Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Popioły - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Popioły

Электронная книга - «Popioły». Краткое содержание книги:

Epicki obraz walk narodowowyzwoleńczych Polaków i jednocześnie barwny portret szlachcica hulaki Rafała Olbromskiego. Dzieło, które wyzwala wyobraźnię i nikogo nie pozostawia obojętnym.
Rafał Olbromski ma wszystkie wady i zalety polskiego szlachcica. Odważny, lecz także gwałtowny. Uparcie dąży do celu, tyle że często jest to jedynie słomiany zapał. Indywidualista. Przez brak zdyscyplinowania usunięty ze szkoły, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Kocha się namiętnie w kobietach, ale nie umie utrzymać żadnej przy sobie. Jest za to doskonałym żołnierzem – walecznym, o nieprzeciętnym harcie ducha. Siłę swojego patriotyzmu sprawdzi podczas zażartych bojów toczonych na początku XIX w. o niepodległość Polski i… wielkość budowanego przez Napoleona imperium francuskiego.
„Popioły” Stefana Żeromskiego to powieść pełna zgiełku bitewnego, glorii zwycięstwa, ale też goryczy przegranej i niepotrzebnej bohaterszczyzny. Legiony Dąbrowskiego, kampania włoska, podbój Hiszpanii, wojna 1809 r. to chwalebna walka o suwerenność ojczyzny czy raczej ograniczanie wolności innych narodów?
Żołnierka widziana okiem Żeromskiego jest okrutnym rzemiosłem. Naturalistyczne, niemal turpistyczne opisy w wielu partiach powieści kontrastują z ulotnymi, poetyckimi obrazami. Te zaskakujące zestawienia nadają utworowi niebywałą siłę wyrazu, a rzeczywistość wojenna w nim ukazana porusza głęboko swoim tragizmem.
1 ... 148 149 150 151 152 153 154 155 156 ... 202
Перейти на страницу:

Wzdrygnął się i rozejrzał.

— Ach, umrzeć trzymając w ramionach tę siostrę duszy swej, drżącą i kruchą jak żółty motyl w rubaszną garść złapany! Umrzeć przy tak czujnym sercu nie uczyniwszy mu krzywdy… Czuć jedną młodą duszę, płomieniste zarzewie życia we dwu innych ciałach… Tchnąć własną duszę, umierając, w te usta… Czemuż ci się, siostro, zatrzęsła miękka ręczyna?… — mamrotał głośno słaniając się ze szlochaniem wewnętrznym z kąta w kąt, z kąta w kąt…

— Trzymaj, te — ułan! — wrzasnął mu nad uchem woltyżer.

— Czego?

— Pójdę ja patrzeć, co się dzieje od onego podwórza, bo nas tu zejdą i wyduszą jak gniazdo myszów. A pal celnie, bo ostatnie ładunki nama wychodzą.

Krzysztof chwycił z jego rąk nabity karabin i z furią zaczął strzelać w tłum. Dało mu to zapomnienie o chwilach poprzednich. Głowę miał pełną piachu i dymu, w ustach smak jakby centurii. Odrobina, ochłap głupiej umiejętności, jak broń nabijać, jak się składać, celować i ciągnąć za cyngiel, stanowiła wszystek jego rozum. Mierzył celnie i nad wyraz skutecznie.

Tymczasem woltyżer Krzos wysunął się na schody i znikł w ich mroku. Cedro nie dał jeszcze pięciu strzałów, kiedy tamten wleciał na palcach z wiadomością, że na podwórzu stoją Hiszpany.

— Na dole… — mówił chwytając karabin zabitego towarzysza.

— Lećmy.

Wyszli wszyscy na paluszkach i wrócili na balkon długiego piętra. W istocie, na dnie podwórza kłapały abarki, drewniane trepy aragońskie. Krążyło tam kilku mężczyzn z karabinkami w ręku. Oglądali z krzykiem trupy kobiet wyrzucone za poręcz górnego balkonu. Natychmiast trzech z nich legło na tym miejscu od celnych strzałów polskich, reszta w milczeniu pędziła na górę. Słychać było łoskot drewnianych postołów po schodach. Ukazali się we drzwiach na balkonie drugiego piętra w swych krwawych szmatach na rozczochranych łbach. W skok, tygrysimi susami, oblecieli drewniany balkon drugiego piętra. Wyjąc i gwiżdżąc gnali ku woltyżerom. We drzwiach na główne schody zawrzało. Bratobójczo, pierś w pierś się zwarli. Odpadły karabiny. Nagą garścią! Cedro ujrzał błysk sztyletu toledańskiego. W tej samej chwili Krzos padł jak rażony gromem. Tyłem głowy wyrżnął w kamienny próg i nie drgnął ani razu. Hiszpanów było trzech. Zginęli prędzej, niż tu przybiegli. Dwaj wyrzuceni zostali za poręcz tak samo jak ich rodaczki, a trzeci, zmiażdżony ciosami karabina w łeb, zmienił się po upływie kilku chwil w kupę krwawego mięsa. Wiarusów było teraz tylko pięciu. Ładunków już nie mieli. Na podwórze wchodzili Hiszpanie.

— No, teraz, bracia, nie ma co!

— Do dzieła!

— Drzwi na oścież!

Wielkimi krokami, z pieśnią na ustach rozszalałą zeszli na dół. Poprawili na sobie ładownice, pasy, lederwerki. Przekrzywili czapy. Mocno pod brodą złączyli podpinki. Jeden drugiemu wyprostował czarną kitę na czapce.

— Ułan! chodź we środek.

— Dajcie mi pokój! ja idę osobno, sam!

— Chodź we środek! Ja ci kazuję, ja tu teraz wódz! — rzekł pierwszy z brzegu.

— Karabina niezwyczajny i jeszcze, widzisz go, sam!

— Broń do ataku!

— Marsz!

Zerwali ze drzwi wejściowych od ulicy Engracia żelazną sztabę. Dźwiękła jak miecz katowski żelazna sztaba padając na kamienie. Z trzaskiem rozwarli podwoje.

— Niech żyje Cesarz! — wrzasnęli jak jeden żelaznym krokiem wychodząc w ludzki tłum.

— Na bagnety!

Padli w obrońców barykady i rozwalili tłuszczę jak pękająca bomba. Gdy żółte rabaty zajaśniały na tyłach barykady, wrzask rozpaczy rozległ się na niej. Dosięgli pierwszych worków i sprzętów, tworzących stopnie ulicznego szańca. W skokach, wśród piorunowych czynów bagneta i kolby, wstępowali na górę. Chyżo przysiadając, skacząc, koląc naprzód i w tył, w górę i na dół, młyńcem i sztychem czynili sobie ulicę. Teraz każdy walczył za siebie i za wszystkich pięciu, i za całe wojsko.

Nim Hiszpanie zdążyli zliczyć ich, wtargnęli przemocą na wierzchołek pozycji. Strącali stamtąd obrońców lecąc w podskokach, grzbietem szańca, po kołach i łożach armat jak żółty piorun po zrębach skał. Krzyk podjudzonego męstwa na ich widok buchnął z kolumn szturmujących. Bataliony nadwiślańskie ujrzawszy swoich u mety rzuciły się na barykadę i wpadły na nią wśród zapasów, tratując wrogów na śmierć. Tysiąc luf nabili tymczasem Hiszpanie i tysiąc zmrużonych oczu mierzyło we łby tych pięciu. Runął też na twarz jeden, zachłysnął się krwią i rzygnął nią w biegu drugi, przykląkł trzeci jak kosą podcięty. Cedro, zimnym strachem gnany, z urwaną połową czapki, skrwawiony w dziesięciu miejscach od kontuzji, ślepy od prochu i uniesienia, złaził z barykady wielkimi kroki po worach, trupach, gratach, razem już ze zdobywcami. Pieśń koło niego straszliwa… Widziała go była na czubie niezdobytej poprzecznicy cała kolumna, Lacoste i Chłopicki… Wskazywali go szpadami, prąc, gniotąc i goniąc Hiszpanów ku następnej baterii u wylotu ulicy Engracia, gdzie się już zaczynał biały od słońca, wydłużony plac Cosso.

W miejscu zdobytym ulica Engracia stanowiła wąską szczelinę. Z prawej strony wznosiły się mury szpitala, z lewej olbrzymie czarne mury klasztoru franciszkanów. Wieża zdawała się zwisać nad ciemnym przesmykiem. Zastęp hiszpański, który bronił barykady, nie cofnął się jeszcze w to przejście, lecz podzielony na dwa oddziały, zajął w mgnieniu oka klasztory Panien Jerozolimskich i franciszkański. Cedro wraz z tłumem towarzyszów uderzył na pierwszy z tych konwentów. Furty i bramy były zawalone, ale je wnet wyłamano. Hiszpanie zostali wytępieni bagnetem u wejścia do kościoła, w jego kruchtach i nawach, w przedsionku i korytarzach klasztornych. Gdy Krzysztof wszedł do głównego budynku, który stanowił mieszkanie zakonnic, już te miejsca były zupełnie opanowane. Długie, niezmierne, kręte korytarze, skąd na prawo i na lewo wchodziło się do cel, były zupełnie już puste. Panowała tam ciemność i nieprzyjemna cisza. Łoskot kroku rozbijał się jak gdyby w studni. Krzysztof był śmiertelnie strudzony.

Za jaką bądź cenę pragnął zasnąć przynajmniej na moment czasu. Myślał właśnie, żeby w jednym z tych lochów położyć się pod murem i udawać zabitego, gdy wtem o parę kroków od siebie, na załamaniu przejścia na wyższe piętro, usłyszał okrzyk:

Qui vive?

Dał hasło. Z głębokiego mroku pod światło półokrągłego okna ze starych przepalonych szyb wyszedł oficer z obnażoną szpadą. Cedro pochylił się ku niemu i poznał go od razu.

— Ach, to znowu ten jakiś Wyganowski… Kuzyn… — myślał z niesmakiem.

Kapitan przypatrywał mu się z uśmieszkiem ironii, oglądał go od stóp do głowy. Rzekł wreszcie:

— Widziałem waćpana na barykadzie.

— Bardzo być może.

— Brawo!

— Znalazłem się tam przypadkiem, właściwie wbrew woli.

— Coraz lepiej.

— Zginęli ci, którzy ją zdobyli. Chwała im wieczna! Oni to mię wciągnęli…

— Co do chwały… No tak. Skromność godna zazdrości! Ale mówią głośniej od słów, napisów na papierze, pergaminie i, dajmy na to, piaskowcu — te chlubne czerwone plamy na portkach i butach. Odznaczasz się waćpan, mości Cedro, niepomału. Bijesz Celtyberów aż trzeszczy. Daj tylko jeszcze na tysiąc mszy u mnichów w Burgos, i będzie z ciebie Cyd jak sto tysięcy diabłów! Podobasz mi się.

1 ... 148 149 150 151 152 153 154 155 156 ... 202
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)