Taka duża
Polany jak jeziora ciągnęły się jedna za drugą przez długi czas. Ta część drogi jest jak dotąd najpiękniejsza, pomyślała Alice, fiołki i paprocie pokryte świeżą rosą, kamienie porosłe szarym mchem, dobroczynne promienie słońca. — Taka duża — powiedziała — taka duża.
Tysiące stworzeń przerywało na moment swe wiosenne zajęcia, żeby na nią popatrzeć. Szelest nowo narodzonych owadów przypominał nieprzerwany oddech. Tacie podobałoby się to miejsce, pomyślała i w tej samej chwili pojęła, w jaki sposób mógł rozumieć głosy stworzeń, ponieważ ona sama je rozumiała, wystarczyło tylko się wsłuchać.
Nieme króliki i hałaśliwe sójki, kumkające żaby i wiewiórki rzucające bystre uwagi… Ale co to za stworzenie na następnej polance, które stoi na jednej nodze, podnosząc to jedno, to drugie skrzydło? Czy to bocian?
— Czy ja cię czasem nie znam? — spytała Alice, kiedy tam dotarła. Bocian drgnął, zaskoczony i jakby pełen skruchy.
— Nie jestem pewna — odparła bocianica. Popatrzyła na Alice znad długiego, czerwonego dzioba, najpierw jednym okiem, a potem obydwoma. Wydawała się zmartwiona, ale jednocześnie taksowała Alice wzrokiem, zupełnie jakby zerkała znad pince-nez. — Wcale nie jestem pewna. Właściwie wielu rzeczy nie jestem pewna, prawdę mówiąc.
— Chyba cię znam — powiedziała Alice. — Czy nie miałaś kiedyś gniazda na dachu domu w Edgewood, nie wychowywałaś tam małych?
— Może i miałam — odrzekła bocianica. Zaczęła muskać piórka dziobem, ale robiła to bardzo nieporadnie, jak gdyby zdumiona faktem, że w ogóle ma pióra.
— Widzę — stwierdziła Alice — że będzie to trudna próba.
Alice pomogła jej wyprostować skrzydło, które odgięło się w niewłaściwą stronę, i bocianica, strzepując niezręcznie piórka, powiedziała:
— Zastanawiam się, czy nie masz nic przeciwko temu, żebym przeszła się z tobą kawałeczek?
— Oczywiście, że nie. Jeśli jesteś pewna, że nie wolałabyś sobie polatać.
— Polatać? — powtórzył zatrwożony ptak. — Polatać?
— Właściwie to nie wiem dokładnie, dokąd idę — wyjaśniła Alice. — Po prostu jakoś tu trafiłam.
— Nieważne. Ja też tu po prostu jakoś trafiłam, jeśli można tak powiedzieć.
Szły dalej razem. Bocianica, jak wszystkie bociany, stawiała ostrożnie długie kroki, jakby lękała się, że może niechcący na coś nadepnąć.
— Ale jak się tu właściwie dostałaś? — spytała Alice, ponieważ bocianica już nic więcej nie powiedziała.
— No cóż…
— Opowiem ci moją historię — zaproponowała Alice — jeśli ty opowiesz mi swoją. — Bocianica miała najwyraźniej ochotę komuś się zwierzyć, lecz nie była w stanie zacząć opowieści.
— To zależy — powiedziała w końcu — czyją historię chcesz usłyszeć. No dobrze, dość już tych wykrętów. Kiedyś — zaczęła po chwili wahania — byłam prawdziwym bocianem. A raczej byłam tylko bocianem i niczym więcej, właściwie ona nim była. Bardzo zawile to opowiadam, ale w każdym razie chodzi o to, że byłam też, czy raczej byłyśmy młodą kobietą, bardzo dumną i bardzo ambitną młodą kobietą, która nauczyła się w dalekim kraju bardzo trudnych sztuk od mistrzów o wiele starszych i mądrzejszych od niej. Nic nie uzasadniało tego, żeby wypróbować jedną z poznanych sztuczek na nieświadomym ptaku, lecz była młoda i lekkomyślna i nadarzyła się sposobność. Sztuczka czy manipulacja udała się znakomicie i kobieta była uszczęśliwiona, że ma taką moc, ale jak to zniósł bocian… Obawiam się, że ona, ja, nigdy się nie zastanawiała, albo raczej ja, bocianica, nie myślałam o niczym innym. Otrzymałam świadomość. Nie wiedziałam, że to nie moja świadomość, tylko świadomość innej osoby, ukryta we mnie ze względów bezpieczeństwa. Ja, ja bocianica, myślałam, to bardzo przykre, ale myślałam, że nie jestem wcale ptakiem. Wierzyłam, że jestem kobietą, istotą ludzką, która na skutek czyjejś złośliwości, nie wiedziałam czyjej, została przemieniona w bociana czy też uwięziona w tym ciele. Nie miałam żadnych wspomnień, nie pamiętałam tej kobiety, którą byłam, bo oczywiście ona zatrzymała moje życie i wspomnienia i żyła sobie wesoło dalej. Pozostawiono mnie samej sobie z tą zagadką.
Latałam daleko, wiele się nauczyłam, przekraczałam bramy, których żaden bocian przede mną nie przekroczył. Ułożyłam sobie życie, wychowałam małe, tak, właśnie w Edgewood, i miałam inne zajęcia, nie ma potrzeby o nich mówić, bocianie zajęcia… Nauczyłam się między innymi i tego, że wielki król ma powrócić czy przebudzić się i że wraz z jego wyzwoleniem nastąpi również moje wyzwolenie z bocianiego ciała i że będę naprawdę kobietą.
Przerwała swą opowieść i zasępiła się. Alice, nie wiedząc, czy bociany potrafią płakać, czy nie, patrzyła na nią uważnie i chociaż żadna łza nie spłynęła z różowawych oczu bocianicy, pomyślała, że w jakiś ptasi sposób na pewno płacze.
— No i jestem — powiedziała w końcu — no i jestem wreszcie tą kobietą. I nadal jestem i zostanę już na zawsze tylko bocianem, którym zresztą byłam. — Pochyliła głowę, wyznając z żalem tę prawdę. — Alice, ty mnie znasz — powiedziała. — Jestem albo byłam, albo byłyśmy, albo będziemy twoją kuzynką Ariel Hawksquill.
Alice zamrugała. Obiecała sobie, że nic jej tutaj nie zdziwi.
I rzeczywiście, kiedy przyjrzała się uważnie bocianicy czy Hawksquill, odniosła wrażenie, że słyszała już tę opowieść albo wiedziała, że to się zdarzy bądź zdarzyło.
— Ale — powiedziała — gdzie, to znaczy jak, gdzie jest…
— Nie żyje — odparła bocianica. — Nie żyje, jest zniszczona, unicestwiona. Ja naprawdę, ona naprawdę nie miała dokąd pójść. — Otworzyła swój czerwony dziób i zamknęła go z trzaskiem, co przypominało westchnienie. — Nieważne. Tylko że długo się będę przyzwyczajać. Jej rozczarowanie, to znaczy bocianicy. Moje nowe… ciało. — Podniosła skrzydło i spojrzała na nie. — Latanie — dodała. — No cóż, może.
— Na pewno — pocieszyła ją Alice, kładąc dłoń na jej gładkim boku. — I myślę, że mogłabyś podjąć ten trud razem z Ariel, razem z bocianicą. Przyzwyczaisz się — dodała z uśmiechem. Przypominało to rozsądzanie sporu pomiędzy dwojgiem jej dzieci.
Bocianica kroczyła przez chwilę w milczeniu. Dłoń Alice zdawała się ją uspokajać, przestała nerwowo otrzepywać piórka.
— Może — powiedziała w końcu. — Tylko… To już na zawsze. — Żal ścisnął ją za gardło. Alice widziała, jak porusza się długa grdyka. — To takie trudne.
— Wiem — przyznała Alice. — Nic nigdy nie dzieje się tak, jak myślisz, że będzie się działo. Ani nawet tak, jak powiedzieli. Chociaż może właśnie tak jest. Nauczysz się z tym żyć. To wszystko.
— Żałuję teraz — wyznała Ariel Hawksquill — oczywiście, już za późno na żale, że nie przyjęłam tamtej nocy twojego zaproszenia. Powinnam była pójść z tobą. Myślałam, że to przeznaczenie mnie nie dotyczy. Ale przez cały czas tkwiłam w tej Opowieści, prawda? Razem z całą resztą.
— Przypuszczam — odparła Alice — że tak, skoro jesteś tutaj. Powiedz mi jeszcze, co stało się z kartami?
— Ojej — Hawksquill ze wstydem odwróciła czerwony dziób. — Muszę wam wiele wynagrodzić, prawda?
— To nie ma znaczenia — powiedziała Alice. Dochodziły do skraju leśnej polanki. Przed nimi rozpościerała się inna kraina. Alice przystanęła. — Jestem pewna, że potrafisz wynagrodzić to wszystko. To, że nie przyszłaś, i w ogóle. — Ogarnęła spojrzeniem okolicę, do której miała się udać. Taka duża, taka duża. — Myślę, że możesz mi pomóc. Mam taką nadzieję.
— Na pewno — przytaknęła Hawksquill z przekonaniem. — Na pewno.
— Będę potrzebować pomocy — dodała Alice.
Gdzieś za tymi żywopłotami, za zielonymi falami ziemi, na której nowe morze trawy srebrzyło się w promieniach słońca, miał być pagórek.
Alice to pamiętała czy raczej przewidziała. Na pagórku stał dąb spleciony w uścisku z kolczastym krzewem. I był tam też mały domek z okrągłymi drzwiami zaopatrzonymi w miedziany uchwyt. Ale nie trzeba będzie pukać, bo drzwi są otwarte, a dom jest pusty. Czeka tam na nią jakaś rozpoczęta robótka oraz obowiązki, tak niezliczone, tak nowe…
— Będę potrzebowała pomocy — powtórzyła. — O tak.
— Pomogę ci — obiecywała jej kuzynka. — Mogę ci pomóc.
Gdzieś tam, za tymi błękitnymi wzgórzami, jak daleko stąd?
Otwarte drzwi i mały domek, ale wystarczająco duży, żeby pomieścić całą wirującą Ziemię; krzesło, na którym można wykołysać kolejne lata, i stara miotła w kącie do wymiatania wiatru.
— Chodźmy — powiedziała bocianica. — Przyzwyczaimy się do tego. Wszystko będzie dobrze.
— Tak — zgodziła się Alice. Ktoś przecież musi jej pomóc. Nie mogłaby zrobić tego sama. Wszystko będzie dobrze. Ale ciągle stała na skraju lasu, nie będąc w stanie zrobić pierwszego kroku. Stała przez długi czas, czując podmuchy wiatru na twarzy, przypominając sobie wiele rzeczy albo zapominając o nich.