Pianista [= Śmierć miasta]
- Автор: Шпильман Владислав
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Pianista [= Śmierć miasta]». Краткое содержание книги:
Władysławowi Szpilmanowi, polskiemu Żydowi, który przed Drugą Wojną Światową pracował jako Pianista w Polskim Radiu nie udało się uniknąć koszmaru Holokaustu – zdołał jednak, jako jeden z nielicznych Żydów, ocalić swe życie. Wszystkie lata wojny spędził w okupowanej przez faszystów Warszawie; początkowo mieszkając wraz z rodziną w getcie, a potem, gdy rozpoczęły się masowe mordy, ukrywając się w coraz gorszych warunkach przed bezlitosnymi hitlerowcami. Swoje wojenne wspomnienia spisał wkrótce po wyzwoleniu Polaków, a wydane zostały one po raz pierwszy w 1946 r. Niestety, nie obeszło się bez znacznej ingerencji cenzury. Oryginalna wersja pamiętnika Szpilmana była zapomniana przez pięćdziesiąt lat, aż wreszcie ukazała się w Niemczech w 1998 r. Błyskawicznie wspięła się na szczyty list bestsellerów, wywołując poruszenie społeczeństw na całym globie. Recenzowane tu wydanie jest pierwszą polską, wolną od cenzury publikacją wspomnień Władysława Szpilmana.
31. sierpnia 1939 roku nie było w Warszawie już prawie nikogo, kto byłby zdania, że wojny z Niemcami można jeszcze uniknąć, i tylko niepoprawni optymiści byli przekonani, że Hitler przestraszy się nieprzejednanej postawy Polski. Ich optymizm był przejawem oportunizmu, wiary pozbawionej wszelkiej logiki, że do wybuchu wojny nie dojdzie i że będzie można nadal żyć w spokoju; życie było przecież takie piękne.
Pianista to wierny opis warszawskiej rzeczywistości z lat 1939-1945. Narratorem jest Żyd nieustannie zagrożony śmiercią z rąk faszystów, więc dziwić może fakt, że książka jest napisana bardzo obiektywnie i zawiera niezwykle umiarkowaną dawkę sensacyjności. Wolf Biermann pisze zresztą w posłowiu: Czytelnicy z pewnością zauważą sami; mimo że pamiętnik ten pisany był na gorąco, gdyż powstał, gdy ruiny jeszcze dymiły, gdy tlił się jeszcze popiół światowej pożogi, to język, jakiego używa Władysław Szpilman jest zadziwiająco powściągliwy. Autor z melancholijnym niemal dystansem opisuje to wszystko, co właśnie przeżył. Mimo wszelkich okropieństw, jakich Szpilman doświadczył w czasie wojny, ani razu nie usiłuje on wyrazić swojego uczucia nienawiści czy chęci zemsty. Pianista to literatura faktu. Autor relacjonuje autentyczne wydarzenia, ale ich osąd czy wyciąganie wniosków pozostawia nam. W moich oczach owa rzeczowość książki jest jedną z jej największych zalet.
Wypiliśmy kawę i chcieliśmy zacząć grać. Usiadłem do fortepianu otoczony grupą wrażliwych słuchaczy, którzy umieli ocenić przyjemność jakiej za chwilę mieliśmy doznać. Po mojej prawej stronie ustawił się skrzypek, z lewej zaś strony siedziała młoda, śliczna przyjaciółka Reginy, która miała przewracać kartki nut. Czego mogło mi jeszcze brakować do szczęścia? Czekaliśmy jeszcze na Halinę, która musiała wyjść na chwilę do sklepu na dół, by gdzieś zadzwonić. Wróciła, niosąc wydanie specjalne jednej z gazet. Wielkimi literami, chyba największymi z tych, które były w dyspozycji drukarni, napisano na pierwszej stronie dwa słowa: PARYŻ ZDOBYTY!
Oparłem głowę o fortepian i wybuchnąłem po raz pierwszy w czasie tej wojny płaczem.
Pianista przedstawia nam Warszawę w przededniu i w pierwszych tygodniach wojny. Opisuje zajęcie stolicy przez gestapowców i początkowe relacje Polaków z Niemcami. Opowiada o pierwszych prześladowaniach Żydów i o tworzeniu getta, o panującym w nim głodzie i nędzy. Książka relacjonuje w dalszej kolejności wywożenie Żydów w nieludzkich warunkach do komór gazowych na południu kraju. Opowiada o cudownym wyratowaniu Władysława Szpilmana z objęć śmierci, które to zapoczątkowało dla niego drugi etap wojny – okres ukrywania się przed Niemcami, czas jeszcze większej niepewności, jeszcze większego strachu, jeszcze większej tragedii. Wreszcie opisuje Pianista wybuch powstania warszawskiego, który doprowadził do śmierci miasta i do rozpaczliwych starań Szpilmana o przeżycie wśród wyludnionych, ale nie całkowicie opuszczonych przez niemieckich żołnierzy ruin i zgliszcz. Tragizm zwykle splata się z komizmem, więc w pamiętniku znajdziemy także kilka absurdalnych lub humorystycznych epizodów, których dowcip zostaje jednak przyćmiony przez wszechobecny dramat i w ostatecznym rozrachunku dramat ten tylko uwypukla. Na kartach książki znalazło się także miejsce dla niezwykłego bohaterstwa i szlachetności Janusza Korczaka, zwanego przez swoich małych podopiecznych, z którymi dobrowolnie poszedł na śmierć, Starym Doktorem.
Z pewnością jeszcze w komorze gazowej, gdy gaz dławił już dziecięce krtanie, a strach zajmował w sercach sierot miejsce radości i nadziei, Stary Doktor wysiłkiem szeptał im:
– To nic dzieci! To nic… – by przynajmniej swym małym podopiecznym zaoszczędzić strachu przed przejściem z życia do śmierci.
Pianista udowadnia nam także, że w życiu nigdy nie wolno nie doceniać nam roli przypadku. Historia kapitana Wilma Hosenfelda, oficera Wehrmachtu – jedynego c z ł o w i e k a w niemieckim mundurze – jest nierozerwalnie związana z dramatem Władysława Szpilmana. Bez jego pomocy autorowi prawdopodobnie nie udałoby się przeżyć ostatnich miesięcy okupacji. Kapitan Hosenfeld wyciągnął pomocną dłoń w kierunku Szpilmana w najbardziej krytycznym momentach ukrywania się przed nazistami. Ratunek przyszedł więc ubrany w niemiecki mundur. Życie zaskakuje czasem równie mocno co fikcja literacka. W recenzowanym przeze mnie wydaniu czytelnik znajdzie fragmenty pamiętnika Wilma Hosenfelda, którego poglądy na ideologię hitlerowską różniły się diametralnie od poglądów statystycznego niemieckiego żołnierza. Wolf Biermann w swym posłowiu stara się złożyć pomost pomiędzy postacią owego wyjątkowego – wyjątkowego, jak na czasy i miejsce, w którym żył – człowieka a opowieścią Szpilmana.
– Wstawać!
Podnieśli się tak szybko, jak tylko mogli, z wyjątkiem ojca rodziny, staruszka ze sparaliżowanymi nogami. Podoficer kipiał ze wściekłości. Zbliżył się do stołu, oparł oń obiema rękami, wbił sztywne spojrzenie w sparaliżowanego i wrzasnął:
– Wstawać!
Stary człowiek wsparł się mocno na poręczach, podejmując rozpaczliwe wysiłki, lecz bez skutku. Nim zdążyliśmy zorientować się w sytuacji, Niemcy rzucili się na niego, poderwali go z fotelem w górę, wynieśli na balkon i zrzucili z trzeciego piętra na ulicę.
O Pianiście trudno napisać coś więcej. To książka godna polecenia absolutnie każdemu, ale w gruncie rzeczy nie potrzebuje ona żadnego komentarza. Przejrzyście napisana, jest łatwa i zarazem wstrząsająca w lekturze. To jeden z tych tytułów, które czyta się jednym tchem. Jej prawdziwość trzyma w napięciu i nigdzie nie pozwala czytelnikowi na obojętność. Warto powtórzyć za Romanem Polańskim: Pianista jest świadectwem ludzkiej wytrzymałości w obliczu śmierci oraz hołdem dla siły muzyki i chęci życia. Łamiąc wiele stereotypów jest historią opowiedzianą bez cienia żądzy zemsty.
Holokaust miał miejsce ponad pół wieku i dla osób z mojego pokolenia to dość odległa przeszłość. Nie uważam jednak, żeby wolno nam było o nim zapomnieć. Będzie musiało minąć jeszcze dużo czasu, zanim będzie on miał prawo stać się tylko pojęciem. Dobrze, że istnieją dzieła takie jak Pianista, które każą nam pamiętać.
Borys Jagielski
Znacznie później miałem się dowiedzieć, że tysiąc złapanych wtedy mężczyzn wywieziono z getta bezpośrednio do obozu w Treblince, aby wypróbować na nich skuteczność świeżo wybudowanych komór gazowych i pieców krematoryjnych.
I znów minął miesiąc zupełnego spokoju, aż do tego pamiętnego wieczoru czerwcowej rzezi w getcie. Byliśmy jak najdalsi od tego, aby podejrzewać, co miało nastąpić. Było gorąco, więc po kolacji podnieśliśmy zacieniające rolety i otworzyliśmy szeroko okna, żeby pooddychać trochę świeżym, wieczornym powietrzem. Samochód gestapo podjechał przed stojący naprzeciwko dom w takim tempie i tak szybko padły strzały ostrzegawcze, że zanim udało nam się wstać od stołu i podbiec do okna, brama tego domu była już szeroko otwarta, a z jego wnętrza dobiegał wrzask SS-manów. Otwarte okna były zaciemnione, jednakże dawało się wyczuć panujący tam ruchliwy niepokój, a wystraszone twarze wynurzały się z ciemności i znów szybko w niej znikały. Światła zapalały się piętro za piętrem, w miarę jak Niemcy wbiegali schodami na górę. Naprzeciwko nas mieszkała rodzina kupiecka, którą dobrze znaliśmy z widzenia. Gdy i tam rozbłysło światło i SS-mani w hełmach, z gotowymi do strzału karabinami maszynowymi wtargnęli do pokoju, mieszkańcy siedzieli, tak jak i my jeszcze przed chwilą, przy stole, nie poruszając się z przerażenia. Dowodzący oddziałem podoficer odebrał to jako osobistą obrazę. Aż odebrało mu mowę z oburzenia. Stał oniemiały, ogarniając spojrzeniem siedzących przy stole i dopiero po upływie chwili wrzasnął rozzłoszczony:
– Wstawać!
Podnieśli się tak szybko, jak tylko mogli, z wyjątkiem ojca rodziny, staruszka ze sparaliżowanymi nogami. Podoficer kipiał z wściekłości. Zbliżył się do stołu, oparł oń obiema rękami, wbił sztywne spojrzenie w sparaliżowanego i ponownie wrzasnął:
– Wstawać!
Stary człowiek wsparł się mocno na poręczach, podejmując rozpaczliwe wysiłki, lecz bez skutku. Nim zdążyliśmy zorientować się w sytuacji, Niemcy rzucili się na niego, poderwali go z fotelem w górę, wynieśli na balkon i zrzucili z trzeciego piętra na ulicę.
Matka krzyknęła, zasłaniając sobie oczy. Ojciec odbiegł od okna daleko w głąb pokoju. Halina pośpieszyła ku niemu, a Regina objęła matkę ramieniem i powiedziała rozkazującym tonem całkiem głośno i bardzo wyraźnie:
– Spokój!
Nie mogliśmy z Henrykiem oderwać się od okna. Widzieliśmy starca, gdy wisiał jeszcze przez sekundą w fotelu nad ulicą, a później, gdy z niego wypadł, usłyszeliśmy osobno uderzenie fotela o bruk i odgłos chlaśnięcia ludzkiego ciała o płyty chodnikowe. Staliśmy w bezruchu, niezdolni do cofnięcia się czy też do odwrócenia wzroku od tego, co tam się działo. Jednocześnie SS-mani wyprowadzali już parą tuzinów mężczyzn na ulicą. Włączyli reflektory samochodowe, zmusili złapanych do ustawienia się w ich świetle, włączyli silnik i kazali tym ludziom biec przed siebie w białym kręgu światła. Z okien domu słychać było spazmatyczne krzyki i w tym samym momencie oddano z samochodu serię strzałów z karabinu maszynowego. Biegnący przed autem kolejno upadali, podrywani w górę kulami, przewracając się przez głowę lub kręcąc w koło, jakby przekroczenie granicy życia i śmierci musiało być związane z wykonaniem niezwykle trudnego i zawiłego skoku. Tylko jednemu z nich udało się wydostać z kręgu światła. Biegł ze wszystkich sił i wydawało nam się, że zdoła dotrzeć do najbliższej przecznicy. Jednakże samochód miał przygotowany na taką sytuację wysoko umocowany ruchomy reflektor. Włączono go, wyszukano uciekiniera, padły strzały i on też podskoczył do góry: uniósł ręce nad głową, wygiął się w skoku do tyłu i upadł na plecy.
SS-mani wsiedli do samochodu i ruszyli do przodu, przejeżdżając przez zwłoki, na których pojazd nieznacznie się zatrząsł, jak na jakichś małych wybojach.
Tej nocy zastrzelono w getcie stu mężczyzn, jednakże akcja ta nie wywarła już na nikim tak silnego wrażenia jak poprzednia. Sklepy i kawiarnie następnego dnia były otwarte normalnie.
Ludzie interesowali się poza tym czymś innym: codziennym zajęciem Niemców stało się teraz filmowanie. Dlaczego? Wbiegali do restauracji, rozkazywali kelnerom zastawiać stoły najlepszym jedzeniem i trunkami, ludziom w lokalu kazali uśmiechać się, jeść i pić, a widowisko to utrwalali na taśmie. Filmowali w kinie „Femina” na Lesznie wystawiane tam operetki i raz w tygodniu odbywające się również tam koncerty symfoniczne pod batutą Mariana Neuteicha. Przewodniczącemu Gminy Żydowskiej polecili wydanie wystawnego przyjęcia i zaproszenie na nie wszystkich ważniejszych osobistości getta, po czym i to przyjęcie sfilmowano. Pewnego dnia spędzono grupę mężczyzn i kobiet do łaźni, kazano im rozebrać się do naga i myć we wspólnym pomieszczeniu, a i tę dziwną scenę dokładnie filmowano. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że filmy te przeznaczone były dla Niemców w Rzeszy oraz dla zagranicy. Miały one zadać kłam niepokojącym plotkom, w razie gdyby w przeddzień likwidacji getta jakiekolwiek wiadomości przeciekły na zewnątrz. Miały one świadczyć o tym, że Żydzi dobrze się mieli w Warszawie, że są pozbawieni moralności i niegodni szacunku, skoro mężczyźni i kobiety kąpią się wspólnie, bezwstydnie obnażając się jedni na oczach drugich.
Mniej więcej w tym samym czasie, coraz częściej, zaczynały krążyć po getcie różne coraz bardziej niepokojące wieści. Były jak zwykle pozbawione źródeł i nie udało się znaleźć ich autora albo kogoś, kto mógłby potwierdzić, że oparte są na prawdziwych zdarzeniach. Mimo to uchodziły za sprawdzone. Po prostu pewnego dnia zaczynano opowiadać o tym, jak straszne, na przykład, są warunki życia w getcie łódzkim, gdzie zmuszono Żydów do wprowadzenia w obieg ich własnych, żelaznych pieniędzy, za które nic poza gettem nie mogli kupić i teraz tysiącami umierali z głodu. Niektórych takie wiadomości chwytały za serce, inni zaś słuchali tego jednym, a wypuszczali drugim uchem. Po dłuższym czasie przestano mówić o Łodzi, a zaczęto o Lublinie i Tarnowie, gdzie podobno wytruto Żydów gazem, w co zresztą nikt nie chciał uwierzyć. Bardziej wiarygodna wydawała się plotka o tym, że getta żydowskie w Polsce miały ograniczyć się do czterech wielkich skupisk w Warszawie, Lublinie, Krakowie i Radomiu. Potem na odmianę zaczynano gadać o przeniesieniu Getta Warszawskiego na wschód, w transportach po sześć tysięcy ludzi dziennie. Zdaniem niektórych za przeprowadzenie tej akcji zabrano by się już dawno, gdyby nie tajemnicza konferencja w zarządzie Gminy, podczas której udało się przekonać gestapo – z pewnością za pomocą łapówki – aby z naszego przesiedlenia zrezygnowało.
18 czerwca, w sobotę, mieliśmy z Goldfederem w kawiarni „Pod Fontanną” przy ulicy Leszno wziąć udział w koncercie na rzecz znanego pianisty Leona Boruńskiego, laureata Konkursu Chopinowskiego, który chory na gruźlicę i bez środków do życia przebywał w getcie otwockim. Ogródek kawiarniany był przepełniony.
Zebrało się blisko czterysta osób elity i pseudoelity towarzyskiej. Poprzedniej „imprezy masowej” nikt już tu nie wspominał, a jeśli wśród ludzi panowało poruszenie, to tylko z całkiem prozaicznego powodu: eleganckie damy z plutokracji i wytworni parweniusze byli niezwykle ciekawi, czy pani L. przywita się dziś z panią K. Obydwie panie angażowały się w działalność dobroczynną. Aktywnie brały udział w akcjach komitetów, które powstały w wielu co bogatszych domach i miały na celu pomaganie biednym. Taka działalność była o tyle przyjemna, że uruchamiano ją za pomocą częstych balów, na których tańczono, zabawiano się i pito, a osiągnięte przy tym zyski przeznaczano na cele dobroczynne.
Powodem nieporozumień pomiędzy dwiema damami było wydarzenie, które nastąpiło przed kilkoma dniami w „Sztuce”. Obydwie kobiety były bardzo ładne, każda na swój sposób. Nienawidziły się z całego serca i starały się odbić sobie nawzajem adoratorów, pośród których do najatrakcyjniejszych należał Maurycy Kohn gestapowski agent i właściciel linii tramwajowej, człowiek o interesującej, wrażliwej twarzy aktora. Tego wieczoru w „Sztuce” świetnie się obie bawiły. Siedziały przy barze, każda z nich wśród małego kręgu swoich wielbicieli, i starały się nawzajem przelicytować w wyborze najbardziej wyszukanych alkoholi i snobistycznych przebojów, granych na zamówienie przy stolikach przez akordeonistę orkiestry jazzowej. Pierwsza wyszła pani L., nie wiedząc, że idąca ulicą, obrzmiała z głodu kobieta upadła i zmarła w tym czasie bezpośrednio przed drzwiami baru. Oślepiona światłem pani L., wychodząc, potknęła się o zwłoki. Gdy dojrzała trupa, wpadła w szok i nie mogła się uspokoić. Zupełnie inaczej postąpiła pani K., którą zdołano tymczasem o całym zdarzeniu powiadomić. Gdy stanęła w drzwiach, wyrwał się jej okrzyk zgrozy, jednak natychmiast, jakby ogarnięta głębokim współczuciem, podeszła do zmarłej, wyjęła z torebki pięćset złotych i podała je idącemu za nią Kohnowi ze słowami: