Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Sami Swoi». Краткое содержание книги:

Sami swoi to opowieść o zwaśnionych rodach Pawlaków i Kargulów. Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, co spowodowało, że spłonęły dwie stodoły, polała się krew i Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula musiał wyemigrować do Ameryki. Jednak spór dwóch rodzin trwa dalej.
Film Sami Swoi cieszy się popularnością aż po dziś dzień. Został on oparty na książce pod takim samym tytułem. Książka ta została napisana przez Andrzeja Mularczyka, który również napisał scenariusz do filmu Sami Swoi.
Początek filmu Sami Swoi jest nieco mało sielankowy… Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, Władyk Kargul zaorał miedze na trzy palce i w końcu polała się krew. Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, teraz John, przyjeżdża po wojnie do Polski i zastaje sytuację niezwykłą – obie rodziny żyją w zgodzie i harmonii. Tak jednak nie od razu było, ale życie zmusiło emigrantów zza Buga do zakończenia dawnego sporu, a miłość Witii Pawlaka i Jadźki Kargulanki połączyła ich więzami rodzinnymi.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 51
Перейти на страницу:

– Czy ja dobrze słyszał?-upewnia się John, wpijając się szeroko otwartymi wyblakłymi oczami w twarz brata.

– Z Kargulem się ściskałeś?! Przyciskając do piersi becik ze śpiącą słodko Anią, napiera na Kaźmierza, aż ten musi postąpić krok do tyłu, żeby nie stracić równowagi. W oczach Johna tli się jeszcze jakaś iskierka nadziei, że nie mogło dojść do takiego sprzeniewierzenia się rodzinnym tradycjom. Ale Kaźmierz, patrząc mu mężnie w oczy, wyrzuca z siebie wyznanie, że obaj z Kargulem uznali wówczas, że więcej ich nie będzie musiał dzielić płot.

– Ja go kosą musiał ukarać za jego chciwość, a ty płot obaliłeś? – Nie inaczej, Jaśku… W tej chwili John, który zaniemówił z wrażenia, widzi, jak po drugiej stronie płotu uchyla przed nim kapelusza ogromniasty chłop, wpatrzony w niego z mieszaniną pokory i buty.

– A to kto? – pyta nerwowo. Wciąż by wolał nie wierzyć ani słowom brata, ani swoim własnym oczom. Kaźmierz ogląda się przez ramię i widzi stojącego w całej okazałości pośrodku swojego podwórza Władysława Kargula. Śmiertelny wróg uchyla kapelusza na powitanie Johna, równocześnie uśmiecha się zachęcająco, acz niepewnie; w końcu ma przed sobą człowieka, który ponad ćwierć wieku temu przebił mu płuco ostrzem kosy. John nabiera powietrza w płuca, jakby chciał wydać wojenny okrzyk, ale wypuszcza je tylko ze świstem i mamrocze pod nosem: „Impossible”…

– Awo patrzaj, Jaśku, jak on tobie teraz grzeczniusio kłania sia – Kaźmierz mówi to przypochlebnie, życzliwie popychając brata w stronę płotu. Kargul tylko na to czekał: robi dwa wielkie kroki i już jest przy samym płocie. Jedną ręką trzyma kapelusz na wysokości piersi, drugą już serdecznie wyciąga nad sztachetami na powitanie gościa.

– Ano potrzymaj – John wpycha w ręce brata poduszkę z Anią. Kaźmierz przez sekundę czuje ulgę: pewnie chce mieć Jaśko wolną rękę, żeby ją podać Władkowi i tym gestem raz na zawsze wymazać z pamięci to, co przez tyle lat ich dzieliło. Ale ledwie przejmuje w swe ramiona śpiące maleństwo – dostaje niespodziewanie silne uderzenie w twarz. Zatacza się jak pijany, opiera się plecami o płot. W jego oczach zaskoczenie, jakby raptem postać brata zmieniła się w Lucyfera z widłami. Oddać bratu nie może, bo ściska oburącz poduszkę z dzieckiem.

– To ty tak tatowej przysięgi słuchał?! – John aż się dławi swoją wściekłością. Jeszcze raz bierze zamach, żeby wymierzyć karę za zdradę, jakiej dopuścił się jego młodszy brat, Kaźmierz może tylko dziękować Bogu, że gdzieś w pobliżu nie znalazły się widły albo siekiera. Ania budzi się w beciku i podnosi wrzask. Dopada do ojca Witold, porywa dziecko. Widząc rozszerzone wściekłością źrenice ojca, wycofuje się spiesznie na tyły. Kaźmierzem zamiotło po podwórzu. Za sztachetę płotu chwyta, chce ją wyłamać,już z bronią w ręku gotów jest ruszyć do ataku na brata, kiedy niczym obcęgi chwytają go z tyłu ramiona Kargula. Poderwany w górę i przyciśnięty do płotu Kaźmierz przebiera krzywymi nogami, żeby złapać oparcie i ruszyć do przodu. Głową szarpie na boki, ramiona napina, ale silniejszy Kargul uścisku nie luzuje. Buczy w ucho Pawlaka:

– Kaźmierz, ty oczadział! Starszego brata chcesz siniaczyć? – Puść, Władek, bo dotąd tak nie było, żeb' ten, co na mnie rękę podniósł, przy życiu ostał sia!

– Taż to ojciec chrzestny naszej wnuczki – sączy mu basem w samo ucho Kargul.

– Nie daruję! – pieni się Kaźmierz.

– My tu swojaki, a on gość – przekonuje go Kargul, nie przewidziawszy, że ten argument zmieni sytuację.

– Jak powiedział?! – prawie zapiał Kaźmierz, szarpiąc się w uścisku niedźwiedziowatego sąsiada.

– On taki sam Pawlak jak ja! – My tutejsze, a co on o życiu wie, jak on z Ameryki? – Kargul próbuje ostudzić skierowaną ku bratu wściekłość Kaźmierza, nie przewidując, że ostatecznie skierowuje ją przeciw sobie.

– Puść, mówię, bo tu czyjaś głowa spadnie! – Kaźmierz przysiada na swoich kusych nogach i jednym szarpnięciem wywija się z założonego mu nelsona. Patrzy teraz na sąsiada z nie ukrywaną nienawiścią, jakby cały czas on był wyłącznym celem jego ataku.

– Ano paszoł won! – władczym gestem nakazuje Kargulowi cofnięcie się od płotu w głąb swojego podwórza.

– Żeb' ciebie wilcy, no! Co on w paradę włazi,jak dwóch braci ze sobą wita sia! -czupurny jak kogut doskakuje do płotu, próbując sięgnąć pięścią cofającego się w popłochu Kargula.

– Małoś dostał wtenczas od Jaśka, to możem raz-dwa dołożyć! Kargul zerka z nadzieją w stronę Johna, jakby liczył, że ten stanie po jego stronie. Przed chwilą sam zaatakował Kaźmierza, a gdyby nie interwencja Kargula, dawno by mógł leżeć powalony powitalnym uderzeniem sztachety. John zbliża się do płotu ale już po jego wyrazie twarzy widać, że nie będzie sojusznikiem swego obrońcy.

– Przez ciebie ojczyznę straciłem – rzuca w twarz Kargula oskarżenie, jakby wystawiał mu rachunek za całe życie.

– Tam twoje! – kategoryczny gest Kaźmierza zakazuje Kargulowi zbliżać się do płotu.

– Tu nasze! – wtóruje mu John z groźną miną, stając ramię w ramię obok tego, kogo ledwie przed chwilą zdzielił pięścią w twarz. Są teraz znowu jednością myśli i czynów, przedstawicielami rodu Pawlaków, który do dziś ma nie wyrównane rachunki z przeklętymi sąsiadami. Za plecami wycofującego się w popłochu Kargula ukazuje się cała jego rodzina. I tak oto stoją naprzeciw siebie, jak stali w owo sierpniowe popołudnie 1945 roku, kiedy Pawlak, ściągając czapkę z głowy, powiedział zdławionym głosem: „Podejdź no do płota”… Teraz jednak ani myśli powtarzać tamte słowa. Stojąc tuż przy Johnie, aż podskakuje do góry jak mały foksterier, szczerzący kły na brytana.

– Zlazaj mi z oczu, ty bambaryło jeden – jazgocze szczekliwie, przekrzywiając głowę jak pies w obroży.

– Nie po tom brata odzyskał, żeb' go drugi raz przez ciebie stracić! Kargul przez chwilę oniemiał: czy mógł się spodziewać takiego obrotu sprawy? Przecież jeszcze rano wspólnie ustalali taktykę, wspólnie wybierali miejsce w sadku Karguli, gdzie mają stanąć stoły dla sproszonych na chrzciny gości. Miał to być dzień wielkiego pojednania, a oto widzi za płotem ziejących nienawiścią dwóch braci Pawlaków.

– Ty, Pawlak, od nowa nie zaczynaj, bo wy już kosą zaczęli -grzmi swoim śpiewnym basem Władysław Kargul. Cała jego rodzina – żona Aniela w sukni z koronkowym kołnierzem, dorośli synowie i ich żony-zwarli się przy nim, świadcząc o swojej gotowości podjęcia walki po słusznej stronie.

– Ja zacząłem – John wali pięścią na wysokości serca w kraciastą marynarkę, aż zadudniło. W tym geście i słowach pobrzmiewa duma i poczucie moralnej słuszności, która domaga się uznania.

– A ja skończę – uzupełnia skwapliwie Kaźmierz, aby tylko tą gotowością przekonać Jaśka, że tak naprawdę ważne jest to, co dzieli Pawlaków z Kargulem, a nie to, co łączy.

– Awo patrzaj, jaki to chabaź- Kargul wykrzywia się w pogardliwym grymasie, żeby tylko Pawlak nie miał wątpliwości, jak nisko sobie Władysław ceni jego pogróżki.

– A tobie kto kazał brać tutaj chałupę ze mną przez płot, a?

– A tobie ki czort kazał na trzy palce w Krużewnikach naszej ziemi odciąć?! – Kaźmierz szarpie sztachety, licząc, że jakaś słabsza puści i będzie miał czym przekonać Kargula o swojej słuszności.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)