Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Пилипюк Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
Zabrałem się za mocowanie na miejsce obicia.
– Dziewczęta są sprytne – powiedział Szef w zadumie zapalając papierosa. – Szkoda, że grają po niewłaściwej stronie… Gdybyśmy mieli więcej funduszy, można by zaproponować im etat u nas.
– Fakt, że przypadkowo kupiły sobie krzesło kryjące wewnątrz bezcenny rękopis, sam w sobie nie jest jeszcze wyznacznikiem ich geniuszu – mruknąłem wciskając na miejsce ostatni gwoździk.
– To prawda. Ale nie zapominaj, że umiały świetnie wykorzystać nasze znalezisko. Poszliśmy lochem, znaleźliśmy nieboszczyka w kryjówce, poszliśmy dalej, a tam były skarby. Zlekceważyliśmy cenny trop. I teraz możemy sobie pluć w brodę.
– Co gorsza nie wiemy, czy te dwie miłe damy nie prują właśnie na zapleczu swojego antykwariatu kolejnego krzesełka.
– Czy dałoby się to jakoś zbadać? – zainteresował się.
– Mógłbym założyć im podgląd – zaproponowałem. – Antykwariat dzieli od nas nie więcej niż jakieś trzysta metrów. Zaczepię im na przeciwległym budynku miniaturową kamerę wyposażoną w niewielki nadajnik. Odbiornik umieścimy tutaj i podłączymy choćby do telewizora…
Szef przeciągnął się, aż mu w stawach zaskrzypiało.
– I ile to będzie kosztowało? – zapytał znienacka.
– Jakieś półtora tysiąca za nadajnik. Odbiornik powinien być tańszy. Kamerka kosztuje zaledwie dwieście złotych, choć nie jestem pewien, czy można podczepić ją bezpośrednio…
– Wystarczy – westchnął Szef. – Doceniam potęgę współczesnej techniki, ale ciągle koszta są trochę zbyt wysokie.
– Trzeba będzie rozwiązać ten problem prościej. I taniej.
– To znaczy? – uniósł brwi.
– Umieścimy na dachu naszego obserwatora – uśmiechnąłem się. – Żywego.
– Jeśli wejdziesz na dach i będziesz patrzył z góry, to zdejmie cię policja – westchnął Szef. – Obcowanie z Michaiłem podczas poszukiwań rubinowej tiary naruszyło chyba równowagę tej części twojego mózgu, która odpowiada za racjonalne myślenie.
– Przebiorę się za kominiarza!
– I tak cię zdejmą. A wtedy stwierdzą, że nie masz legitymacji i nie należysz do cechu. I będą problemy. To tak, jakbyś się ubrał w policyjny mundur. Są na to odpowiednie paragrafy. Zresztą, właściwie sam się teraz zastanawiam, czy obserwacja sklepu ma sens. Przecież nie mamy żadnych podstaw, by podejrzewać, że dziewczęta są na tropie reszty mebelków…
– Ciekaw jestem, co mogło być w tej drugiej rurce.
– Może kiedyś się dowiemy – uśmiechnął się. – Na razie trzeba będzie wystosować pismo do wszystkich instytucji tego uroczego miasta.
– Pismo?
– Tak, w imieniu naszego Ministerstwa zwrócimy się z prośbą o wydanie wszystkich mebli, jeśli takowe znajdują się w ich posiadaniu.
– Do jakich urzędów chce pan je skierować? – zdziwiłem się.
– Urząd miasta, urzędy dzielnic, partie polityczne, szpitale, może jeszcze szkoły. Wszędzie, gdzie pracowali ludzie należący do partii, mogły trafić okruchy jej łupów.
– To będzie grubo ponad setka listów.
– Więcej, zejdź do recepcji i weź od nich książkę telefoniczną. Napiszemy jutro w muzeum na komputerze i odbijemy na ksero, ale jak będziemy mieli zaadresowane koperty to łatwiej pójdzie rozsyłanie.
Z nesesera wyjął ryzę kopert. Zdziwiłem się. Nawet takie rzeczy przewidział. Chcąc nie chcąc, zabrałem się za adresowanie. Do północy się wyrobiłem.
Rozdział X
Wrzuciłem ostatnią z dwustu dziewięćdziesięciu ośmiu kopert do skrzynki i zadowolony otarłem czoło z potu.
– No, to jak dobrze pójdzie, już jutro powinniśmy mieć pierwsze wyniki – uśmiechnął się Szef. – A ponieważ chwilowo nie mamy nic innego do roboty, proponuję udać się na przeszpiegi do twierdzy wroga.
– Jak pan sobie życzy – uśmiechnąłem się.
Weszliśmy do antykwariatu. Stasia, czytająca jakąś książkę, odłożyła ją i popatrzyła na nas zdziwiona. Nieoczekiwanie uśmiechnęła się domyślnie.
– I jak się po nocy pruło krzesło? – zagadnęła. – Nie za dużo gwoździ?
– Ciekawi nas, co było w tej drugiej rurce, zakładając, że w pierwszej znajdował się traktat Sędziwoja – powiedział Szef.
Szaro – błękitne oczy ledwo dostrzegalnie błysnęły. Czyżby z uznaniem?
– Traktat Gebera – powiedziała. – Siedemnastowieczna kopia, w dodatku z
błędami.
Wyjęła spod lady cienki zeszycik, sklejony z kart papieru formatu
mniej więcej A5.
– Ciekawe, w którym meblu ukryta jest "Niema Księga".
– Sądzę, że w biurku – powiedziała poważnie dziewczyna. – "Niema Księga" jest dość duża. Sześćdziesiąt stron wielkości bloku rysunkowego. Mogli ją umieścić w blacie.
– Albo w dnie lub tylnej ścianie biblioteczki – zauważył Szef.
– W biblioteczce nie – machnęła ręką w głąb.
Stłumiłem okrzyk. Poszukiwany przez nas mebel stał pod ścianą.
– Tam niestety nie było żadnej skrytki. W ogóle nie wiem, co stało się z większością eksponatów. Mebli było za mało. Pewnie ukrył to, co najcenniejsze, a reszta, cóż, szukaj wiatru w polu. Ciekawa jestem, gdzie ukrył klucz.
– Klucz? – zdziwiłem się. – do czego?
– Spis symboli, których użyto w "Niemej Księdze?" – zdziwił się Szef. -
Przecież tam nie ma żadnych znaków…
Wyjęła z szuflady zwinięty papier z nadrukiem przedstawiającym trzy korony. Rozwinęła go i naszym oczom ukazał się duży, wyraźny miedzioryt.
– To jedna ze stron – wyjaśniła. – Kupiłam ten reprint w Szwecji. Tu jest znak.
Popatrzyliśmy uważnie. Na rysunku widać było ludzi przy pracy. W wielkim kotle ustawionym na palenisku, typowej średniowiecznej nalepie, gotowano jakieś szmaty. Pracowali w sporej sklepionej komnacie. Za ludźmi rysownik umieścił okno. Widać było kawałek krajobrazu i niewielkie drzewo ogarnięte płomieniami.
– Drzewo i ogień – mruknął Szef. – A gdyby tak poprowadzić linię… Płomień drzewa, płomień paleniska – przyłożył linijkę. – A na samym dole, na jej przedłużeniu widzimy małą beczkę i przewrócony cebrzyk, z którego coś się wysypało. Co ty o tym sądzisz, Pawle?
– Nic mi to nie mówi, Szefie – wzruszyłem ramionami.
– Za późno się urodziłeś – uśmiechnął się. Moim zdaniem, ta linia może być przypadkowa, ale to chyba należy interpretować jako pranie w ługu. Płonące drzewo, wygląda na jesion. Beczka, w której moczy się popiół i wiaderko, w którym został przyniesiony. Wreszcie kocioł, w którym gotują się szmaty.
– Lniane płótno wygotować w ługu – mruknęła.
– Co to jest ług? – jęknąłem.
– Swojego czasu, przed epoką proszków do prania, na wsiach używano go do prania – powiedział Szef z westchnięciem. – Palono drewno z drzew liściastych. Popiół wsypywano do beczki i zalewano wodą. Na powierzchni cieczy pojawiała się wówczas warstwa wodorotlenków zasadowych. Głównie na bazie zasady sodowej… Zbierano ją łyżką i dodawano do prania. Była bardzo żrąca i nieźle radziła sobie z brudem. Zaraz po wojnie jeszcze to stosowano… Nie uczyli was w