Faraon
- Автор: Прус Болеслав
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Faraon». Краткое содержание книги:
Kilka dni po weselu Tutmozis przepędził w towarzystwie Hebron w pałacyku darowanym mu przez jego świątobliwość. Ale każdego wieczora przychodził do koszar gwardii, gdzie w towarzystwie oficerów i tancerek bardzo wesoło przepędzał noce.
Z tego zachowania koledzy domyślili się, że Tutmozis poślubił Hebron tylko dla posagu, co wreszcie nikogo nie dziwiło.
Po pięciu dniach Tutmozis przyszedł do faraona i oświadczył, że może na powrót objąć służbę. Skutkiem czego odwiedzał swoją małżonkę tylko przy świetle słonecznym, a w nocy czuwał przy komnacie pana.
Jednego wieczora rzekł mu faraon:
— Pałac ten ma tyle kątów do podglądania i podsłuchiwania, że każda moja czynność jest śledzona. Nawet do czcigodnej matki mojej znowu odzywają się tajemnicze głosy, które już umilkły były w Memfis, gdym rozpędził kapłanów…
Tym sposobem — ciągnął pan — nie mogę nikogo przyjmować u siebie, ale muszę opuszczać pałac i w miejscu bezpiecznym naradzać się ze sługami moimi…
— Mam iść za waszą świątobliwością? — spytał Tutmozis widząc, że faraon ogląda się za płaszczem.
— Nie. Musisz zostać tutaj i pilnować, aby nikt nie wchodził do mojej komnaty. Nikogo też nie wpuszczaj, choćby to była matka moja, a nawet cień wiecznie żyjącego ojca… Powiesz, że śpię i że nie chcę widzieć się z nikim.
— Stanie się, jak rzekłeś — odparł Tutmozis wkładając na pana płaszcz z kapturem.
Potem zgasił światło w sypialni, a faraon wyszedł bocznymi korytarzami.
Znalazłszy się w ogrodzie Ramzes przystanął i z uwagą rozejrzał się w okolicy. Następnie widać zorientowawszy się, począł szybko iść w stronę pałacyku ofiarowanego Tutmozisowi.
Po kilku minutach drogi w cienistej alei ktoś przed nim stanął i zapytał:
— Kto idzie?…
— Nubia — odpowiedział faraon.
— Libia — rzekł pytający i nagle cofnął się, jakby przestraszony.
Był to oficer gwardii. Władca przypatrzył mu się i zawołał:
— Ach, to Eunana!.. Co tu robisz?
— Obchodzę ogrody. Robię to każdej nocy po parę razy, gdyż zakradają się niekiedy złodzieje.
Faraon pomyślał i rzekł:
— Roztropnie czynisz. Lecz zapamiętaj sobie, że pierwszym obowiązkiem gwardzisty jest milczeć… Złodzieja wypędź, ale gdybyś spotkał jaką dostojną osobę, nie zaczepiaj jej i milcz, zawsze milcz:..
Choćby to… był sam arcykapłan Herhor…
— O panie! — zawołał Eunana — tylko nie rozkazuj mi składać w nocy hołdu Herhorowi albo Mefresowi… Nie wiem, czy na ich widok miecz sam nie wydarłby mi się z pochwy…
Ramzes uśmiechnął się.
— Twój miecz jest moim — odparł — i tylko wtedy może wyjść z pochwy, kiedy ja rozkażę…
Skinął głową Eunanie i poszedł dalej.
Po kwadransie błądzenia mylnymi ścieżkami faraon znalazł się w pobliżu altany ukrytej w gąszczach. Zdawało mu się, że usłyszał szelest, i cicho zapytał:
— Hebron?…
Naprzeciw niemu wybiegła figura odziana również w ciemny płaszcz. Przypadła do Ramzesa i zawisła mu na szyi szepcząc:
— To ty, panie?… to ty?… Jakże długo czekałam…
Faraon poczuł, że wysuwa mu się z objęć; wziął ją na ręce i zaniósł do altany. W tej chwili spadł z niego płaszcz. Ramzes przez chwilę ciągnął go, lecz w końcu zostawił.
Na drugi dzień czcigodna pani Nikotris wezwała do siebie Tutmozisa. Ulubieniec faraona aż zląkł się spojrzawszy na nią. Królowa była strasznie blada; oczy miała zapadnięte, prawie błędne.
— Siądź — rzekła wskazując mu stołeczek obok swego fotelu.
Tutmozis zawahał się.
— Siądź… i… — przysięgnij, że nikomu nie powtórzysz tego, co ci powiem…
— Na cienie mego ojca… — rzekł.
— Słuchaj — mówiła królowa cicho — byłam dla ciebie prawie matką… Gdybyś więc zdradził tajemnicę, bogowie skaraliby… Nie… Oni tylko zwaliliby na twoją głowę część tych klęsk, jakie wiszą nad moim rodem…
Tutmozis słuchał zdumiony.
„Obłąkana?..” — pomyślał z trwogą.
— Spojrzyj na to okno — ciągnęła — na to drzewo… Czy wiesz, kogo dziś w nocy widziałam na tym drzewie, za oknem?..
— Miałżeby przyjechać do Tebów przyrodni brat jego świątobliwości?…
— To nie był tamten — szeptała łkając. — To był on sam…. mój syn… mój Ramzes!..
— Na drzewie?… dziś w nocy?…
— Tak!.. światło pochodni doskonale padało na jego twarz i postać… Miał kaftan w białe i niebieskie pasy… obłąkane spojrzenie… śmiał się dziko jak tamten nieszczęsny jego brat i mówił: „Patrz, matko, ja już umiem latać, czego nie potrafił ani Seti, ani Ramzes Wielki, ani Cheops… Patrz, jakie wyrastają mi skrzydła!..”
Wyciągnął do mnie rękę, i ja, nieprzytomna z żalu, dotykałam przez okno jego rąk, jego twarzy oblanej zimnym potem… Wreszcie zsunął się z drzewa i uciekł.
Tutmozis słuchał przerażony. Nagle uderzył się w czoło.
— To nie był Ramzes! — odparł stanowczo. — To był człowiek bardzo podobny do niego, podły Grek, Lykon, który zabił mu syna, a dziś znajduje się w mocy arcykapłanów… To nie Ramzes!.. To występek tych nikczemników, Herhora i Mefresa…
Na twarzy królowej błysnęła nadzieja, lecz tylko na chwilę.
— Czyliżbym nie poznała mego syna?…
— Lykon ma być nadzwyczajnie podobny — rzekł Tutmozis., — To sprawa kapłanów… Nikczemni!.. Śmierci za mało dla nich…
— Więc faraon spał dzisiejszą noc w domu? — nagle zapytała pani.
Tutmozis zmięszał się i spuścił oczy.
— Więc nie spał?…
— Spał… — orzekł niepewnym głosem ulubieniec.
— Kłamiesz!.. Ale powiedz mi przynajmniej, czy nie miał kaftana w białe i niebieskie pasy?…
— Nie pamiętam… — szepnął Tutmozis.
— Znowu kłamiesz… A ten płaszcz… powiedz, że to nie jest płaszcz mego syna… Mój niewolnik znalazł go na tym samym drzewie…
Pani zerwała się i wydobyła ze skrzyni brunatny płaszcz z kapturem. Jednocześnie Tutmozis przypomniał sobie, że faraon wrócił po północy bez płaszcza, a nawet tłomaczył się przed nim, że płaszcz zginął mu gdzieś w ogrodzie…
Wahał się, myślał, w końcu odparł stanowczo:
— Nie, królowo. To nie był faraon… To był Lykon i zbrodnia kapłanów, o której natychmiast trzeba powiedzieć jego świątobliwości…
— A jeżeli to Ramzes?… — znowu spytała pani, choć w jej oczach już było widać iskrę nadziei.
Tutmozis stropił się. Domysł jego co do Lykona był mądry i mógł być słuszny; lecz nie brakło poszlak, że królowa widziała Ramzesa. Wszak wrócił do swego mieszkania po północy, miał kaftan w białe i niebieskie pasy, zgubił płaszcz… Wszakże jego brat już był obłąkany, a wreszcie — czy w tym wypadku mogłoby omylić się serce matki?..
I oto naraz w duszy Tutmozisa zbudziły się wątpliwości skłębione i zmotane jak gniazdo jadowitych wężów.
Szczęściem, w miarę jak on wahał się, w serce królowej wstępowała otucha.
— Dobrze, że przypomniałeś mi tego Lykona… Pamiętam!.. Przez niego Mefres posądził Ramzesa o dzieciobójstwo, a dziś — może posługuje się nędznikiem do zniesławienia pana…
W każdym razie ani słowa nikomu o tym, co ci powierzyłam… Gdyby Ramzes… gdyby naprawdę uległ takiemu nieszczęściu, może to być chwilowe… Niepodobna upakarzać go rozgłaszaniem podobnych wieści, a nawet niepodobna zawiadamiać go o tym!.. Jeżeli zaś jest to zbrodnia kapłanów, musimy być również ostrożni. Chociaż ludzie, którzy uciekają się do takich oszustw, nie mogą być silni.