Faraon
- Автор: Прус Болеслав
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Faraon». Краткое содержание книги:
Wolę być dziesiętnikiem, wolę być prostym żołnierzem jego świątobliwości aniżeli setnikiem w kapłańskich pułkach. Świnia albo pies może im służyć, nie prawowierny Egipcjanin!..
Ostatnie frazesy Eunana wypowiedział z takim wściekłym gniewem, że faraon rzekł po grecku do Tutmozisa:
— Weź go do gwardii. Oficer, który nie lubi kapłanów, może nam się przydać.
— Jego świątobliwość, pan obu światów, kazał przyjąć cię do swej gwardii — powtórzył Tutmozis.
— Zdrowie i życie moje należy do pana naszego Ramzesa… Oby żył wiecznie! — zawołał Eunana i ucałował dywan leżący pod królewskimi stopami.
Gdy uszczęśliwiony Eunana cofał się tyłem z namiotu, co parę kroków padając na twarz i błogosławiąc władcę, faraon rzekł:
— W gardle łaskotało mnie jego gadulstwo… Muszę ja nauczyć żołnierzy i oficerów egipskich, aby wyrażali się krótko, nie zaś jak uczeni pisarze.
— Bodajby on miał tylko tę jedną wadę!.. — szepnął Tutmozis, na którym Eunana niemiłe zrobił wrażenie.
Pan wezwał do siebie Samentu.
— Bądź spokojny — powiedział do kapłana. — Ten oficer, który szedł za tobą, nie śledził cię.
Jest on za głupi do spełniania tego rodzaju zleceń… Ale może mieć ciężką rękę na wypadek potrzeby!..
No — dodał faraon — a teraz powiedz: co cię skłania do podobnej ostrożności?
— Prawie już znam drogę do skarbca w Labiryncie — odparł Samentu.
Pan potrząsnął głową.
— Ciężka to rzecz — szepnął. — Godzinę biegałem po rozmaitych korytarzach i salach, jak mysz, którą kot goni. I przyznam ci się, że nie tylko nie rozumiem tej drogi, ale nawet nie wybrałbym się na nią sam. Śmierć na słońcu może być wesołą; ale śmierć w tych norach, gdzie kret zabłąkałby się… brr!..
— A jednak musimy znaleźć i opanować tę drogę — rzekł Samentu.
— A jeżeli dozorcy sami oddadzą nam potrzebną część skarbów?… — spytał faraon.
— Nie zrobią tego, dopóki żyje Mefres, Herhor i ich poplecznicy. Wierzaj mi, panie, że tym dostojnikom chodzi o to, ażeby owinęli cię w powijaki jak niemowlę…
Faraon pobladł z gniewu.
— Obym ja nie zawinął ich w łańcuchy!.. Jakim sposobem chcesz odkryć drogę?
— Tu, w Abydos, w grobie Ozirisa znalazłem cały plan drogi do skarbca — rzekł kapłan.
— A skąd wiedziałeś, że on tu jest?
— Objaśniły mnie o tym napisy w mojej świątyni Seta.
— Kiedy żeś znalazł plan?
— Gdy mumia wiecznie żyjącego ojca waszej świątobliwości była w świątyni Ozirisa — odparł Samentu. — Towarzyszyłem czcigodnym zwłokom i będąc na nocnej służbie w sali „odpoczynku” wszedłem do sanktuarium.
— Tobie być jenerałem, nie arcykapłanem!.. — zawołał śmiejąc się Ramzes. — I już rozumiesz drogę Labiryntu?…
— Rozumiałem ją od dawna, a teraz zebrałem wskazówki do kierowania się.
— Czy możesz mi to objaśnić?
— Owszem, nawet przy okazji pokażę waszej świątobliwości plan.
Droga ta — ciągnął Samentu — przechodzi w zygzak cztery razy przez cały Labirynt; zaczyna się na najwyższym piętrze, kończy w najniższym podziemiu i posiada jeszcze mnóstwo zakrętów. Dlatego jest tak długa.
— A jakże trafisz z jednej sali do drugiej, gdzie jest mnóstwo drzwi?…
— Na każdych drzwiach prowadzących do celu znajduje się cząstka zdania:
„Biada zdrajcy, który usiłuje przeniknąć najwyższą tajemnicę państwa i wyciągnąć świętokradzką rękę na majątek bogów. Zwłoki jego będą jak padlina, a duch nie zazna spokoju, lecz będzie się tułał po miejscach ciemnych, szarpany przez własne grzechy…”
— I ciebie nie odstrasza ten napis?
— A waszą świątobliwość odstrasza widok libijskiej włóczni?… Groźby dobre są dla pospólstwa, nie dla mnie, który sam potrafiłbym napisać jeszcze groźniejsze przekleństwa…
Faraon zamyślił się.
— Masz słuszność — rzekł. — Włócznia nie zaszkodzi temu, kto potrafi ją odbić, a mylna droga nie obłąka mędrca, który zna słowo prawdy…
Jakże jednak sprawisz, ażeby ustępowały przed tobą kamienie w ścianach i ażeby kolumny zamieniały się na drzwi wchodowe?…
Samentu pogardliwie wzruszył ramionami.
— W mojej świątyni — odparł — są także niedostrzegalne wejścia, nawet trudniej otwierające się aniżeli w Labiryncie. Kto zna słowo tajemnicy, wszędzie trafi, jak słusznie powiedziałeś, wasza świątobliwość.
Faraon oparł głowę na ręku i wciąż dumał.
— Żal by mi cię było — rzekł — gdybyś na tej drodze spotkał nieszczęście…
— W najgorszym wypadku spotkam śmierć, a czyliż ona nie grozi nawet faraonom?… Czy wreszcie wasza świątobliwość nie szedłeś śmiało nad Jeziora Sodowe, choć nie byłeś pewny, że stamtąd powrócisz?…
Nie myśl też, panie — ciągnął kapłan — że ja będę musiał przejść całą drogę, po której chodzą zwiedzający Labirynt. Znajdę bliższe punkta i w ciągu jednej modlitwy do Ozirisa dostanę się tam, gdzie ty idąc mogłeś odmówić ze trzydzieści modlitw…
— Alboż tam są inne wejścia?
— Niezawodnie są, a ja muszę je znaleźć — odparł Samentu. — Nie wejdę przecież, jak wasza świątobliwość, w dzień ani główną bramą…
— Więc jak?…
— Są w murze zewnętrznym niewidoczne furtki, które znam, a których mądrzy dozorcy Labiryntu nigdy nie pilnują… Na dziedzińcu warty w nocy są nieliczne i tak ufają opiece bogów czy trwodze pospólstwa że najczęściej śpią… Prócz tego trzy razy między zachodem i wschodem słońca kapłani idą na modlitwę do świątyni, a ich żołnierze odbywają praktyki nabożne pod niebem… Zanim skończą jedno nabożeństwo, ja będę w gmachu…
— A jeżeli zabłądzisz?…
— Mam plan.
— A jeżeli plan jest fałszywy? — mówił faraon nie mogąc ukryć troski.
— A jeżeli wasza świątobliwość nie pozyska skarbów Labiryntu?… Jeżeli Fenicjanie rozmyśliwszy się nie dadzą przyobiecanej pożyczki?… Jeżeli wojsko będzie głodne, a nadzieje pospólstwa zostaną zawiedzione?…
Racz mi wierzyć, panie mój — ciągnął kapłan — że ja wśród korytarzy Labiryntu będę bezpieczniejszy aniżeli ty w twoim państwie…
— Ale ciemność… ciemność!.. I mury, których nie można przebić, i głębia, i te setki dróg, gdzie człowiek musi się zabłąkać… Wierz mi, Samentu, że walka z ludźmi to zabawka; ale szamotanie się z cieniem i nieświadomością to straszna rzecz!..
Samentu uśmiechnął się.
— Wasza świątobliwość — odparł — nie zna mego życia… Kiedym miał lat dwadzieścia pięć, byłem kapłanem Ozirisa…
— Ty? — zdziwił się Ramzes.
— Ja, i zaraz powiem, dlaczego przeszedłem do służby Seta. Wyprawiono mnie na półwysep Synai, aby tam wybudować małą kaplicę dla górników. Budowa ciągnęła się sześć lat, ja zaś mając dużo wolnego czasu włóczyłem się między górami i zwiedzałem tamtejsze pieczary.
Czego ja tam nie widziałem… Korytarze długie na kilka godzin; ciasne wejścia, przez które trzeba było pełzać na brzuchu; izby tak ogromne, że w każdej zmieściłaby się świątynia.