Całe zdanie nieboszczyka
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 1972
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Całe zdanie nieboszczyka». Краткое содержание книги:
Zaczęłam już trochę drętwieć w tej roślinności, ale problemy, omawiane przez jedenastu panów, wciąż były ciekawe. Pokrótce zreferowano sobie sprawę bezpieczeństwa.
Rezydencja stanowiła ostatni azyl i jakiś najazd na nią byłby zupełnym kataklizmem. Możliwość takiej klęski uznano za nieprawdopodobną, ale na wszelki wypadek w zatoce stoi jacht „Stella di Mare”, którego nie dogoni żadna policja świata. Oprócz tego dwa samoloty odrzutowe są zawsze przygotowane do drogi, a obsługa lotniska jest pewna. Szef posiada jakąś ekstra kryjówkę i w ogóle wszystko by grało, gdyby nie ja.
Zesztywniałam doszczętnie, marzyłam o papierosie, pić mi się chciało, od woni kwiecia rozbolała mnie głowa, ale twardo dosiedziałam do końca konferencji. Katusze okazały się opłacalne. Wszyscy wyszli tymi drzwiami, którymi wkradłam się za kelnerem, pozostał tylko rozczochrany z jednym z gości i gabinet szefa znalazł się sam. Obaj podeszli w milczeniu do ściany, na którą miałam2^ bardzo dobry widok, przycisnęli guzik pod kinkietem, i w ścianie otworzyły się drzwi. Zniknęli w pokoju za nimi. Nie wiem, co tam robili, w każdym razie robili to krótko i nie zdążyłam nawet odzyskać władzy w zdrętwiałych nogach. Ledwo wyszli, natychmiast w paralitycznych podrygach wyskoczyłam z roślinności i przycisnęłam guzik pod kinkietem.
Gabinet to był niewątpliwie, a urządzenie wnętrza nieco mną wstrząsnęło. Zamiast okien miał ekrany telewizyjne. Każdy z nich pokazywał co innego, a zaraz na pierwszym ukazała się cała dyspozytornia na dole z mapą świetlną i pulpitami włącznie. Zapalałam je sobie kolejno, nieco spłoszona, w każdej chwili oczekując wywołania jakichś straszliwych, nieprzewidzianych efektów, przyglądałam się parę sekund, po czym gasiłam. Biurko zawierało jakąś niesłychanie skomplikowaną aparaturę, której nie zrozumiałam w ogóle, wobec czego wolałam nie ruszać. Jedynym jako tako zwyczajnym przedmiotem było coś w rodzaju oszklonej etażerki na kółkach, zawierającej w swym wnętrzu skośnie nachylone półki, a na nich to, czego szukałam. Mnóstwo kluczy rozmaitego rodzaju i fasonu, w tym także różne kluczyki samochodowe albo też takie same jak samochodowe. Długo i wytrwale oglądałam ten mebel, nie mogąc znaleźć sposobu otwierania i wreszcie postanowiłam, że w razie potrzeby rąbnę po prostu całą etażerkę.
Apartamenty szefa opuściłam bez przeszkód. Dziwiła mnie nieco ta łatwość poruszania się po terenie i dokonywania odkryć, ale po namyśle uznałam ją za wytłumaczalną. Wszyscy tu na miejscu stanowili przecież zarząd gangu, byli u siebie, czuli się bezpieczni, nie mieli więc potrzeby czegokolwiek przed sobą nawzajem zamykać. Jedyną osobą postronną byłam ja, ale ja i tak zostałam przeznaczona na ubój.
Po kilku dniach dokonałam licznych, cennych spostrzeżeń. Po pierwsze zauważyłam, że nieobecność rozczochranego zdecydowanie wpływa na rozluźnienie dyscypliny. Objawiało się to w ten sposób, że z chwilą jego oddalenia się stojący na warcie przy helikopterach czarny bandzior siadał i zapalał papierosa. Bandzior od jachtów zostawiał port i wjeżdżał na górę. Wszystko się rozłaziło i kryło w cieniu, mnie zaś bez żadnego trudu udawało się zejść im z oczu.
Po drugie zwróciłam uwagę na to, że w czasie naszego pobytu w jaskini rozpusty motorówka, którą przypływaliśmy, odpływała, przypływała druga i w ogóle obie były w ciągłym ruchu. Nie wiedziałam jeszcze, czy mi to będzie potrzebne, ale na wszelki wypadek interesowałam się wszystkim, co miało związek z wodą. Ocean, leżący pomiędzy mną a Europą, nie pozwalał przestać myśleć o sobie.
Bywanie w salonach gry weszło w zwyczaj. Udawaliśmy się tam po późnym obiedzie i wracaliśmy po północy, gdzieś między pierwszą a trzecią, przy czym udało mi się wprowadzić chaos w komunikacji. Już trzeciego dnia zaparłam się zadnimi łapami i odmówiłam posłużenia się drogą wodną. Usiłowali mnie za to ukarać i pozbawić wieczornych rozrywek, ale na to z kolei zrobiłam potworną awanturę, która mnie samą wprawiła w podziw. Wywoływanie imponujących awantur przez całe życie przychodziło mi bez najmniejszego trudu i ta też dała pożądany rezultat. Przewożono mnie helikopterem, ale ten rodzaj transportu był pewny tylko w tamtą stronę. Z powrotem, jeśli byłam wygrana, zgadzałam się płynąć jachtem, jeśli zaś nie, to nie i w ten sposób nikt nie był pewien, czym będę wracać i kiedy. Zgoda na powrót jachtem była poniekąd uzasadniona, bo po północy fala była mniejsza. Nie wiem dlaczego, być może na skutek odpływu.
Po trzecie stwierdziłam niezbicie brak jakiejkolwiek straży przy dużym jachcie w zatoce. Stał sobie spokojnie i był nie używany.
Po czwarte znalazłam rzecz najbardziej dla mnie interesującą, mianowicie kluczyki do jaguara. Podpatrzyłam kierowcę, który, jak się okazało, po wprowadzeniu samochodu do garażu najzwyczajniej w świecie wieszał je na gwoździu w ścianie! Jeśli oczywiście to coś można było nazywać gwoździem, na oko wyglądało bowiem na skrzyżowanie czubka anteny radiowej z hakiem w rzeźni.
Po tym ostatnim odkryciu droga do ucieczki stanęła przede mną otworem. Trzeba to było załatwić jak najprędzej, przed przybyciem mitycznego szefa, którym straszyli mnie wszyscy zgodnie. Dzień w dzień odbywano wprawdzie ze mną rozmowy na palący temat, dzień w dzień maglowali mnie głupimi pytaniami, regularnie co wieczór, w czasie gry, usiłowali mnie zaskakiwać, licząc na moje zaabsorbowanie namiętnością, ale prawdę powiedziawszy na złe traktowanie narzekać nie mogłam. Wyglądało na to, że dopiero szef zabierze się do mnie ostrzej i nie zamierzałam na to czekać.
Na polubowne załatwienie sprawy straciłam nadzieję bezpowrotnie, bo sama siebie bym nie wypuściła na ich miejscu. Miałam w ręku cały ich stan posiadania, jakiś potworny majątek, ukryty w miejscu, którego nikt nie znał i którego nie chciałam zdradzić. Co jakiś czas popadałam w melancholię i symulowałam załamanie, robiąc wrażenie, że tylko patrzeć, a zrezygnuję z wojny i wyznam prawdę. We wszystkich czterech wstępowało wtedy nowe życie, blask im padał na oblicza, zaczynali skakać koło mnie jak małpy w cyrku, czas jakiś łaskawie przyjmowałam ich umizgi, po czym nagle twardniałam i odmawiałam odpowiedzi. Zgrzyt zębów wywoływał wówczas echo w górach. W oczach im migał blask szaleństwa i ogólnie biorąc dziwię się, że nie dostali przeze mnie rozstroju nerwowego.
Zasłyszane w czasie konferencji nazwiska oraz adresy nowych melin na Bliskim Wschodzie zapisałam sobie w kalendarzyku, żeby nie zapomnieć, i z satysfakcją myślałam, że za te wiadomości Interpol by mnie chyba ozłocił. 26
Zaczęłam przemyśliwać sprawę konkretniej. Uznałam, że muszę się dostać do Kurytyby, gdzie będę chyba względnie bezpieczna. Niemożliwe jest przecież, żeby cała policja brazylijska stanowiła personel gangu, za drogo by ich to kosztowało. Pieniądze posiadałam i z Kurytyby postanowiłam polecieć samolotem tam, gdzie znajduje się nasza ambasada. Nie byłam pewna, gdzie, czy w Brazylii, czy w Rio de Janeiro, ale zamierzałam się tego dowiedzieć na lotnisku.
Miałam przed sobą co najmniej trzysta kilometrów górskiej szosy, złożonej wyłącznie z zakrętów śmierci na spadku. Najlepiej byłoby jechać w nocy i bez świateł, ale nie znając w ogóle tej drogi pewnie bym daleko nie zajechała. Zdecydowałam się więc jechać w dzień, bo z helikoptera łatwiej zauważyć w nocy światło w dole niż w dzień drobny przedmiot w krajobrazie, a przewidywałam, że będą mnie gonić helikopterem. Przedmiot wprawdzie będzie ruchomy, ale i ten problem przemyślałam sobie szczegółowo.