Piknik na skraju drogi
- Автор: Стругацкий Аркадий Натанович, Стругацкий Борис Натанович
- Год: 1974
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Irena Lewandowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Piknik na skraju drogi». Краткое содержание книги:
Jeden z badaczy podczas rozmowy w barze stawia hipotezę, że Ziemia była miejscem chwilowego pobytu obcych, a owe tajemnicze przedmioty i anomalie to zwykłe odpadki, których ludzkość nie jest w stanie zrozumieć — tak jak owady nie są w stanie zrozumieć pozostałości po pikniku człowieka.
Głównym bohaterem jest Red Shoehart, stalker. Fabuła toczy się wokół jego życia w Strefie, opowiada o jego pracy Stalkera i jej konsekwencjach, m.in. o jego córce Mariszce. Red wyrusza na poszukiwania Złotej Kuli mającej przynieść mu szczęście. Książka nie ma jednoznacznego zakończenia, czytelnik może zinterpretować ją jak chce.
Długo kręcił się pod gorącym jak wrzątek natryskiem, stękając i rozcierając ciało szorstką gąbką, aż skóra zrobiła się purpurowa, potem zakręcił prysznic usiadł na brzegu wanny i zapalił. W rurach śpiewała woda, w kuchni Guta brzęczała pokrywkami garnków. Zapachniało smażoną rybą, potem Guta zapukała do drzwi łazienki i podała mu czystą bieliznę.
— Pospiesz się — powiedziała. — Ryba wystygnie. Red uśmiechnął się: wróciła już do równowagi i znowu zaczęła komenderować. Ubrał się, to znaczy naciągnął podkoszulek i kąpielówki, i w takim stroju wrócił do kuchni.
— Teraz można coś zjeść — powiedział siadając,
— Wrzuciłeś bieliznę do pojemnika? — zapytała Outa.
— Aha — wymamrotał z pełnymi ustami. — Wspaniała rybka!
— Wodą zalałeś?
— Niee… Przepraszam, sir, to się więcej nie powtórzy, sir. Uspokój się, jeszcze zdążysz, posiedź chwilę! — złapał ją za rękę i spróbował posadzić sobie na kolanach, ale Guta wywinęła się i usiadła na krześle z drugiej strony.
— Nie podoba ci się mąż — powiedział Red, znowu zapychając sobie usta. — Lekceważysz go, jak się okazuje.
— Jaki tam z ciebie mąż — powiedziała Guta. — Pusty worek, a nie mąż. Trzeba cię dopiero nabić, jak siennik.
— A może jednak? — powiedział Red. — Przecież zdarzają się cuda na świecie!
— Jakoś nie pamiętam, żeby zdarzył się tobie taki cud. Może napijesz się czegoś? Red niezdecydowanie bawił się widelcem.
— Raczej nie — powiedział. Spojrzał na zegarek i wstał.
— Zaraz wychodzę. Przygotuj mi wyjściowy garnitur. Według kategorii „S”, Krawat, koszula…
Z rozkoszą człapiąc czystymi, bosymi stopami po chłodnej podłodze poszedł do komórki i zamknął drzwi na zasuwę. Potem włożył gumowy fartuch, wcisnął długie do łokcia gumowe rękawice i wyłożył na stół to, co było w worku. Dwa „pustaki”. Pudełko z „agrafkami”. Dziewięć „bateryjek”. Trzy „bransolety”. I jedno jakieś kółko „też coś w rodzaju „bransolety”, ale z białego metalu, większe o średnicy około trzydziestu milimetrów. Szesnaście sztuk „czarnych bryzg” zawiniętych w plastyk. Dwie „gąbki” wielkości pięści, znakomicie zachowane. Trzy „świerzby”. Słoik „gazowanej gliny”. W worku został jeszcze ciężki porcelanowy kontener, starannie opakowany w szklaną watę, ale Red zostawił go w spokoju. Wyjął papierosy, zapalił i zapatrzył się w leżące na stole przedmioty.
Potem wysunął szufladę, wziął arkusz papieru, ogryzek ołówka i liczydło. Zagryzając papierosa w kąciku warg i mrużąc oczy od dymu, pisał cyfrę za cyfrą, w trzech słupkach, a następnie pierwsze dwa podsumował. Sumy okazały się poważne. Red zdusił niedopałek w popielniczce, ostrożnie otworzył pudełko i wysypał „agrafki” na papier. W elektrycznym świetle „agrafki” mieniły się granatowo i tylko z rzadka tryskały czystymi kolorami tęczy — żółtym, czerwonym, zielonym. Red wziął jedną „agrafkę” i ostrożnie, żeby się nie ukłuć, zacisnął ją miedzy palcem wskazującym a kciukiem. Potem zgasił światło i odczekał chwilę przywykając do ciemności. Ale „agrafka” milczała. Odłożył ją na bok, znalazł po ciemku następną i również zacisnął ją w palcach, nic. Zacisnął palce silniej, ryzykując ukłucie, i „agrafka” przemówiła — przebiegały wzdłuż niej słabe, czerwone błyski, po czym nagle zastąpiły je rzadsze, zielone. Kilka sekund Red podziwiał zagadkową grę światełek, która, jak dowiedział się z „Biuletynu”, z całą pewnością coś oznaczała, być może nawet coś bardzo ważnego, epokowego, później położył „agrafkę” oddzielnie i wziął w palce następną.
„Agrafek” było siedemdziesiąt trzy, z tego dwanaście mówiło, a reszta milczała. One też powinny przemówić, ale do tego potrzebna była specjalna maszyna wielkości stołu, same palce nie wystarczały. Red znowu zapalił światło i do poprzednich liczb dopisał jeszcze dwie. I dopiero wtedy zdecydował się.
Wsadził obie ręce do worka i wstrzymując oddech wydobył i położył na stole miękki pakunek. Przez jakiś czas w zadumie, pocierając wierzchem dłoni podbródek, patrzył na to, co przed nim leżało. Potem jednak wziął ołówek, pokręcił nim w niezgrabnych gumowych palcach i znowu odłożył. Wyjął jeszcze jednego papierosa i patrząc na paczkę wypalił go w całości.
— Po jakiego diabła! — powiedział głośno i stanowczym ruchem włożył zawiniątko z powrotem do worka. — Dosyć tego. Wystarczy.
Szybko zsypał „agrafki” z powrotem do pudełka i wstał. Czas było iść. Zapewne z pół godziny można by pospać, żeby mieć świeższą głowę, ale z drugiej strony znacznie lepiej zjawić się na miejscu wcześniej i sprawdzić jak i co. Zdjął rękawice, odwiesił fartuch i nie gasząc światła wyszedł z komórki.
Garnitur leżał już na łóżku i Red zaczął się ubierać.Wiązał przed lustrem krawat, kiedy za jego plecami cichutko skrzypnęły deski podłogi, rozległo się zawzięte sapanie i Red zrobił posępną minę, aby powstrzymać uśmiech.
— Uu! — zadźwięczał tuż obok cienki głosik i coś złapało Reda za nogę.
— Ach! — zawołał Red i udał omdlenie padając na łóżko.
Mariszka z piskiem i śmiechem natychmiast wdrapała się na ojca. Deptała po nim, ciągnęła za włosy i zasypywała mnóstwem wiadomości. Willy sąsiadów oderwał lalce nogę. Na drugim piętrze pojawił się kotek, cały biały, tylko oczy ma czerwone — widocznie nie słuchał mamy i chodził do Strefy. Na kolację była kasza z konfiturami. Wujek Szuwaks znowu się urżnął i zachorował, nawet płakał. Dlaczego ryby nie toną chociaż są w wodzie? Dlaczego mama nie spała w nocy? Dlaczego palców jest pięć, ręce dwie, a nos tylko jeden?… Red ostrożnie tulił pełzające po nim ciepłe stworzenie, wpatrywał się w ogromne, ciemne, pozbawione białek oczy, przyciskał twarz do pyzatego, zarośniętego złotym jedwabistym puchem policzka i powtarzał:
— Mariszka… Mariszka… Moje śmieszne stworzonko…
Potem nad uchem ostro zadzwonił telefon. Red wyciągnął rękę i podniósł słuchawkę.
— Słucham. Telefon milczał.
— Halo! — powiedział Red. — Halo!
Nikt nie odpowiedział. Potem w słuchawce szczęknęło i rozległy się krótkie sygnały. Wtedy Red wstał, postawił Mariszkę na podłodze i nie słuchając jej dłużej włożył spodnie i marynarkę. Mariszka trzepała bez wytchnienia, ale Red tylko uśmiechał się z roztargnieniem kątem ust, więc w końcu doczekał się oświadczenia, że tata połknął język i zakąsił zębami, po czym zostawiano go w spokoju.
Red wrócił do komórki, schował do teczki wszystko, to co leżało na stole, wstąpił do łazienki po kastet, znowu wrócił do komórki, wziął teczkę do jednej ręki, koszyk z workiem do drugiej, wyszedł, pedantycznie zamknął drzwi komórki i krzyknął w stronę Guty:
„Wychodzę!”
— Kiedy wrócisz? — zapytała Guta wychodząc z kuchni. Uczesała się już i umalowała. Zamiast szlafroka miała na sobie sukienkę, ulubioną sukienkę Reda, jaskrawoniebieską, z głębokim dekoltem.
— Zadzwonię — powiedział patrząc na nią. Potem podszedł, pochylił się i pocałował ją w dekolt.
— Idź już — cicho powiedziała Guta.
— A ja? A mnie? — zaszczebiotala Mariszka wciskając się między nich.
Trzeba było pochylić się jeszcze niżej. Guta patrzyła na Reda nieruchomymi oczami.
— Wszystko w porządku — powiedział Red. — Nie martw się. Zadzwonię.
Na podeście schodów, piętro niżej. Red zobaczył tęgiego mężczyznę w pasiastej piżamie, który majstrował przy zamku swoich drzwi. Z ciemnego wnętrza mieszkania ciągnęło ciepłym, kwaśnym zaduchem. Red zatrzymał się i powiedział: