Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Nie musiała pytać.
Gdy kończyły wymiatać okruszki, poprawiła się na krześle i zaczęła:
– Czy księżniczka zna język Verdanno? Którykolwiek?
– Znam trochę zwykłą mowę. Przez ostatnie lata Wozacy często handlowali z moim plemieniem.
– Znakomicie. Najprostszym sposobem wydaje się rozmawianie w anaho, ale nie zawsze będziecie mogły to robić otwarcie. Poza tym ty, Inro, jesteś z księżniczką dopiero od niedawna, więc biegła znajomość języka Verdanno byłaby podejrzana. No i oczywiście sprawa tego, że czasem trzeba przekazać coś drugiej osobie, nie otwierając ust.
– Może tak? – Kailean wykonała ręką wojskową komendę „zwrot w lewo”.
– Można i tak. Ale po pierwsze ktoś może ten gest rozpoznać, a po drugie w ustach... w dłoniach córki kupca będzie to wyglądało dziwnie. Ech... Wybaczcie kiepski żart, to nerwy. Poza tym to coś musi być ukryte w normalnych ruchach. Splatanie dłoni, poprawianie mankietów, wygładzanie sukni, uniesienie brwi, spojrzenie, pochylenie głowy. Można tak przekazać mnóstwo informacji. I uwaga, te sposoby nie są w żadnym miejscu skodyfikowane, nie istnieje żadna tajemna szczurza księga pod tytułem „Jak rozmawiać, drapiąc się po nosie”. – Besara uśmiechnęła się lekko. – Każda grupa szpiegów sama ustala między sobą kilka takich znaków, najczęściej oznaczających tylko podstawowe informacje, jak „niebezpieczeństwo”, „uważaj”, „wychodzimy”, „uciekamy”, „atak”. Niekiedy trzeba przekazać wiadomość, nawet się nie widząc, a oczywiście nie można napisać listu, więc sposób, w jaki krzesło stoi przy stole, może decydować o waszym życiu lub śmierci.
Oczywiście Daghena nie wytrzymała.
– A ilu szpiegów uciekło albo nie uciekło w porę przez zbyt gorliwe służące?
Ich nauczycielka pokiwała głową.
– Niejeden. Ale tylko ci głupsi, którzy nie potrafili tak dobrać sygnałów, by nikt obcy, nawet przypadkiem, ich nie zniszczył. Macie dzień i noc na wymyślenie kilku znaków tylko dla siebie.
Zamilkła i przez dłuższą chwilę wyglądała, jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę.
– Byłam zła, gdy tu wchodziłam, nie tylko dlatego, że mamy dużo mniej czasu. – Zmrużyła oczy. – Byłam zła również o to, że tak naprawdę miałam nadzieję, że ktoś odwoła to szaleństwo. Nie powinnam was tam wysyłać i robię to tylko dlatego, że Genno Laskolnyk wybrał was do czaardanu, a to rekomendacja sama w sobie.
– Nie wiedziałam, że nasz kha-dar jest znany także na Północy.
– Droga Inro, wasz kha-dar mówi Cesarzowi po imieniu, odbiera honory od generałów całej meekhańskiej armii, a arystokratom z Rady Pierwszych gra na nosie. A ja jestem Białą Różą Imperium i muszę dzielić ludzi na tych, którym ufam, i tych, którzy zasłużyli na śmierć.
Kailean po raz pierwszy naprawdę usłyszała w jej głosie stal i wiedziała, że to nie żart.
– Więc gdybyś nam nie ufała...
– Nie rozumiesz, dziecko, ja ufam większości ludzi. Kupcy, pasterze, chłopi, rzemieślnicy, żołnierze, szlachta, magowie czy kapłani to na ogół ludzie godni zaufania. Mają swoje mniejsze i większe marzenia i dążą do nich, starając się nie popełniać zbytecznych okropności. Oczywiście mogą cię oszukać, sprzedać wybrakowany towar, zakłusować w lesie, coś ukraść, a nawet kogoś zabić. – Posłała im zimny uśmiech. – W waszym czaardanie też są tacy, co to niejedno mają na sumieniu, prawda? Jednak można im zaufać, jeśli się wie, jakie struny szarpnąć w ich sercach. Ale są też ludzie, których ambicje sięgają dalej i głębiej niż zwykle. Chcą więcej, niż mogą zdobyć. Więcej pieniędzy, władzy, potęgi, więcej wszystkiego, i są gotowi dla tego „więcej” podpalić świat. Żeby zdobyć władzę nad tysiącem ludzi, zamordują dziesięć tysięcy, dla władzy nad dziesięcioma tysiącami poślą w Mrok milion...
– Hrabia taki jest?
– Hrabia? – Przez chwilę Besara wyglądała na szczerze ubawioną. – Nie. Jest lojalny, choć nieco sfrustrowany. Tylko że nikt nie wie, dlaczego zabójcy trzymają się w pobliżu jego ziem, a wy macie spróbować dowiedzieć się, kto stoi za tymi morderstwami i zniknięciami.
Daghena zastukała palcami w blat stołu.
– Ten tytuł, który wymieniłaś... Biała Róża, co znaczy?
– Biała Róża to kwiat w cesarskim ogrodzie – dobiegło od drzwi. Ekkenhard opierał się o futrynę, ręce założył na piersi. – To najwyższy tytuł, jaki może uzyskać szpieg w służbie Imperium. Tytuł ten przysługuje komuś, kto rozbił wielki spisek, przyczynił się do wykrycia niewyobrażalnej zdrady albo służył przez tyle lat, że jego doświadczenie stało się bezcenne. Może go otrzymać każdy Szczur, i to niezależnie, czy jest mężczyzną, czy kobietą, choć kobiety otrzymują go częściej.
– Dlaczego?
– Bo kobiety są lepsze w tej grze. I zazwyczaj potrafią wykaraskać się z sytuacji, w których mężczyzna traci głowę i ginie. To Białe Róże posyłają drużyny bojowe do walki, gdy uznają, że komuś nie można już ufać. – Uśmiechnął się szelmowsko. – A ja przyniosłem kamienie. Wymienić?
Besara zmierzyła go wzrokiem i po chwili uśmiech znikł.
– Już wnoszę – wymamrotał i znikł za drzwiami.
Po chwili wtaszczył nowy kosz wypełniony potrzaskującymi z gorąca kamieniami. Tym razem niósł go sam, posapując z wysiłku i starając się nie oparzyć.
– Wczo...raj, ufff, wczoraj wieczorem delegacja Verdanno odwiedziła Czarnego... O żeby cię! – zaklął, gdy nieopatrznie oparł się o pojemnik.
Ustawił kosz w pobliżu starego i bez zaproszenia dosiadł się do stołu.
– Uff. – Nalał sobie wina. – Niecierpliwią się.
– Nic dziwnego. – Kailean podsunęła mu swój kubek i poczekała, aż go napełni. – Wozy mogłyby już jechać dalej. Nie ma potrzeby, żeby ustawiać je w obozy.
Ekkenhard wypił wino kilkoma długimi łykami, dolał, pokręcił głową.
– Jest. Ktoś zabija tu ludzi. Atakuje nawet Górską Straż i warowne wieże. Widziałaś to przecież. W obozach będą bezpieczniejsi.
– Nic nie widziałam poza pustą wieżą i jednym okaleczonym mężczyzną, który nie mógł nic powiedzieć. – Uniosła naczynie do ust, lekko umoczyła wargi, nie spuszczając z niego oczu. – To żaden dowód.
– A czy inaczej Górska Straż ganiałaby po okolicy jak kot za kocicą w rui? – Odwzajemnił spojrzenie.
– To wszystko pozory, tak naprawdę żołnierze pilnują tylko, żeby wozy nie zawróciły, i obstawiają dokładnie dolinę. Mam rację? Jakieś oddziały wyszły już z twierdzy i zablokowały wszystkie wyjścia?
– Oddzielają Wozaków od miejscowych.
– Których nikt na oczy nie widział. Zamiast tego wokół Verdanno zaciska się pętla. Góry, lasy, wojsko... Duszą się.
Mierzyli się wzrokiem.
– Po co mi właściwie to mówisz?
– Bo przyszedłeś tu pociągnąć mnie za język na temat tego, co oni właściwie myślą, mam rację? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała – więc mówię. Nie podoba im się tu. Przywykli do otwartych przestrzeni, do miejsc, gdzie nie ma nic między oczami a horyzontem. I nie to im obiecano. Nie, że zapędzi się ich w dolinę i otoczy wojskiem. Radzę uważać. Nawet najbardziej dzicy watażkowie se-kohlandzkich podjazdów, którzy potrafili napadać niewielkie miasta, nie ośmielili się uderzyć na warowne obozy.
Jeszcze raz uniosła kubek.
– Poza tym mają coraz mniej czasu. Jeśli chcą szybkim atakiem odbić swoją wyżynę, pierwsze wozy muszą wjechać na nią za piętnaście, może dwadzieścia dni. Nie mogą tu siedzieć, przejadając zapasy. Co postanowił generał?
– Pokaże im drogę, oczywiście. Ale za bezpieczeństwo na niej będą odpowiadać sami. Czarny nie pośle żołnierzy, żeby ich osłaniać.