko i rozwlekle. Zawsze mówił cichutko i rozwlekle rzeczy szczególnie dla mnie miłe.
– Więc powiedziałaś mamie, że się spotykamy? – zapytał.
– Powiedzmy. To było inaczej. Najważniejsze, że możesz do mnie przyjść?
Wychodzimy z konspiracji, Marcin! Jeszcze została tylko twoja matka…