Dworzec Perdido [Perdido Street Station]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dworzec Perdido [Perdido Street Station]». Краткое содержание книги:
Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów…
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mievillea – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku. Jacek Dukaj
Lecz Isaac był tak zmęczony, że nie mógł już myśleć, a kłamstwa, które zamierzał wypowiedzieć, przyprawiały go o ciężkie mdłości. Protest Andreja ucichł na dobre, kiedy uczony podszedł do niego i z łatwością zatkał usta mężczyzny kawałkiem znalezionej szmaty, a następnie związał go sznurem wydobytym spod sterty śmieci i ułożył – możliwie najwygodniej – pod ścianą z szorstkich desek. Zmuszony do oddychania przez nos starzec posmarkał się natychmiast, pojękując i stękając w niemym przerażeniu.
Isaac próbował spojrzeć mu w oczy, przeprosić jakoś, wyrazić współczucie, ale Andrej nie słyszał go, ogarnięty nie kontrolowaną paniką. Grimnebulin odwrócił się, czując odrazę do samego siebie, a wtedy Derkhan spojrzała na niego z wdzięcznością i szybko uścisnęła jego rękę, zadowolona, że wreszcie ktoś zechciał wziąć na swoje barki część ciężaru, który tak ją przytłaczał.
Mieli sporo do zrobienia.
Isaac rozpoczął ostatnie obliczenia, raz po raz spoglądając z rozpaczą na zakneblowanego Andreja, który popiskiwał z cicha w kącie pod ścianą.
W krótkich, nerwowo szeptanych słowach wyjaśniał Derkhan i Yagharkowi istotę problemu, z którym się zmagał.
A potem, spoglądając na poobijane części maszyn analitycznych, pochylał się nad notatkami. Sprawdzał kilkakrotnie wszystkie obliczenia, porównując wyniki z kolumnami liczb, które wydrukowała dla niego Rada. Wyciągnął z ukrycia jądro swej maszyny kryzysowej: tajemniczy mechanizm, którego umyślnie nie oddał na przechowanie Radzie Konstruktów. Był to szczelnie zamknięty silnik, pełen gęsto splecionych kabli oraz elyktrostatycznych i taumaturgicznych obwodów.
Oczyścił go starannie, sprawdzając stan wszystkich części ruchomych.
Szykował do akcji i sprzęt, i siebie.
Kiedy Pengefinchess powróciła nie wiadomo skąd, spojrzał na nią tylko przelotnie. Mówiła cicho, nie patrząc nikomu w oczy. Sposobiła się do wyjścia, po raz ostatni sprawdzając broń. Naoliwiła łuk, by nie zaszkodził mu kontakt z wodą. Wreszcie zapytała, co się stało z pistoletem Shadracha, i cmoknęła z żalem, kiedy Grimnebulin odpowiedział, że nie wie.
– Szkoda. To był potężny gnat – mruknęła w zamyśleniu, spoglądając przez okno nieobecnym wzrokiem. – Wzmocniony zaklęciem. Wyjątkowo dobry…
Isaac kazał jej przestać. Zanim wyszła, raz jeszcze – wraz z Derkhan – poprosił ją o pomoc. Vodyanoi odwróciła się i po raz pierwszy spojrzała na Andreja. Ignorując błagania towarzyszy, zażądała wyjaśnień. Derkhan odciągnęła ją od przerażonego starca i pokrótce wyjaśniła plan działania.
Na koniec raz jeszcze poprosiła Pengefinchess o wykonanie ostatniego zadania. Nie mogła kupić jej usług, mogła jedynie błagać.
Isaac słuchał jej nieuważnie, a potem w ogóle wyłączył się i skoncentrował na pracy, na skomplikowanych zadaniach z matematyki kryzysowej.
Andrej niestrudzenie pojękiwał w kącie.
ROZDZIAŁ 48
Tuż przed czwartą po południu, kiedy szykowali się do wyjścia, Derkhan objęła i przytuliła mocno najpierw Isaaca, a potem Yagharka. Wahała się tylko przez ułamek sekundy, zanim przycisnęła do siebie garudę, który wprawdzie nie odwzajemnił gestu, ale i nie odsunął jej siłą.
– Zobaczymy się na miejscu – szepnęła.
– Wiesz, co masz robić? – upewnił się Isaac. Derkhan skinęła głową i popchnęła go w kierunku drzwi.
Grimnebulin przystanął i westchnął ciężko, wiedząc, że teraz czeka go najtrudniejsza część zadania. Spojrzał na Andreja, który leżał wciąż spętany i sparaliżowany strachem, rozglądając się szeroko otwartymi oczami sponad zaślinionego i zasmarkanego knebla.
Musieli go przenieść, i to tak, żeby nie narobił hałasu.
Naradził się w tej sprawie z Yagharkiem, szepcząc, aby nie przerazić starca. Nie mieli środków usypiających, a Isaac nie był biotaumaturgiem; nie potrafił przytknąć palców do czaszki Andreja i tak po prostu na jakiś czas wyłączyć jego świadomości.
Byli więc zmuszeni odwołać się do bardziej barbarzyńskich metod znanych Yagharkowi.
Garuda pomyślał przelotnie o arenach, na których dla wprawy toczył „mleczne walki” – takie, w których jedyną karą za przegraną był ból, podporządkowanie lub utrata przytomności, nie zaś śmierć. Przypomniał sobie techniki, które wtedy ćwiczył na ludziach i innych istotach.
– To starzec! – syknął ostrzegawczo Grimnebulin. – Do tego umierający… Jest słaby. Bądź delikatny.
Yagharek podszedł wolno do chorego mężczyzny, który wpatrywał się w niego zmęczonym, pełnym lęku wzrokiem.
Chwilę później garuda przyklęknął na jedno kolano i lewą ręką unieruchomił głowę Andreja, który wybałuszył oczy z przerażenia i mimo duszącego knebla próbował krzyczeć. Isaac nie mógł się oprzeć temu spojrzeniu: patrzył, dręczony poczuciem winy, na starego człowieka, który musiał w tym momencie wierzyć, że jego życie za moment dobiegnie końca.
Prawy łokieć Yagharka zakreślił w powietrzu krótki łuk i z brutalną precyzją huknął w miejsce poniżej potylicy starca, tam gdzie głowa stykała: się z karkiem. Z krtani Andreja wyrwało się krótkie, stłumione szczeknięcie, podobne do odgłosu wymiotowania. Jego oczy odwróciły się białkami na zewnątrz, a powieki opadły bezwładnie. Yagharek nie pozwolił, by głowa chorego odchyliła się w niekontrolowany sposób. Przez moment jeszcze dociskał kościsty łokieć do sflaczałej skóry, w myśli odliczając sekundy.
Wreszcie poczuł, że ciało Andreja zwiotczało całkowicie.
– Obudzi się – oznajmił. – Może za dwadzieścia minut, a może za dwie godziny. Muszę go obserwować. Będę mógł powtórzyć ten zabieg, ale trzeba uważać. Jeśli przesadzimy, jego mózg umrze z niedokrwienia.
Razem z Isaakiem owinęli nieruchomego Andreja w brudne szmaty i chwycili go pod ramiona, tak by stał pomiędzy nimi. Wyniszczone wieloletnią chorobą ciało było szokująco lekkie.
Zgodnym krokiem przeszli kawałek dalej i wolnymi rękami chwycili wspólnie wór ze sprzętem. Unieśli go ostrożnie, z nabożeństwem, jak relikwię albo ciało świętego.
Nadal mieli na sobie absurdalne, żebracze przebrania. Ciemna twarz Isaaca, widoczna pod obszernym kapturem, usiana była strupami po niedawnym, brutalnym goleniu. Yagharek owinął swoją głowę jeszcze szczelniej, pozostawiając między szmatami jedynie wąską szczelinę na wysokości oczu. W śmierdzących łachmanach wyglądał jak trędowaty, który usiłuje ukryć rozpadające się ciało.
Trzy zamaskowane postacie przypominały karawanę włóczęgów, wędrowną trupę bezdomnych żebraków.
Stanąwszy przy drzwiach, Isaac i Yagharek odwrócili się jeszcze, by gestem pożegnać Derkhan. Grimnebulin spojrzał na Pengefinchess, która obojętnie przyglądała się ich poczynaniom. Z wahaniem skinął ręką i uniósł brwi, jakby chciał zapytać: „Czy jeszcze się zobaczymy? Pomożesz nam?” Kobieta-vodyahoi machnęła płetwiastą dłonią w niezobowiązującym geście pożegnania i spuściła wzrok.
Isaac zacisnął zęby i odwrócił się.
Po chwili zaczęli z Yagharkiem niebezpieczną wędrówkę przez miasto.
Nie zaryzykowali przeprawy po moście kolejowym. Bali się, że któryś z nadgorliwych maszynistów mógłby zrobić coś więcej, niż zatrąbić na nich syreną lokomotywy i buchnąć parą z kotła. Mógłby na przykład przyjrzeć się im, zapamiętać i zameldować przełożonym na stacjach Sly albo Bazarze Śliny, a może i Perdido, że trzej głupcy wdarli się na tory i zmierzają wprost ku katastrofie.
Nie mogli sobie pozwolić na spotkanie z milicją. Wybrali więc drogę w dół, po stromej skarpie, z całych sił podtrzymując ciało Andreja, które za wszelką cenę pragnęło stoczyć się ku pustemu, twardemu chodnikowi.