Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ostateczna diagnoza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ostateczna diagnoza

Электронная книга - «Ostateczna diagnoza». Краткое содержание книги:

Po zjedzeniu trującego owocu pessinith i upadku z wysokiego drzewa mały Hewlitt powinien być martwy. Przeżył, jednak cudowne ocalenie stało się początkiem koszmaru. Odtąd przez całe życie z jego organizmem dzieją się dziwne rzeczy, a kolejni lekarze sugerują hipochondrię i problemy psychiczne. Badania w Szpitalu Kosmicznym też zmierzają wyraźnie ku znienawidzonej przez Hewlitta diagnozie… dopóki nie okazuje się, że Ziemianin jest nosicielem wirusa, który może zagrozić całej Federacji.
James White (1928–1999) — genialny twórca SF. Współwydawca czasopism Slant i Hyphen. Debiutował w Astounding Science Fiction. Największą popularność przyniósł mu cykl powieści o medycynie kosmicznej. REBIS opublikował dotąd dziewięć tomów tego cyklu: Szpital Kosmiczny, Gwiezdny chirurg, Trudna operacja, Statek szpitalny, Sektor Dwunasty, Gwiezdny terapeuta, Stan zagrożenia, Lekarz dnia sądu i Galaktyczny smakosz.
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 62
Перейти на страницу:

— Nie wiem — odparł Hewlitt. — Pewnie będę oglądał tutejsze programy i czytał. Jeśli da mi pan kody dostępu do biblioteki, oczywiście. A co pan sądzi o owocu pessinith?

Braithwaite pokręcił głową.

— Nie chciałbym się wypowiadać na ten temat. To był pomysł Ojczulka Liorena. Jest Tarlaninem klasy BRLH przydzielonym do psychologii. Zapewne odwiedzi pana w najbliższych dniach. W pierwszej chwili może się wydać mało przystępny, ale kto wie, czy nie zdoła panu pomóc. Skoro przetrwał pan badanie przez stażystów, jego wygląd nie powinien stanowić problemu.

— Zapewne nie… — zgodził się Hewlitt, chociaż daleko mu było do zachwytu. — Ale… czy to wszystko znaczy, że zaczynacie mi wierzyć?

— Przykro mi, ale nie — odparł porucznik. — Jak już wspomniałem, wierzymy, że pan wierzy w to, co mówi. Nie oznacza to jeszcze, że mamy całą opowieść za prawdę. Niemniej zdarzenie z owocem to jedyny wyraźny ślad, który nam pan podrzucił. I ten ślad możemy sprawdzić. Musimy to zrobić, aby ruszyć, chociaż o krok.

— A jak pan zamierza to zrobić? Dacie mi ten owoc do zjedzenia i poczekacie, czy mnie szlag trafi?

— Nie jestem lekarzem, bym mógł odpowiedzieć na to pytanie — rzekł Braithwaite, ponownie się uśmiechając. — Ani myślimy niepotrzebnie pana na cokolwiek narażać, jednak zapewne ma pan rację.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Nie był to objaw, który mógłby zostawić jakikolwiek ślad na odczytach jego czujników, niemniej nuda dawała się już Hewlittowi tak bardzo we znaki, że zaczął się nawet zastanawiać, czy długie milczenie może wywołać atrofię języka.

Kontakty z Medalontem ograniczały się do rutynowych pytań o samopoczucie, kwitowanych niezmiennym „To dobrze”. Hudlariańska pielęgniarka, chociaż przyjazna i zawsze chętna do pomocy, zjawiała się rzadko, bo większość czasu spędzała na wykładach, a często była po prostu bardzo zajęta. Braithwaite wpadał codziennie na kilka minut w drodze do stołówki, jednak skoro robił to w wolnych chwilach, traktował te wizyty jako czysto prywatne. Podał Hewlittowi kody dostępu do biblioteki i nawet bywał rozmowny, ale w sumie niczego nowego nie powiedział. Siostra oddziałowa Leethveeschi miała dla pacjentów czas tylko wtedy, gdy system monitorujący sygnalizował większe problemy ze zdrowiem. Kolega porucznika, Tarlanin Lioren zwany Ojczulkiem, jeszcze się nie pojawił.

Zdolni do poruszania się pacjenci, którzy codziennie wędrowali obok łóżka Hewlitta do łazienki — dwóch Melfian, nowo przybyły Dwerlanin, Kelgianin i powolny Tralthańczyk — rozmawiali czasem ze sobą, ale nigdy z nim. Ich rozmowy, które słyszał czasem z końca sali, też jakoś go nie obejmowały. W zasadzie, więc nie miał, do kogo się odezwać, gdyż sąsiedzi z łóżek obok i naprzeciwko zostali gdzieś przeniesieni.

Hewlitt zaczynał mieć już serdecznie dość bezosobowego głosu bibliotecznego komputera. Czuł się prawie jak wtedy, gdy zaczął naukę w szkole i musiał znosić nudę nie kończących się lekcji. Tyle, że wtedy miał tuż obok otwarte okno z widokiem na okolicę, która obiecywała późniejszą zabawę. Tutaj nikt nie otwierał okien, a na zewnątrz była tylko próżnia. W rozpaczliwej próbie odmiany swego losu podjął spacery po sali.

Dwa razy pokonał całą długość oddziału i był w trakcie trzeciego nawrotu, gdy Leethveeschi wyszła z dyżurki i stanęła mu na drodze.

— Pacjencie Hewlitt, proszę nie poruszać się tak szybko. Może pan się zderzyć z którąś z moich pielęgniarek i zrobić krzywdę jej albo sobie. Poza tym chyba nie dociera do pana, że demonstrując w ten sposób swoją wyśmienitą kondycję, może pan sprawiać przykrość tym pacjentom, którzy są poważnie chorzy i nie mają szans na wstanie z łóżek. Może pan wykonywać swoje ćwiczenia, ale wolniej.

— Przepraszam, siostro oddziałowa — powiedział Hewlitt.

Człapiąc krok za krokiem, przestał w końcu patrzeć tylko przed siebie i pod nogi. Raz i drugi zerknął na mijanych pacjentów. Większość nie odwzajemniła spojrzenia. Może spali, byli zbyt chorzy albo uważali go za szpetnego. Inni jednak wodzili za nim oczami, czasem aż nazbyt wieloma. W końcu jeden z nich się odezwał. Jak można było oczekiwać, zrobił to Kelgianin.

— Nieźle wyglądasz jak na Ziemianina — powiedział, falując tą częścią futra, która nie była zakryta płachtą szarego materiału przymocowaną do jego boku. — Co ci jest?

— Nie wiem — odparł Hewlitt, przystając i spoglądając na gąsienicowatego. — Cały czas próbują to ustalić.

— W dniu, w którym się zjawiłeś, Leethveeschi wzywała do ciebie zespół reanimacyjny. To musi być coś poważnego. Masz umrzeć niebawem?

— Nie wiem — powtórzył Hewlitt. — Liczę na to, że nie.

Kelgianin leżał na boku na wielkim kwadratowym łóżku zasłanym kocem. Ciało miał wygięte w wielkie, spłaszczone S. Po chwili wyciągnął się nieco i rzekł:

— Widok Ziemianina balansującego na dwóch nogach przyprawia mnie o zawroty głowy. Jeśli chcesz porozmawiać, usiądź na łóżku. Dla mnie to nie problem. Dodam też, że nie gryzę. Jestem roślinożerny.

Hewlitt przysiadł na skraju posłania, uważając, aby nie dotknąć futrzanej istoty biodrem ani nie trącić żadnej z jej krótkich kończyn. Zawsze lubił rozmawiać z ludźmi i pomyślał, że przymykając oczy albo odwracając spojrzenie, zdoła jakoś podciągnąć Kelgianina pod tę kategorię.

Dopiero po uwadze obcego skonstatował, że dla kogoś poruszającego się na dwudziestu nogach istota mająca tylko dwie dolne kończyny musi być nie lada dziwolągiem. Byli dla siebie nawzajem równie obcy.

Odchrząknął, aby rozpocząć uprzejmą konwersację. O ile coś takiego było w ogóle możliwe z Kelgianinem.

— Nazywam się Hewlitt — powiedział. — Kilka razy widziałem cię, gdy mijałeś moje łóżko, zwykle z Tralthańczykiem albo Dwerlaninem. A raz chyba z Duthaninem. Odszukałem w bibliotece listę klas fizjologicznych znanych gatunków i wiem mniej więcej, kto jest, kim, ale nie wszystkich jeszcze rozpoznaję.

— Ja nazywam się Morredeth — odparł gąsienicowaty. — Masz rację, co do Duthanina i pozostałych dwóch. Gdy parę razy przeszliśmy obok ciebie, a ty się nie odezwałeś, uznaliśmy, że musisz być bardzo chory albo niechętnie nastawiony do innych.

— Nie odzywałem się, bo zawsze byłeś w towarzystwie — wyznał Hewlitt. — Nie chciałem wam przeszkadzać w rozmowie. To byłoby nieuprzejme.

— Znowu to dziwne słowo, które nie ma odpowiednika w moim języku! — powiedział Kelgianin, jeżąc sierść. — Jeśli miałeś ochotę odezwać się do mnie, należało to zrobić. Gdybym nie chciał cię słuchać, po prostu odparłbym, abyś się zamknął. Dlaczego inne rasy tak bardzo komplikują sobie życie?

Hewlitt uznał, że to pytanie retoryczne.

— A tobie, co jest, Morredeth? Coś poważnego?

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)