Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 141
Перейти на страницу:

— Popatrz! — krzyknęła Carabella i w tej samej chwili dołączyli do tańczących w na pozór bezładnym pląsie Vroonów, Ghayrogów i pijanych Hjortów. Przez długie minuty poddawali się rytmowi narzuconemu przez podskakujących obcych. Kiedy Hjort o twardej jak podeszwa twarzy objął Carabellę, ta tak ochoczo przytuliła się do niego, że jej drobne palce wbiły się głęboko w nalane ciało, a kiedy samica Ghayroga z wężowatymi lokami na głowie i z mnóstwem kołyszących się piersi przycisnęła się do Valentine'a obdarzając go pocałunkiem, Valentine odwzajemnił się jej z takim entuzjazmem, jakiego sam się po sobie nie spodziewał.

Potem znów ruszyli przed siebie: do amfiteatru na świeżym powietrzu, gdzie kanciaste marionetki, gwałtownie szarpane za sznurki, odgrywały jakąś dramatyczną scenę; na arenę, gdzie za kilka wag mogli przyjrzeć się smokom morskim groźnie krążącym po wypełnionym połyskliwą cieczą zbiorniku; do ogrodu niezwykłych roślin pochodzących z południowego wybrzeża Alhanroelu, wśród których zobaczyli lepkie, mackowate stwory i gumowe drzewa — wielkie, nieustannie drżące kolumny, z umieszczonymi pod wierzchołkiem niesamowitymi oczami.

— Za pół godziny pora karmienia — zawołał dozorca, ale Carabella nie chciała czekać i ciągnąc za sobą Valentine'a opuściła ogród. Zanurzyli się w panujące na zewnątrz ciemności.

Znów eksplodowały fajerwerki, które dopiero teraz, na de czarnej kopuły nieba, zaczęły nabierać właściwej wyrazistości. Najpierw pojawiła się kometa z potrójnym ogonem, która wskazywała na wizerunek Lorda Valentine'a wypełniający połowę nieba, po chwili ciemności rozjarzyły się zielenią, czerwienią i błękitem i ukazał się Labirynt, a tuż po nim stary Pontifex Tyeveras, a jeszcze po chwili, kiedy już poprzednie kolory spłynęły w dół, w niebo buchnęła nowa eksplozja ognia, układając się w rysy wielkiej królewskiej matki, Pani Wyspy Snu, zsyłającej na Pidruid pełen miłości uśmiech. Jej obraz tak bardzo poruszył Valentine'a, że gotów był upaść ze szlochem na kolana. Ale w tłumie nie było miejsca, a po chwili Pani zniknęła w ciemnościach. Valentine ścisnął mocniej dłoń Carabelli.

— Muszę napić się wina — wyszeptał.

— Zaczekaj na następny fajerwerk!

Rzeczywiście. Inna rakieta, inna eksplozja kolorów, tym razem nieprzyjemnych, drażniących oczy, żółtych i czerwonych, z których wyłoniła się inna twarz, ociężała i mroczna, taka, jaką przybierała czwarta potęga Majipooru, najciemniejsza i najbardziej zagadkowa postać w całej hierarchii władzy, Król Snów, Simonan Barjazid. W tłumie zapanowała absolutna cisza. Króla Snów nikt nie lubił, wszyscy natomiast znali jego złą moc; dobrze wiedzieli, że zsyła nieszczęścia i kary.

Teraz już można było pójść na wino. Valentine'owi nieznacznie drżały ręce; szybko opróżnił dwa kubki. Carabella spoglądała mu w twarz z nie ukrywanym niepokojem. Przebierała lekko palcami po kościach jego nadgarstka, ale nie pytała o nic. Sama ledwo umoczyła usta.

Następnie uchyliły się przed nimi drzwi do muzeum figur woskowych, odtwarzającego w miniaturze Labirynt Pontifexa. Dali woskowemu dozorcy po trzy wagi i ruszyli przed siebie. Z ciemności, która ich ogarnęła, zaczęli wyłaniać się bohaterowie królestwa, wymodelowani z niezwykłą dokładnością, zdolni poruszać się, a także mówić, używając dawno zapomnianych dialektów. Pierwszy, wysoki wojownik, przedstawił się jako Lord Stiamot, pogromca Metamorfów. Następną postacią była legendarna Pani Thiin, jego matka, kobieta-wojownik, która podczas oblężenia Wyspy Snu przez tubylców dowodziła jej obroną. Do nich dołączył ten, który obwieścił, że jest Dvornem, pierwszym Pontifexem, postacią niemal tak odległą w czasie od epoki Stiamota, jak Stiamot od czasów teraźniejszych. Obok niego stał Dinitak Barjazid, pierwszy Król Snów, osobistość znacznie mniej starożytna od poprzednich. Carabella i Valentine weszli głębiej w labirynt, napotykając tam zastępy wymarłych władców, przemyślnie dobrane zgromadzenie Pontifexów, Królowych i Koronalów, wielkiego Confalume'a i Prestimiona, a także Dekkereta oraz cieszącego się osobliwą sławą Pontifexa Arioca. Przy wyjściu stał mężczyzna o ogorzałej twarzy, w obcisłym czarnym stroju, może czterdziestoletni, ciemnooki i ciemnowłosy, o miłym uśmiechu. Nie musiał się przedstawiać, gdyż i tak każdy wiedział, że to Voriax, ostatni Koronat, brat Lorda Valentine'a, który zginął dwa lata temu, w najlepszym okresie swoich rządów, w jakimś niedorzecznym wypadku podczas polowania, po zaledwie ośmiu latach sprawowania władzy. Postać kłaniała się, wyciągała ręce przed siebie i wykrzykiwała:

— Opłakujcie mnie, bracia i siostry, albowiem choć stałem najwyżej, zginąłem przedwcześnie, a tym gorszy jest upadek, z im większej wysokości się spada. Jestem Lord Voriax, zastanówcie się nad moim losem.

Carabella zadrżała.

— To ponure miejsce i ponure zakończenie. Lepiej zaraz stąd wyjdźmy.

Raz jeszcze powiodła go przez tereny festynu, obok pawilonów gier i podcieni, i rzęsiście oświetlonych namiotów, obok stołów zastawionych jadłem i domów uciech, ale nie zatrzymywała się już nigdzie, przefruwała z miejsca na miejsce niczym motyl, aż w końcu znaleźli się w ciemnym zaułku, z dala od szalejącego miasta. Stłumione dźwięki muzyki oddalały się coraz bardziej, a oni wkraczali w ciszę drzew i ciężki zapach kwiatów, może do ogrodu, może do parku.

— Chodź — szepnęła Carabella, biorąc go za rękę.

Wyszli na zalaną światłem księżyca polanę, gdzie splecione korony drzew tworzyły nad nimi gęsty baldachim. Valentine objął ramionami gibką talię dziewczyny. W powietrzu wciąż jeszcze wisiało łagodne ciepło minionego dnia, a z wilgotnej ziemi unosił się słodki zapach kwiatów o olbrzymich, mięsistych płatkach, większych chyba od głowy Skandara. Szalone, rozgorączkowane święto oddaliło się o tysiące mil.

— Tu zostaniemy — zdecydowała.

Valentine jak rycerz rozpostarł na ziemi swój płaszcz, a Carabella pociągnęła go w dół i wśliznęła się w jego ramiona. Byli sami, odgrodzeni od świata gęstą ścianą zielonych krzaków. Gdzieś w pobliżu szemrał strumyk, a przez liście drzew sączyły się nikłe promienie księżyca.

Carabella miała uwiązaną u pasa maleńką, misterną harfę. Wyjęła ją teraz, uderzyła krótko w struny i zaśpiewała chłodnym, czystym głosem:

Mój miły jest jasny jak wiosenny dzionek,

Mój miły jest cichy jak pogodna noc,

Mój miły jest słodki jak owoc skradziony

I wina starego mój miły ma moc.

Za wszystkie skarby świata, których strzegą stróże,

Za wszystkie perły i mórz majętności,

Za wszystkie bogactwa Zamczyska na Górze

Nie oddałabym jego miłości.

— Jakie to śliczne — powiedział cicho Valentine. — A twój głos… twój głos jest tak piękny.

— A ty umiesz śpiewać? — zapytała. — Oczywiście… to znaczy, chyba umiem.

Podała mu harfę.

— Zaśpiewaj coś dla mnie. Coś, co najbardziej lubisz. Obejrzał instrument z każdej strony, zakłopotany, i rzekł po chwili:

— Nie znam żadnej piosenki.

— Żadnej? Naprawdę? No, dalej, jakąś przecież musisz znać.

— Chyba wszystkie wyleciały mi z pamięci.

— Nauczę cię w takim razie kilku, ale chyba nie teraz.

Kiedy dotknął wargami jej ust, zaśmiała się cicho i przywarła do niego całym ciałem. Valentine mógł przyjrzeć się z bliska szczupłej twarzy o bystrych, łobuzerskich oczach i błyszczących splątanych włosach. Widział rozszerzone oczekiwaniem nozdrza. Za chwilę coś się wydarzy, pomyślał, ale czy powinien aż tak przypieczętowywać tę znajomość? Szybko jednak odsunął lęki na bok. Ta noc, to szalona noc festynu, on pragnie jej, a ona jego. Ręce Valentine'a zsunęły się wzdłuż pleców dziewczyny, wyczuły uwięzione tuż pod skórą żebra. Pamiętał, jak wyglądała stojąc nago w oczyszczalni: mięśnie ciasno opięte skórą, tylko pulchność ud i pośladków. Ciało wypełnione energią. I znów, tak jak wtedy, była naga. On też. Zobaczył, że cała drży, ale to nie chłód tej wonnej, wilgotnej nocy na zagubionej polanie wywoływał dreszcze. Pogłaskał ją po twarzy, po silnych ramionach, po małych, nagle stwardniałych piersiach. Kiedy dotknął gładkiej skóry po wewnętrznej stronie ud, Carabella gwałtownie przyciągnęła go do siebie.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)