Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pierwszy Ziemianin - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierwszy Ziemianin

Электронная книга - «Pierwszy Ziemianin». Краткое содержание книги:

Tarcza słoneczna zeszła już za leżące nad widnokręgiem pasemko wieczornych chmur. Dzień miał się ku końcowi. Mój ostatni dzień na Ziemi… bez względu na to, czy Stanza i jego towarzysz doprowadzą mnie szczęśliwie na orbitę Plutona, czy też tropiący ich mściciele z gwiazd zdążą udaremnić wykonanie planu, którego celem miało być przesunięcie zwrotnicy na torze wszechświata. W tym drugim przypadku będzie to mój ostatni dzień nie tylko na Ziemi…
1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 53
Перейти на страницу:

— Do zobaczenia! — zawołał cicho.

Odwróciłem się. Co właściwie chciał mi powiedzieć tym swoim teatralnym gestem, kiedy pojawił się jako własne przestrzenne odbicie, na zakończenie ostatniego instruktażowego seansu? Co to było, ta fabryka czy osiedle?

Kabina zamknęła się.

— Sacramento — rzuciłem. — Osiedle uniwersyteckie.

— Może byłoby panu wygodniej polecieć biplanem, z Carson City? — usłyszałem dobiegający jakby spod pojazdu głos automatu. — Dowiózłbym tam pana w osiem minut. W przeciwnym razie podróż będzie trwała dość długo.

— Niech trwa — odpowiedziałem. — Chcę być sam — dodałem już swoim normalnym tonem.

— Służę uprzejmie.

Kiedy wysiadłem przed piętrowym domkiem ukrytym wśród starych sosen, Słońce od dawna już ogrzewało kontynenty położone za horyzontem. Było bardzo późno. Mimo to nie wahałem się ani przez chwilę. Nacisnąłem przycisk i niemal od razu usłyszałem szelest kroków na żwirowej dróżce prowadzącej do domu.

— Muszę się zobaczyć z profesorem Amosjanem — powiedziałem, pewny, że mam do czynienia z domowym robotem. — Proszę cię, obudź go i powiedz, że przyszedł Hagert. Lindsay Hagert — powtórzyłem.

Kroki ucichły. Za otwartą furtką zamajaczyła niewysoka, barczysta sylwetka, z pochyloną głową, otoczoną wieńcem gęstych siwych włosów, jaśniejących w mroku, jakby padało na nie światło niewidocznej lampy. To nie był robot.

— Lin? — dobiegł mnie niski, nieco zachrypnięty głos. — Wejdź, wejdź. Uprzedzono mnie, że przyjdziesz. Czekałem na ciebie. Bardzo się cieszę…

Rozdział III

— Tak, tak — powtórzył cicho Amosjan. — Znam ich i znam ich zamiary. Oczywiście nie wiem wszystkiego. Nigdy na przykład nie byłem w tych podziemiach, które tobie już pokazali. Czasami ogarniają mnie wątpliwości, czy są wobec nas zupełnie szczerzy… ale w gruncie rzeczy nie mamy żadnych racjonalnych podstaw, żeby im nie wierzyć. Przeciwnie. Okazali wiele dobrej woli… i wiele ryzykowali, przychodząc do nas. Mówiąc „do nas”, mam na myśli część Rady Naukowej. Jak wiesz, byłem od dawna członkiem-ko-respondentem tej szacownej instytucji, a półtora roku temu nie tylko awansowałem — uśmiechnął się blado — lecz nawet wybrano mnie do Prezydium. Gdyby nie to, spałbym już teraz. Ostatnio wcześnie wstaję… ale mniejsza z tym.

Siedzieliśmy w gabinecie, którego wszystkie cztery ściany zapełniały staroświeckie, drewniane półki z książkami, nierzadko jeszcze papierowymi. Ciemne, mahoniowe regały rozstępowały się tylko w trzech miejscach, okalając szerokie drzwi do ogrodu, przejście prowadzące w głąb domu oraz niski, płytki kominek, który ożywiał mroczny pokój ruchliwymi błyskami ksenonowego — promiennika. Twarz profesora, zagłębionego w wielkim fotelu na wprost mnie, stawała się chwilami ledwie widoczna.

— Skąd oni są? — spytałem półgłosem. — I dlaczego nic się o nich nie wie? Przecież to pasjonująca sprawa… jeśli-naturalnie nie mamy do czynienia z mistyfikacją i to nie tyle kosmiczną, ile komiczną. Przyzna pan, że taka konspiracja wygląda co najmniej podejrzanie? Westchnął.

— Moja odpowiedź na twoje pierwsze pytanie będzie krótka, prawdziwa i, jak większość takich właśnie odpowiedzi, całkowicie niezadowalająca. Brzmi ona: nie wiem. Może jakiś astronom potrafiłby określić współrzędne ich świata… niestety w gronie wtajemniczonych mamy tylko jednego, a i on nie może zaangażować niezbędnego potencjału badawczego, bo musiałby się zdradzić przed swoimi kolegami. Poza tym, jak słyszałem, ustalenie położenia ich ojczystego układu i tak nastręczałoby ogromne trudności, znajduje się on bowiem w obszarach niedostępnych dla najczulszych systemów obserwacyjnych i sond nasłuchowych. Zresztą ta planeta czy planety nie mają nawet nazwy. Oni, oczywiście, określają je jakoś po swojemu, ale ponieważ ich system komunikacji jest dla nas nadal nie rozszyfrowany…

— Jak to? — przerwałem, zdumiony. — Ten Stanza rozmawiał ze mną zupełnie normalnie?…

— Tutaj — Amosjan skinął lekko głową. — Tutaj. U siebie stosują kod oparty na zupełnie innych prawach przenoszenia… no i wyglądają inaczej niż na Ziemi. Wiem, wiem, znowu wracamy do spraw, o które pytałeś. Widzisz, oni są u nas niejako nielegalnie…

— Co? — nie wytrzymałem znowu. — Przecież skoro pan i Rada Naukowa wiecie o ich obecności, skoro, jak pan przed chwilą powiedział, oni sami zgłosili się do was…

— Nie chodzi o nas. Źle mnie zrozumiałeś, Lin. Oni ukrywają się przed swoimi.

— Co?…

— Tak przynajmniej twierdzą… a całe ich postępowanie świadczy o tym, że nie próbują nas oszukiwać. Chociaż tego, naturalnie, nie możemy być całkowicie pewni, ponieważ wiemy o nich akurat tyle, ile sami zechcieli nam powiedzieć…

Odruchowo potarłem dłonią czoło.

— Wybaczy pan, profesorze, ale nie rozumiem — ponownie ogarnęło mnie poczucie zupełnej nierzeczywistości wszystkiego, co dzieje się wokół mnie. Coraz trudniej przychodziło mi porządkować i formułować myśli. Może po prostu byłem zmęczony? — Więc do Rady Naukowej zgłosili się o b c y…

— Nie do Rady. Nie do Rady — przerwał, potrząsając głową. — Była to właściwie wizyta kurtuazyjna, o charakterze niemal pry- watnym, złożona zaledwie pięciu członkom Prezydium. Oficjalnie ich nie ma…

— Ale poszczególni członkowie Prezydium także, czy chcą tego, czy nie, reprezentują Radę i ponoszą ciążącą na niej odpowiedzialność. Pozwoli pan zatem, że pozostanę przy swoim sformułowaniu. Do Rady Naukowej zgłosili się o b c y, oznajmili, że szukają na Ziemi schronienia przed swoimi i to wystarczyło, aby nie tylko udzielono im gościny, ale i oddano do dyspozycji stare, ogromne laboratorium zbrojeniowe, w którym zainstalowali potężne środki techniczne. Czy to doprawdy nie zbyt daleko idąca wielkoduszność… żeby nie użyć ostrzejszego określenia?

Przez twarz Amosjana przebiegła plama słabego światła i zanim zgasła, zdążyłem dostrzec jego uśmiech, z pewnością nie przeznaczony dla moich oczu. Wiedziałem już, co za chwilę usłyszę.

— I tym razem źle mnie zrozumiałeś — rzekł cicho profesor. — My ani nie udzielaliśmy im gościny, ani tym bardziej nie wprowadzaliśmy ich do naszych opuszczonych zakładów zbrojeniowych. Oni nie przyszli prosić nas o cokolwiek. Poinformowali nas jedynie, że są i wtajemniczyli z grubsza w swoje plany. Nie omieszkali dodać, że uznali za słuszne zdekonspirować się przed nami, ponieważ będą im potrzebni ludzie. A przynajmniej jeden człowiek. Oczywiście, jeśli się zgodzi przyjąć ich propozycję. Ale to był jedyny powód, dla którego do nas przyszli.

— I człowiekiem, wybranym przez nich spośród szesnastu miliardów, jestem akurat ja! — wykrzyknąłem półgłosem. — Przepraszam pana — zreflektowałem się. — Oczywiście ten ostatni fakt nie ma tu żadnego znaczenia… chociaż przyznam, że takie wyróżnienie nie budzi we mnie ani cienia dumy, nie mówiąc już o zadowoleniu. Rzecz tylko w tym, że my wszyscy, jako Ziemianie, nie mamy w tej sytuacji powodów do dumy. Dzisiaj rano wtargnął do wynajętego przeze mnie domku nad oceanem przybysz z kosmosu i chociaż niby zachowywał się grzecznie, to jednak zanim mi się pokazał, mimochodem wyłączył mojego robota, a potem w sobie tylko wiadomy sposób tak pokierował moimi myślami, że potulnie zgodziłem się pojechać z nim do tych podziemi, o których panu opowiedziałem, i robiłem tam wszystko, co mi kazał. Teraz natomiast okazuje się, że dokładnie tak, jak ten pojedynczy osobnik postąpił ze mną, tak samo jego społeczność czy cywilizacja, czy niechby tyl ko część tej cywilizacji, potraktowała nas wszystkich, ludzi. Najuprzejmiej w świecie poinformowali Radę, że są, że gospodarują u nas, jak im się żywnie podoba, i że mają jakieś gigantyczne plany, do których realizacji potrzebny im jest człowiek. Całe szczęście, że żywy! Cofam słowo „wielkoduszność”. To po prostu zupełnie niewiarygodna naiwność i… i… — zawahałem się.

1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 53
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)