Imię Bestii
- Автор: Komuda Jacek
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imię Bestii». Краткое содержание книги:
Jednak myli się ten, kto z racji wykonywanej profesji zaszufladkuje Francoisa jako delikatnego paniczyka o romantycznej duszy i poglądach estety. Villon Komudy jest łotrem, złodziejem, alfonsem, pozbawionym sumienia typkiem żyjącym na bakier z prawem. Mroczne zaułki Carcassone i paryski półświatek to dla niego naturalne środowisko. Lubuje się w towarzystwie ladacznic, morderców i żebraków.
Czemu zatem funkcjonuje całkiem dobrze i udaje mu się często uciec spod stryczka? Bo drań ma bardzo wpływowe koneksje i obdarzony jest przez Boga niebanalną inteligencją i sprytem, co w połączeniu z talentem szermierczym daje mu duże pole manewru i pozwala na wykonywanie zleceń dla tych „wpływowych”. Komuda jak na ironię pokazuje, że nawet najbardziej kaprawe zło ma prawo do istnienia, aby wspomóc dość oględnie pojęte dobro.
Etienne zatrzymał się przy dole formierskim. Obejrzał i opukał fundament oraz wymurowany na nim rdzeń. To była dobra, fachowa robota. Choć forma jeszcze nie została napełniona brązem, niemal czuł dotykiem chłód, ciężar i dźwięk ogromnej czaszy, która miała zostać tu odlana. Rex Regis. Dzwon dla katedry miejskiej. To zaszczyt, że wykonanie go powierzono właśnie jemu, jednemu z wielu mistrzów konwisarskiego rzemiosła w tym mieście.
– Dawajcie szablon i wrzeciono!
Czeladnicy krzątali się jak w ukropie. Gorący metal błyskał ogniem, rzucał krwawy blask na ściany warsztatu. Czerwona poświata zamazywała kontury postaci, oślepiała oczy.
– Spuszczajcie brąz!
Gliniany czop rozpękł się na kawałki już od pierwszego uderzenia młota. Czerwona struga pomknęła rynnami z szelestem, szumem i bulgotaniem. Ogromna forma zaczęła napełniać się stopem.
– Nie spuszczajcie aż tyle!
Delikatny dech poruszył siwymi włosami mistrza konwisarzy. Drzwi do warsztatu otwarły się nagle pchnięte podmuchem wiatru, uderzyły z łoskotem o wrzeciądze bramy. Etienne zamarł, bo choć rozpalony metal syczał, piszczał i skwierczał, zdało mu się, że wewnątrz warsztatu usłyszał chrzęst i łoskot ciężkich stóp, a potem zgrzyt kopyt na kamieniach – zupełnie jakby coś weszło do środka. Nie – chyba mu się tylko zdawało! W migotliwym świetle nie dostrzegał nikogo poza krzątającą się gromadą czeladników. Rzucił za siebie krótkie spojrzenie. Miał wrażenie, że coś stoi za nim – coś ciężkiego i potężnego, co przed chwilą przekroczyło otwarte wrota konwisarni…
– Garnier, zamknijże drzwi! – ryknął na jednego z czeladników. Z ulgą stwierdził, iż forma dzwonu napełniła się spiżem. Teraz wystarczyło tylko poczekać, aż ostygnie. – Zatkajcie rynny!
Terminatorzy i pachołkowie rzucili się do pieca, aby wstrzymać wypływający z niego metal. Zatkali rozpalony otwór gliną, powstrzymali wypływ surówki, a wówczas Etienne usłyszał syk. Najpierw cichy, potem potężniejący z każdą sekundą!
Mistrz nie zdążył się przestraszyć. Piec konwisarski zabłysnął ogniem. Z hukiem i błyskiem rozleciały się zaczopowane ujścia dla rozgrzanego spiżu, skórzane miechy zajęły się ogniem…
– Dlaboga, co się dzieje!? – zakrzyknął Etienne.
Piec strzelił iskrami, zatrzeszczał, zarysował się pęknięciami. Mistrz konwisarskiego fachu widział coś takiego po raz pierwszy! Zadrżał i poderwał się na nogi.
– Na ziemię! – ryknął. – Na ziemię, to życie ocalicie.
Za późno! Konwisarski piec pękł, rozleciał się! Eksplozja rozerwała go od środka, cisnęła na wszystkie strony płomienisty deszcz odłamków i ciężkich, gorejących kropel surówki. Wybuch zmieszał się z wrzaskiem umierających, palących się w żywym ogniu ludzi, z rykiem ognia i sykiem stygnącego stopu. Ciężkie, okopcone kolumny podpierające strop pękły w jednej chwili. Z góry zwaliły się dachówki, bele i deski.
– Gore… – zajęczał Etienne. Wybuch rzucił go aż pod ścianę. Był strasznie poparzony, widział tylko na jedno oko, a jego obszyty futrem płaszcz tlił się. Jęcząc, a potem niemal wyjąc z bólu świdrującego głowę, pierś i lewe ramię, zaczął się dźwigać na nogi…
Ktoś przebiegł obok z opętańczym wyciem. To był płonący czeladnik z warsztatu. Wypadł na zewnątrz przez nadpaloną bramę. Wrzeszcząc z bólu, strachu i przerażenia, pognał w dół uliczki.
– Ratujcie! – zajęczał Etienne. – Gore, pomóżcie…
Płomienie wystrzeliły ponad zrujnowany dach odlewni. Liznęły krokwie i dachówki na sąsiedniej kamienicy, przeniosły się dalej wraz z iskrami. Etienne pełzł między płonącymi belkami, osuwał się na martwe ciała uczniów i pachołków, aż w końcu oparł się o glinianą ścianę formy. Dzwon przetrwał! Rex Regis nie został uszkodzony. Etienne zatrząsł się od szlochu, a potem zamarł z popaloną głową złożoną na krawędzi dołu formierskiego, wśród ryczących płomieni i trzasku pękających desek.
Dwie ulice dalej Villon podniósł głowę. Zdziwiło go, że wokół drewnianego podwyższenia z dybami nie było już gapiów. Zobaczył blask płomieni ponad dachami miasta, usłyszał wrzaski i nawoływania mieszczan. Ludzie biegli z wiadrami do pożaru, przepychali się i klęli. Dzwony z katedry biły jak oszalałe, a złowrogi huk płomieni stawał się coraz silniejszy i coraz bardziej nieubłagany.
– O, do kroćset! – wyszeptał poeta. – Wracajcie, psie syny! Co, macie mnie dosyć?!
Nikt go nie słuchał. Wszyscy pędzili do pożaru.
VI
Villon wtulił się głębiej w załom murów przy wieży du Moulin d’Avar. Przeczekał, aż ulicą przejdzie patrol straży miejskiej. Od kiedy w warsztacie konwisarskim wybuchł pożar, w którym zgorzały dwa domy, podwojono straże, a przeklętych miejskich śledzi spotykało się na każdej ulicy. Latarnia niesiona przez dowódcę rzucała krwawy poblask na mokry bruk, mury i ściany domów pokryte osadem z wieloletniego brudu. Gdy stała się małym, wątłym światełkiem na końcu uliczki, Villon odniósł wrażenie, że nagle znalazł się w mrocznej otchłani pomiędzy omszałym kamiennym murem Carcassonne a ścianą utworzoną przez fasady starych, rozsypujących się kamienic. Coś czaiło się w mroku. Coś dużego i ciężkiego. Villon usłyszał cichy brzęk żelaza na kamieniach. Czyżby było to podkute kopyto? Zamarł i wpatrzył się w ciemność, jednak nic nie zobaczył. Wstrząsnął nim dreszcz. Szybko podbiegł do niskiej, okutej żelazem furty i załomotał trzy razy. Minęła długa chwila, zanim z drugiej strony usłyszał kroki.
– Nie widzisz, że zamknięte, dupniku! – rozdarł się ochrypły, paskudny starobabski głos. – Wygrzeb se dorkę w ziemi, jak kapucyna pod sakiem nie strzymasz! A jeślić chuć bierze, to rano przychodź, bo wszytkie gamratki śpią, dupowłazie!
– To ja, poborca mostowego, nie poznajecie? – zaskrzeczał poeta. – Myto nadpłaciliśta, to wam przyniosłem. Chyba się przyda te parę liwrów…
– Zara, czekaj! – warknęła stara zmienionym głosem.
Villon usłyszał, jak szczęknęła zasuwka, a potem drzwi otworzyły się, przepuszczając smugę żółtego blasku. Na schodach prowadzących w głąb wieży stała stara, gruba baba w porwanym gieźle. Miała skrzywione, złośliwe oczka i wielkie wory pod oczami. Rozpuszczone siwe kudły wymykały się spod brudnego czepca.
Na widok Villona chciała zatrzasnąć drzwi, jednak poeta był szybszy. Jednym ruchem wstawił stopę w szczelinę, jednym zamachem silnych ramion otworzył furtę na oścież i wskoczył do środka. Przycisnął babę do ściany. Lampucera chciała wrzasnąć, ale krzyk zamarł jej w ustach, zamienił się w rzężenie, gdy Villon wsadził jej pod brodę ostrze cinquedei.
– Ani mi drgnij, stara małpo! – wysyczał. – Ani piśnij, bo jak ci poderżnę gardziołko, to zakwilisz jak słowik! Gdzie jest Marion?
– Nnnie… Nie wiem.
– Jak to nie wiesz? Przecież garowała w twoim zamtuzie, kiedy stąd wyjeżdżałem.
– Po… poszła… – zacharczała baba.
– Dokąd? – Sztylet Villona uczynił jeszcze głębszy dołek w nalanym podbródku mamy Margot. – Na dno Aude? Do innego lupanaru? Do gacha? Gadaj!
– Ja jej dawno… nie widziałam… gamratki chędożonej… Nic nie wiem…
– Skoro nie wiesz, tedy nie widzę powodu, dla którego nie miałbym poderżnąć ci gardziołka. Sprzedałaś ją innemu baraśnikowi?
– Poga… gadaj z Augotem…
– To on jeszcze dycha? Jak odjeżdżałem, był na dogorywku.
– Jeszcze się… nie zawinął…