Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
Percy spojrzał na niego trochę niepewnie kątem oka.
– Staramy się nie wyprowadzać ich z równowagi bardziej, niż musimy, bo znajdują się w stresie – dodał Dean. W dalszym ciągu nie podnosił głosu. – Ludzie, którzy znajdują się w stresie, mogą wybuchnąć. Zrobić sobie krzywdę. Zrobić krzywdę innym. Czasami możemy wpaść przez nich w kłopoty.
Percy skrzywił się. Słowo “kłopoty” do niego przemawiało. Sprawianie kłopotów było w porządku. Wpadanie w kłopoty – nie.
– Nie powinniśmy wrzeszczeć, lecz rozmawiać – ciągnął Dean. – Jeśli ktoś wrzeszczy na więźniów, to znaczy, że stracił nad nimi kontrolę.
Percy wiedział, kto jest autorem tej maksymy: ja. Szef. Paula Edgecombe’a i Percy’ego Wetmore’a nie łączyła wielka miłość, a mieliśmy dopiero lato, pamiętacie – prawdziwy festiwal jeszcze się nie zaczął.
– Byłoby lepiej – stwierdził Dean – gdybyś myślał o tym miejscu jak o oddziale intensywnej opieki w szpitalu. Trzeba tu zachować ciszę.
– Dla mnie to wiadro szczyn, w którym topi się szczury – przerwał mu Percy – i nic więcej. A teraz puszczaj.
Oswobodził rękę z uścisku Deana, przecisnął się między nim i Billem i pomaszerował ze spuszczoną głową korytarzem. Oddalając się minął trochę zbyt blisko celę Prezesa – tak blisko, że Flanders mógł wystawić rękę, złapać go i być może dać mu w łeb jego własną hikorową pałką, gdyby był tego rodzaju człowiekiem. Nie był nim oczywiście, ale Wódz może i był. Wódz, gdyby nadarzyła się okazja, mógł zrobić coś takiego, po prostu żeby dać Percy’emu nauczkę. To, co powiedział mi w związku z tym Dean Stanton, relacjonując nazajutrz całe wydarzenie, utkwiło mi w pamięci, ponieważ okazało się swego rodzaju proroctwem.
– Wetmore nie rozumie, że nie ma nad nimi żadnej władzy – oświadczył Dean. – Że nic, co zrobi, nie jest w stanie pogorszyć ich sytuacji, ponieważ można się usmażyć tylko raz. Dopóki to do niego nie dotrze, będzie narażał na niebezpieczeństwo siebie i wszystkich, którzy pracują na tym bloku.
Percy wszedł do mojego gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi.
– No, no – mruknął Bill Dodge. – Facet ma chyba spuchnięte i paskudnie zainfekowane jądra.
– Nie masz pojęcia jak bardzo – powiedział Dean.
– Spójrz na to z jaśniejszej strony – poradził mu Bill. Stale mówił ludziom, żeby popatrzyli na to lub owo od jaśniejszej strony; doszło do tego, że człowiek miał ochotę strzelić go w nos za każdym razem, kiedy to słyszał. – Nic nie stało się waszej tresowanej myszy.
– Tak, ale już jej więcej nie zobaczymy – odparł Dean. – Tym razem ten głupek wystraszył ją na dobre.
3
Wniosek był logiczny, lecz błędny. Mysz powróciła już nazajutrz wieczorem – pierwszego z dwu wolnych dni, które przysługiwały Percy’emu przed przeniesieniem na nocną zmianę.
Pojawiła się koło siódmej. Przebywałem wtedy na bloku i razem z Deanem Stantonem byłem świadkiem jej powrotu. Razem z Deanem i z Harrym Terwilligerem. Harry siedział za biurkiem. Mój dyżur skończył się, ale zostałem, żeby spędzić godzinkę z Wodzem, który niedługo miał się przejść Zieloną Milą. Bitterbuck nie dawał po sobie nic poznać, zachowując zgodnie z tradycją swojego szczepu stoicką postawę, ale widziałem, że strach dojrzewa w nim niczym zatruty kwiat. Ucięliśmy więc sobie krótką pogawędkę. Można było porozmawiać z nimi w ciągu dnia, ale to nic nie dawało. Z zewnątrz dobiegały krzyki i rozmowy (nie wspominając o odgłosach bójek), dudnienie stemplownic w warsztacie, wołanie strażnika, żeby ktoś odłożył ten kilof, podniósł tę motykę albo po prostu zabierał stąd swój parszywy tyłek. Po czwartej robiło się trochę spokojniej, a po szóstej było już całkiem znośnie. Najlepsze były dwie godziny między szóstą a ósmą wieczorem. Później zaczynały ich nawiedzać złe myśli – przesuwały się w ich oczach niczym wieczorne cienie – i najlepiej było przestać. Wciąż słyszeli, co się do nich mówiło, nie układało się to jednak w żadną sensowną całość. Po ósmej byli gotowi do nocnego czuwania; wyobrażali sobie, jak będzie ich uwierał przymocowany do czaszki metalowy hełm i jaki poczują zapach wewnątrz czarnego kaptura, nasuniętego na spoconą twarz.
Z Wodzem trafiłem jednak na dobry moment. Opowiedział mi o swojej pierwszej żonie i o tym, jak zbudował razem z nią chatę w Montanie. To były najszczęśliwsze dni jego życia, stwierdził. Woda była tam tak czysta i zimna, że przy każdym łyku miało się wrażenie, iż przecina usta.
– Niech pan mi coś powie, panie Edgecombe. Czy myśli pan, że jeśli człowiek szczerze żałuje tego, co zrobił, może wrócić do czasu, który był dla niego najszczęśliwszy, i żyć w nim przez całą wieczność? Czy tak wygląda niebo?
– Powiem ci, że tak właśnie sobie to wyobrażam – odparłem. Było to kłamstwo, ale nie miałem wyrzutów sumienia. O sprawach ostatecznych dowiedziałem się, siedząc na ślicznych kolanach mojej matki, i wierzyłem w to, co Dobra Księga mówi o mordercach: że nie ma dla nich życia wiecznego. Moim zdaniem idą prosto do piekła i będą się tam smażyć aż do dnia, gdy Bóg da w końcu Gabrielowi znak, aby zadął w trąbę Sądu Ostatecznego. Kiedy to zrobi, po prostu gdzieś znikną i prawdopodobnie będą się z tego tylko cieszyć. Nigdy jednak nie zdradzałem tych poglądów Bitterbuckowi ani któremukolwiek z nich. Myślę, że w głębi serca o tym wiedzieli. Gdzie jest twój brat, jego krew woła do mnie z ziemi, powiedział Pan Bóg Kainowi i nie sądzę, by te słowa stanowiły niespodziankę dla mojego konkretnego rozmówcy; jestem pewien, że przy każdym swoim kroku słyszał wołającą z ziemi krew Abla.
Wódz uśmiechał się, kiedy się z nim rozstawałem, rozmyślając być może o swojej chacie w Montanie, o żonie leżącej na posłaniu i o jej skąpanych w świetle ognia obnażonych piersiach. Wkrótce miał przejść przez znacznie gorętszy ogień, nie miałem co do tego wątpliwości.
Kiedy wyszedłem na korytarz, Dean opowiedział mi o swojej przeprawie z Percym poprzedniej nocy. Zaczekał chyba specjalnie, żeby to zrobić, i uważnie go wysłuchałem. Zawsze słuchałem uważnie, gdy mowa była o Percym, ponieważ zgadzałem się na sto procent z Deanem – ten facet mógł jeszcze napytać biedy zarówno sobie, jak i nam.
Dean zbliżał się do końca swojej relacji, kiedy pojawił się stary Tu-Tut ze swoim czerwonym wózkiem, pokrytym wypisanymi ręcznie cytatami z Biblii (“Pomsta do mnie należy”, Piąta Księga Mojżeszowa, 32,35 i “Będę też żądał krwi waszej, to jest duszy waszej”, Pierwsza Księga Mojżeszowa, 9,5 oraz innymi podobnymi, wesołymi sentencjami dodającymi otuchy), i sprzedał nam trochę sandwiczy i napojów. Dean szukał właśnie reszty w kieszeni, narzekając, że nie zobaczy już nigdy Matrosa Willy’ego, bo ten cholerny Percy Wetmore wystraszył go na dobre, kiedy Tu-Tut zapytał nagle:
– A co w takim razie widzą moje piękne oczy?
Podnieśliśmy wzrok i zobaczyliśmy mysz, o której mowa, zasuwającą środkiem Zielonej Mili. Co jakiś czas stawała, rozglądała się dookoła swoimi błyszczącymi jak paciorki oczyma, po czym biegła dalej.
– Hej, myszko! – zawołał cicho Wódz. Matros Willy zatrzymał się i spojrzał na niego, ruszając wąsikami. Mówię wam, wyglądało to, jakby cholerny zwierzak dobrze wiedział, że go wołają. – Jesteś przewodnikiem dusz? – zapytał Bitterbuck, rzucając mu kawałek sera z kolacji. Ser wylądował tuż przed jego nosem, ale Matros Willy nawet na niego nie spojrzał. Ruszył dalej Zieloną Milą, zaglądając po drodze do pustych cel.
– Panie kierowniku! – zawołał Prezes. – Nie sądzi pan, że ten mały sukinsyn wie, iż dzisiaj nie ma tutaj Wetmore’a? Bo ja w to wierzę!