Powrót do Edenu
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-70-75006-0
- Переводчик: Janusz Pultyn
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Powrót do Edenu». Краткое содержание книги:
— Skradzione porro było bardzo dobre — cmoknął. — Coś jest nie tak z tym, które zrobiliśmy. Smakuje jak trzeba, lecz następnego dnia łowca bardzo choruje.
— Zrobiliście je? Jak? — Herilak zajrzał do dzbana i wykrzywił się od zapachu.
— To dość proste. Przez wiele wieczorów przyglądaliśmy się, jak je robią. Nie są dobrymi łowcami, bez trudu można ich podejść. Porro łatwo sporządzić, wystarczy zebrać to, co im rośnie, tagaso. Potem kładzie się to do wody, wystawia na słońce i dodaje mchu. To wszystko.
Morgil poruszył się, otworzył przekrwawione oko i jęknął.
— To na pewno przez mech. Chyba za dużo go dodaliśmy. Herilak miał już dość ich głupoty.
— Sammady odchodzą.
— Pójdziemy z wami. Może jutro. Wszystko będzie dobrze.
— Jeśli tylko nie wypijecie tego — powiedział Herilak i kopnął dzban, porro wylało się i wsiąkło w ziemię. Okropnie śmierdziało.
— To mogło być tylko przez mech — powiedział słabo Morgil.
Kerrick spojrzał z troską na niemowlę.
— Czy jest chora? Otworzyła wreszcie oczy, lecz stale nimi przewraca, chyba nas nie widzi.
Armun roześmiała się głośno, był to jasny, szczęśliwy śmiech.
— Już zapomniałeś, że Arnwheet miał dokładnie takie same oczy? Tak jest u wszystkich dzieci. Ysel bądzie miała dobry wzrok. Trzeba tylko poczekać.
— A ty możesz już iść?
— Już od kilku dni ci powtarzam, że odzyskałam siły. Chcę opuścić to jezioro. — Nie patrzyła na drugie obozowisko, ale i tak wiedział, co myśli. Wiedział, że nie może już dłużej odkładać odejścia. Wszystko, co mieli zabrać, czekało powiązane i przymocowane do dwóch włóków. Stanowiło to niewielką cząstkę ładunku mastodonta, lecz nie mieli go. Wzięli tylko tyle, ile zdoła pociągnąć wraz z Harlem. Armun i Darras zajmą się niemowlęciem, Arnheet poniesie włócznię i łuk. Dla Ortnara dostatecznym obciążeniem będzie on sam. Nadeszła pora odejścia.
Muchy kłębiły się nad ćwierciami świeżo upolowanej sarny, której nie byli w stanie zabrać. Przyda się samcom. Odegnał muchy, chwycił mięso i zarzucił na ramiona.
— Nie zostawię tego, by zgniło. Wyruszymy, gdy tylko wrócę. Gdy szedł przez polanę, Arnwheet zawołał go i dogonił.
— Nie chcę zostawiać naszych przyjaciół — powiedział w yilanè, by nie słyszała go matka. Nikt mu o tym nie mówił, ale nie było takiej potrzeby. Armun nie kryła się z nienawiścią do samców Yilanè.
— Ja też nie. Ale w życiu często musimy robić coś wbrew naszym chęciom.
— Czemu?
— Bo czasem coś po prostu trzeba zrobić. Musimy stąd odejść, nim zjawią się następne łowczynie i nas znajdą. Musimy odejść jak najszybciej. Imehei nie może teraz chodzić, a Nadaske nie zostawi go samego.
— Czy Imehei jest chory? Nadaske mi nie powie.
— To rodzaj choroby. Mam nadzieję, że potem będzie mógł chodzić.
— Przyjdą i nas znajdą. Będziemy mogli rozmawiać.
— Będziemy mogli — powiedział Kerrick, skrywając wszelkie wątpliwości.
Nadaske siedział nad wodą przy swym nieprzytomnym przyjacielu. Widział, jak nadchodzą, lecz nie uczynił żadnego ruchu. Ożywił się trochę, gdy Arnwheet zaczął opowiadać szczegółowo o przygotowaniach do drogi, chwalić się, jak to będzie strzelał z nowego łuku, jak ostry jest grot włóczni. Kerrick przyglądał się temu z przyjemnością, bo chłopiec rzeczywiście mówił jak Yilanè. Czy jednak zachowa tę umiejętność po opuszczeniu jeziora, gdy nie będzie mógł rozmawiać ze swymi przyjaciółmi?
— Mokry-prosto-z-morza jest potężnym łowcą — powiedział Nadaske. — Po jego odejściu zmarnuje się tyle mięsa, które by zabił-przyniósł.
Arnwheet wyprostował się dumnie, nie wychwytując nieznacznych akcentów ukazujących wielkości mięsa i ilości przynoszonej zdobyczy. Tak naprawdę, jak na razie, jedynym jego łupem była mała jaszczurka. Kerrick docenił wysiłek, na jaki zdobył się Nadaske, bo w jego słowach kryła się troska i rozpacz.
— Wszystko będzie dobrze — powiedział Kerrick. — Z wami, z nami.
— Wszystko będzie dobrze — powtórzył Nadaske, lecz z najbardziej ponurymi kontrolerami. Imehei unosił się na jeziorze pogrążony w nieprzerwanym śnie. Jego ręka poruszyła się powoli pod wodą w nieświadomej parodii pożegnania.
— Dołączycie do nas, gdy tylko znajdziemy bezpieczne miejsce — powiedział Kerrick, lecz Nadaske odwrócił się wcześniej i nic nie usłyszał. Kerrick ujął Arnwheeta za rączkę i wrócili razem.
— Robi się późno — powiedział zrzędliwie Ortnar, powłócząc chorą nogą — a droga czeka nas długa.
Kerrick schylił się i chwycił za drągi. Weszli w milczeniu do lasu. Odwrócił się jedynie Arnwheet, lecz byli już wśród drzew i nie zdołał dostrzec na brzegu obu swych przyjaciół.
ROZDZIAŁ VII
apsohesepaa anulonok elinepsuts kakhaato‹
W pajęczynie życia więcej jest nitek niż kropli wody w morzu.