Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1
- Автор: Дивов Олег Игоревич
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1». Краткое содержание книги:
Diwow opisuje świat po III wojnie światowej i po globalnym konflikcie jądrowym rozpoczętym w 2400 roku. Ludzie skolonizowali Wenus i Marsa. Zdążyli również odbyć dwie kampanie tłumiące rebelie wyzwoleńcze na tych planetach. W Układzie Słonecznym nastał pokój. Mniej więcej w tym momencie poznajemy załogę flagowego okrętu dowódcy Grupy F, admirała Olega Uspienskiego. Tak naprawdę styczność mamy jedynie z oficerami i zwierzchnikami poszczególnych grup – mechaników, nawigatorów etc. co daje nam wizję stylu życia wojskowych astronautów. Każdy jeden statek zamienia się w puszkę z kilkusetosobową grupą niestabilnych psychicznie osobników, którzy z czasem nie chcą już schodzić na powierzchnię. Statki są ich całym życiem, domem, ostoją. Część z nich posiada rodziny „na dole”, jednak kontakt z nimi zamienia się w przelewanie żołdu na ich konta. Groźba rozwiązania floty galaktycznej i związane z tym przejście do cywila i powrót do życia na powierzchni szczególnie dotyka właśnie tych ludzi. Jak będą sobie z tym radzić i co z tego wyniknie? O tym właśnie przeczytacie w pierwszym tomie Najlepszej załogi Słonecznego.
Co zatem sprawia, że książka tak przyciąga? Humor, zarówno słowny jak i sytuacyjny. Czasem prosty, dosadny – żołnierski, jak namalowany nieusuwalną farbą na dnie basenu statku flagowego ponad dwumetrowy fallus, a czasem żart ukryty między wierszami. Wszystko to okraszone całą gamą odwołań do popularnych dzieł z gatunku science fiction. Statki floty noszą dumnie imiona dzielnych bohaterów różnych galaktyk. Od Ripley począwszy, przez Pirxa, aż po admiralskiego cruisera Paula Atrydę zwanego pieszczotliwie Muad’Dibem. Czytając Najlepszą załogę Słonecznego czuć specyfikę słowiańskiego pochodzenia autora. Jak w polskich filmach głównego nurtu – na porządku dziennym jest wódka, nagie kobiety i dosadny język. Stosunki między załogantami mógłbym porównać do tych, które w armii zaprezentował nam w swojej Achai Andrzej Ziemiański. Klimat na statku momentami żywcem przypomina klasyczny angielski serial Czerwony Karzeł, a to wszystko składa się na książkę przywodzącą na myśl hellerowski Paragraf 22. Dużo akcji, zaskakujące zwroty fabuły, intryga rysująca się w tle i charakterystyczni bohaterowie sprawiają, że ani na moment nie chcemy oderwać się od lektury.
Warto dodać również kilka słów na temat tłumaczenia. Eugeniusz Dębski jest doskonale znany polskim miłośnikom fantastyki zarówno ze swoich tekstów jak i tłumaczeń rosyjskich autorów. Porównywać do oryginału nie mam możliwości, jednak przekład czytało mi się bardzo dobrze. Nie odczułem zgrzytów, które potrafią wyjść w zbyt dosłownych tłumaczeniach, a nieliczne pozostawione w oryginalnym brzmieniu słowa tylko dodawały wiarygodności zarówno bohaterom pochodzenia rosyjskiego jak i językowi floty.
Największą wadą książki jest jej długość. Tom pierwszy ma zaledwie 195 stron plus słownik, w którym wytłumaczone są między innymi nawiązania literackie i wyjaśnione niektóre pojęcia ważne dla świata przedstawionego. Czy zatem nie można było wydać obu tomów w jednej książce? Mam nadzieję, że nie jest to eskalacja procederu dzielenia polskich wydań na podtomy (w czym przoduje Zysk z martinowską Pieśnią Lodu i Ognia) i że w tym wypadku podział narzucony został przez oryginalne wydanie. Pozostaje mi zatem czekać na ciąg dalszy przygód Najlepszej załogi Słonecznego. Na szczęście drugi tom ma się pojawić już w tym miesiącu.
– Coś wymyśli. Przecież to Ruski. Cwaniutek.
– Bo ci wpieprzę! – warknął technik. – Nie będę się obcyndalał, że jesteś kapitanem.
– Oj-joj-joj! – roześmiał się adiutant flagowy. – Ale się wystraszyłem! Pamiętaj, najważniejsze to nie tracić ducha. Przecież walisz do baby? No to myśl pozytywnie. Bo ci jeszcze nie stanie…
– Tfu! – skrzywił się z obrzydzeniem Werner. – Co za tekst, niegodny astronauty. Jakbyś całe życie pełzał na dole. Hańba!
– Pilnuj swego nosa – obraził się Moser. – Znalazł się bohaterski gieroj, cały w bliznach i bez siuraczka…
– A ja widzę, że masz pietra – nieoczekiwanie spokojnie zauważył Andrew. – Pewnie już sobie wypatrzyłeś miejsce w naziemnych służbach. Dałeś w łapę komu trzeba, co? I teraz jesteś spokojny: czy nas rozwiążą czy nie, twoje na wierzchu. Co najmniej na dziesięć lat. Ciekaw jestem, jaką będziesz miał minę, podpisując przekazanie „Skoczka” na złom. Co? Trafiony?
– Spad-daj! – niemal krzyknął kapitan. To było poważne oskarżenie. W przypadku rozwiązania floty naziemne służby automatycznie stawały się instytucjami prowadzącymi inwentaryzację wszystkiego, co po flocie pozostanie, potem – eksploatację tego, co jeszcze mogło latać pod banderą komercyjną, i na koniec – utylizację pozostałości. Niepisany kodeks honorowy zabraniał personelowi latającemu uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciach. To byłaby zdrada.
– Jeśli Raszyna skasują na dół – kontynuował złowieszczym tonem Werner – i twoje akcje mocno spadną, prawda? Teraz jesteś mocny, adiutant najbardziej heroicznego admirała. A bez niego jesteś zero bez jedynki. Tym z dołu też nie będziesz potrzebny.
– Wiesz co, zaraz pieprznę cię w czerep – syknął Moser. – Też nie będę się szczypał, że jesteś poruczniczyną. Nie będę żałował sierocego biedactwa, psychicznie kontuzjowanego i warunkowo uwolnionego.
– Spróbuj – powiedział Andrew. – Ale pamiętaj, że ja nie chciałem cię urazić. Po prostu konstatuję fakty. I wiesz co? Żal mi cię.
Adiutant nieoczekiwanie spasował. Nie zaryzykowałby uderzenia Wernera. A w utarczce słownej nie miał szans, bo master-technik po prostu wszystko odgadł z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku.
– Nie do życia jesteś, facet – powiedział kapitan. – Za bardzo zadzierasz nosa. Pewnie dlatego, że ciągle jesteś faworytem Raszyna. Ale był też czas, kiedy zachowywałeś się inaczej. Zapamiętaj moje słowa, on cię znowu wyciśnie jak cytrynę i wyrzuci. To jest taki rosyjski model zachowania, znam te numery. Dziś mu jesteś potrzebny, a jutro… I pamiętaj, Andrew, pamiętaj dobrze, gdzie cię widziałem i jak żałośnie wtedy wyglądałeś.
– Bo ja nie jestem bohaterem – ugodowo przyznał Werner. – Ja jestem… po prostu astronautą.
Odwrócił się i odszedł.
Moser już zamierzał rzucić jakąś obraźliwą puentę, ale się rozmyślił. Po każdej takiej odzywce Andrew mógł mu zaproponować, by zanurzył się w atmosferze Jowisza. Albo żeby posiedział w więzieniu. Ale nie zaproponował.
– Głupi jesteś – rzucił tylko smętnie adiutant flagowy.
Zresztą w więzieniu, do którego przed laty pojechał Moser, Werner wcale nie wyglądał żałośnie. Tkwił w nim jakiś zadziwiająco trwały rdzeń. Andrew w każdej kryzysowej sytuacji myślał szybko, działał kompetentnie i nigdy nie tracił głowy. Zdaniem Mosera był znakomitym zawodowcem i prawdziwym bohaterem. A to, że na co dzień zmieniał się w lebiegę i nosił haniebne jak na swój wiek porucznikowe epolety, nie dziwiło kapitana. To akurat była cecha charakterystyczna bohaterów. Adiutant flagowy szczerze zazdrościł koledze ze szkoły oficerskiej, którego inny bohater – Uspienski – od razu z czwartego roku zabrał w przestrzeń kosmiczną.
Kapitan westchnął ciężko, wsunął ręce w kieszenie i udał się wykonywać swoje mało bohaterskie obowiązki. Na tym polegała różnica między fartownym i majętnym Moserem a heroicznym gołodupcem Wernerem. Andrew co i rusz miał okazję się wykazać. Owszem, to było niebezpieczne dla życia, ale za to baretka Serca na roboczej kurtce Wernera zawsze będzie przyspieszała bicie niewieścich serc. A wszystkie naszywki i galony Mosera świadczyły jedynie o tym, że jest szanowanym i porządnym człowiekiem, ale nie, że potrafi wyżyć w sytuacji ekstremalnej i jeszcze ratować innych – co tak kochają kobiety…
Oczywiście, kapitan też miał nieraz okazję ładnie się zaprezentować. Jednak w innych okolicznościach – w sztabie. Tu, na górze, uważano to za rzecz szczególną i właściwą ludziom mądrym, ale niewytrzymującym dużych przeciążeń i niepotrafiącym podejmować błyskawicznych decyzji. Jedynym w Grupie F naprawdę szanowanym przez oficerów operacyjnych sztabowcem był kontradmirał Tyłek, który w młodości wykonał taki bohaterski numer, że już więcej nie był zdolny do prowadzenia okrętów.
A adiutant flagowy Moser marzył od dziecka o kosmosie i bardzo chciał gdzieś w Przestrzeni dokonać heroicznego czynu. Mógłby być nawet przy tym lekko kontuzjowany – fizycznie, a może nawet jeszcze lżej – psychicznie. Wykonać manewr ratunkowy, uratować kolegów, rozwalić na strzępy wroga, doczołgać się do bazy z rozbitymi zwierciadłami i stanąwszy na twardym gruncie, z ulgą powiedzieć: Zrobiłem wszystko, co mogłem. Ale akurat to okazało się dla Mosera nieosiągalne. Miał z tego powodu nieustający kompleks niższości, zwłaszcza gdy sobie popił. Chociaż tak naprawdę nie było w tym jego winy.
Młodzieńcza odwaga flagowego adiutanta zanikła piętnaście lat temu. Moser, wtedy jeszcze porucznik, czekał na orbitalnej bazie na załadowanie na scouta „din Alt”, gdzie miał pełnić funkcję drugiego nawigatora. Zobaczył cumujący legendarny krążownik „Lock von Rey”, który dokonał fantastycznego zanurzenia w Jowiszu. Moser znał kilku chłopaków z „von Reya”, w tym Wernera, i ruszył do śluzy, korzystając z tego, że jego oficerski stopień pozwalał mu łazić wszędzie i do wszystkiego pakować nos.
Tymczasem z okrętu zaczęły wypływać nieruchome ciała w zapieczętowanych speckostiumach, złączone ze sobą kablem elektrycznym, żeby nie pogubiły się wypchnięte powietrzem ze śluz. Jedno, drugie, trzecie… Kiedy Moser doliczył do pięćdziesięciu, chwyciły go mdłości. A gdy za tymi ciałami wyszło, z trudem przestawiając stopy w butach na magnetycznych podeszwach, dziesięciu stosunkowo żywych astronautów, młody porucznik nie ryzykował nawet zbliżenia się do nich.
Na czele szedł kapitan Uspienski, jeszcze nawet nie podejrzewając, że za miesiąc otrzyma swój osławiony przydomek Raszyn. Zresztą w tym momencie chyba go to nie obchodziło. Za nim pojawił się Werner, w oczach którego widniało nie do końca zamaskowane szaleństwo.
Moser cofnął się o krok, potem następny, aż wreszcie nie wytrzymał i zwiał. Z floty co prawda nie uciekł, ale wtedy, w tej przeklętej śluzie, coś na zawsze utracił. Może młodość czy skłonność do zaryzykowania i poniesienia ofiary? Czy, jak potem wciskał sam sobie – głupotę? Dla czystego sumienia dwukrotnie latał na „din Alcie” na Marsa i raz na Wenus, ale los jakoś strzegł stateczek przed wszelkimi nieprzyjemnościami. Pewnie dlatego, że dowodził nim Abraham Fein. Ale Moser czuł, że prawdopodobieństwo wypadku zwiększa się, dlatego złożył podanie o skierowanie na zmianę specjalizacji. Nie minął rok od rozpoczęcia przez niego kursu analityka sztabowego, jak „din Alt” został w Pasie poważnie uszkodzony. Miotającą się w kłębach dymu i ognia załogę uratowała wyłącznie smykałka technika, który podskoczył do przestrzeliny i z zimną krwią zatkał ją pięścią. Dowiedziawszy się o tym, Moser najpierw pił do upadłego, a potem wytrzeźwiał i na zawsze odzyskał spokój.
Spokojnie robił karierę w sztabie Tyłka, uczestniczył w planowaniu wielu udanych operacji, uważany był za zdolnego analityka i miłego człowieka. Potem Essex polecił jego kandydaturę na stanowisko adiutanta flagowego. Raszyn nie znosił kłamstwa, więc na pytanie, dlaczego przeniósł się do sztabu, Moser opowiedział admirałowi o historii w śluzie. Ten wyraził swoje współczucie i rzekł: Dobra, przejmujesz sprawy. Kapitan najpierw był w siódmym niebie, pracował nie z obowiązku, ale z żarliwości, i nieoczekiwanie jego reputacja wzniosła się na wyżyny. W admiralicji zacierali ręce, obserwując rozsądnego i pracowitego Mosera. Ale potem ten obraz zaczęła psuć jego przesadna bliskość z kłopotliwym Rosjaninem. Będąc ogniwem pośrednim między dowódcą Grupy F a admirałem floty, kapitan stale balansował na ostrzu brzytwy, ryzykując, że podpadnie albo jednej, albo drugiej stronie. A gdy na twojego przełożonego usiłują naciskać za pośrednictwem ciebie samego…