Mistrz Zagadek z Hed [The Riddle-Master of Hed - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #1
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-50-1
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Mistrz Zagadek z Hed [The Riddle-Master of Hed - pl]». Краткое содержание книги:
Ale oto przeciwko Morgonowi sprzysięgły się starożytne siły zła. Zmiennokształtni zajęli miejsce przyjaciół i nikomu już nie można było ufać. Tak więc Morgon ucieka z wrogich mu królestw i wyrusza w drogę do tajemniczej Góry Erlenstar, w której rządy sprawuje Najwyższy.
Podczas wyprawy towarzyszy mu Deth — Harfista Najwyższego. Przed nimi mrożące krew w żyłach przygody i osobliwe spotkania. Nie odstępuje ich też największa z nierozwiązanych zagadek — zagadka znamienia w postaci trzech gwiazdek na czole Morgona, w których, jak wszystko wskazuje, zapisane jest jego przeznaczenie.
Astrin zasłonił przedramieniem oczy. Morgon, wodzący zdumionym wzrokiem po twarzach obecnych, słysząc swoje imię, ale go nie rozpoznając, wydał nieartykułowany dźwięk. Kupiec żachnął się.
— Posłuchajcie go tylko. Pięć tygodni temu mówił. Kiedy widziałem go tu ostatnio, leżał, bełkocząc na tamtym barłogu, krew lała mu się z boku, a lord Astrin stał w progu ze skrwawionym mieczem w ręce i groził mi śmiercią. Już dobrze — dorzucił uspokajająco, spoglądając na Morgona. — Teraz jesteś bezpieczny.
Morgon wziął głęboki oddech, podniósł misę, którą z takim mozołem poskładali, i rozbił ją o stół. Spojrzeli na niego zdumieni. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł dobyć z siebie głosu. Usiadł i zakrył sobie rękami usta.
Astrin postąpił krok w jego stronę i zatrzymał się.
— On nie przetrwa drogi do Caerweddin — powiedział do Rorka. — Rana ledwie się zasklepiła. Rorku, chyba nie wierzysz… Znalazłem go na plaży niemego, bezimiennego… Chyba nie wierzysz, że wyrządziłem mu krzywdę.
— Nie wierzę — odparł Rork. — Ale skąd w takim razie wzięła się ta rana?
— Prowadziłem go do Caithnard w nadziei, że zostanie rozpoznany przez Mistrzów. Po drodze natknęliśmy się na dwóch kupców, którzy usiłowali nas zabić. Położyłem ich trupem. A potem, ledwie wróciłem do domu z półżywym księciem Hed, do moich drzwi zastukał ten tutaj kupiec. Czy to dziwne, że nie okazałem ci gościnności?
Kupiec ściągnął czapkę i podrapał się po głowie.
— Nie — przyznał. — Ale mogłeś mnie chociaż wysłuchać, panie. Kim byli tamci kupcy? Od pięćdziesięciu lat nie zdarzył się wśród nas renegat. Dbamy o to, bo zależy nam na opinii.
— Nie mam pojęcia, kim byli. Zostawiłem ich ciała w lesie, niedaleko skraju. Znajdziecie je, idąc stąd prosto na południe, w kierunku drogi kupców.
Rork dał znak głową żołnierzom.
— Sprawdźcie. Niech kupiec jedzie z wami. — I zwracając się do Astrina, dodał: — A ty się zbieraj. Przyprowadziłem z Umber dwa wierzchowce i konia jucznego.
— Rorku. — W białych oczach pojawiło się błaganie. — Czy to konieczne? Powiedziałem ci, jak było; książę Hed nie mówi, ale potrafi pisać i zaświadczy za mnie przed tobą i harfistą Najwyższego. Nie chcę stawać przed Heureu; w niczym nie zawiniłem.
Rork westchnął.
— Ale ja zawinię, jeśli cię ze sobą nie przywiodę. Połowa Wielkich Lordów Ymris zgromadzona w Caerweddin słyszała o incydencie i czeka na wyjaśnienia. Masz białe włosy i białe oczy, grzebiesz się w starożytnych kamieniach i w księgach czarów; od pięciu lat nie widziano cię w Caerweddin i wszyscy tam uważają, że rzeczywiście mogłeś oszaleć i dopuścić się tego, co opowiadał kupiec.
— Tobie uwierzą.
— Niekoniecznie.
— Ale harfiście Najwyższego na pewno uwierzą. Rork przysiadł na stołku i potarł palcami oczy.
— Proszę cię, Astrinie. Wracaj ze mną do Caerweddin.
— Po co?
Rork przygarbił się.
— To nie takie proste — odezwał się cichym, spokojnym głosem harfista Najwyższego. — Najwyższy wydał nakaz aresztowania ciebie i jeśli nie wytłumaczysz się przed Heureu Ymrisem, będziesz się musiał tłumaczyć przed Najwyższym.
Astrin położył dłonie na płask na blacie zasypanym okruchami szkła.
— Z czego? — Patrzył harfiście w oczy. — Najwyższy z pewnością wiedział, że książę Hed tu jest. Z czego miałbym się przed nim tłumaczyć?
— Nie mogę się wypowiadać w imieniu Najwyższego. Mogę cię tylko ostrzec, tak jak mi kazano. Karą za nieposłuszeństwo jest śmierć.
Astrin, wpatrując się w odłamki szkła na stole, usiadł powoli. Siedział tak przez chwilę, a potem dotknął ręki Morgona.
— Masz na imię Morgon. Nikt ci jeszcze tego nie powiedział. — I spoglądając na Rorka, dodał: — Muszę spakować swoje księgi; pomożesz mi?
Żołnierze i kupiec wrócili po godzinie. Kupiec miał dziwną minę, mgliście odpowiadał na pytania Rorka.
— Rozpoznałeś ich?
— Jednego tak. Chyba. Ale…
— Wiesz, jak się nazywa? Możesz coś o nim powiedzieć?
— No… Tak. Chyba. Ale… — Kupiec potrząsnął głową, twarz miał ściągniętą. Nie zsiadł nawet z konia, tak jakby nie chciał przebywać ani chwili dłużej niż to konieczne w tym odludnym, dzikim zakątku Ymris. Rork, chyba podzielający to odczucie, odwrócił się.
— Ruszajmy. Przed zmrokiem musimy dotrzeć do Umber. I… — Spojrzał w górę, bo w tym momencie samotna łza deszczu spadła mu na twarz. — Droga do Caerweddin nie będzie łatwa.
Dzikiej Xel nie mogli zabrać do Caerweddin; siedziała na progu i odprowadzała ich zaciekawionym wzrokiem. Jechali przez równinę, kierując się na wschód. Chmury za ruinami starożytnego miasta ciemniały, wiatr harcował w trawie niczym jakaś niewidzialna, zabłąkana armia. O dziwo, deszcz lunął dopiero pod wieczór, kiedy przeprawili się przez rzekę na północnym skraju równiny i dotarli do drogi prowadzącej przez poszarpane wzgórza i zielone lasy Umber do siedziby Rorka.
Przenocowali tam w wielkim domostwie wzniesionym z czerwonych i brązowych kamieni, pochodzących ze wzgórz, w którego wielkiej sali zebrali się chyba wszyscy pomniejsi lordowie Umber. Morgon, znający tylko ciszę chaty Astrina, czuł się nieswojo wśród gwaru męskich głosów rozprawiających o wojnie, wśród kobiet traktujących go z onieśmielającą dwornością i opowiadających mu o krainie, której nie znał. Na duchu podnosiła go tylko obojętna na to wszystko twarz Astrina i harfista, który pod koniec wieczerzy zaczął grać, wypełniając okopcone kamienne ściany sali dźwiękami przypominającymi mu spokój przemiatanej wichrami równiny. W nocy, leżąc samotnie w komnacie wielkiej jak cała chata Astrina, wsłuchiwał się w zawodzenie wiatru za oknem i rozmyślał o swoim imieniu.
Opuścili Umber o świcie. Pośród czarnych, nagich sadów kłębiła się i perliła poranna mgła. Ta mgła przeszła potem w mżawkę, która towarzyszyła im przez całą drogę z Umber do Caerweddin. Morgon jechał skulony, czując, jak wilgoć przenika go do szpiku kości. Znosił to obojętnie, wybiegając myślami naprzód pod wpływem jakiejś dziwnej siły mającej swe źródło w mrokach jego niewiedzy. W pewnej chwili dostał ataku kaszlu i poczuł piekący ból w na pół zagojonej ranie w boku. Ściągnął ostro cugle. Harfista Najwyższego położył mu dłoń na ramieniu. Spoglądając w jego nieruchome, surowe oblicze, Morgon drgnął i wstrzymał oddech; wydało mu się, że dobrze je zna, ale trwało to tylko chwilę. Zaraz potem podjechał do nich zasępiony Astrin i powiedział krótko:
— Dojeżdżamy.
Starożytny dwór królów Ymris wznosił się nad morzem, u ujścia rzeki Thul, która wypływa z jednego z siedmiu jezior Lungold na zachodzie i przecina całe Ymris. Na głębokich wodach rzeki stały na kotwicy statki kupieckie; w ujściu cumowała niczym stado kolorowych ptaków flota statków o szkarłatno-złotych żaglach Ymris. Kiedy przejeżdżali przez most, posłaniec, który ich dostrzegł z dala, wbiegł szybko przez otwartą bramę w murach. Za tymi murami, na wzgórzu, stał dwór zbudowany przez Galila Ymrisa. Jego dumny fronton, skrzydła i wieże ożywiały piękne barwne wzory z kolorowych kamieni Panów Ziemi.
Przejechali przez bramę i wspięli się brukowaną drogą biegnącą lekko pod górę. Otwarto przed nimi grube dębowe wrota w drugim pierścieniu murów: wjechali na dziedziniec i zsiedli z koni. Słudzy odebrali od nich wierzchowce i zarzucili im na ramiona ciężkie, futrzane płaszcze. Ruszyli w milczeniu przez rozległy podwórzec, deszcz rosił im twarze.