Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miasto Strachu
Miasto Strachu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miasto Strachu

Электронная книга - «Miasto Strachu». Краткое содержание книги:

W zimny styczniowy dzień roku 1937 do portu Halden przybił statek z Rotterdamu. Na ląd zszedł pasażer na gapę, a za nim krok w krok podążała Śmierć. Wśród osób, których życie zawisło na włosku, znalazła się nieszczęśliwa Vinnie Dahlen. Policjant Rikard Brink otrzymał zadanie powstrzymania zagrażającej całemu miastu katastrofy, ale by tego dokonać, musiał najpierw zdobyć zaufanie przerażonej Vinnie…
1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 49
Перейти на страницу:

– Czy nadal je pan pamięta?

– Oczywiście, to zresztą dość znana osoba, Herbert Sontmer, mieszkaniec Saspsborg. Całe zajście wydarzyło się na obrzeżach Sarpsborg i ten człowiek, który z nami rozmawiał, to znaczy Matteus, powiedział, że zostało mu do przejścia jeszcze kilkaset metrów.

– Herbert Sommer… – powtórzył w zamyśleniu komendant. – Uciekł z miejsca wypadku?

– O, tak, zdecydowanie. Wydaje mi się, że Matteus mruknął pod nosem, że był pijany, ale głowy nie dałbym sobie uciąć.

– Czy miał pan z Matteusem jakiś kontakt, fizyczny kontakt?

– Nie, wysiadłem z samochodu, staliśmy tylko i rozmawialiśmy, a potem zapisałem nazwisko Sommera w notatniku.

– Nie brał go pan za rękę, nie zbliżał się do niego? A może on dotknął samochodu?

– Nie, na pewno nie. Żadnego fizycznego kontaktu nie mieliśmy.

– Naprawdę może się pan z tego cieszyć! Serdecznie dziękuję za informację, to dla nas wielka pomoc. Jak najszybciej złożymy wizytę naszemu żartownisiowi.

– A więc to tak – lakonicznie powiedział komendant, odkładając słuchawkę. – Natychmiast pojedziesz do Sommerów, nie mamy ani chwili do stracenia. Herbert Sommer uwielbia towarzystwo, nie może żyć bez publiczności, która go podziwia. A on rozsiewa zarazki.

– Ale ja jestem okropnie głodny – zaprotestował Rikard. – Od samego rana nie miałem czasu, żeby cokolwiek zjeść. Czy nie ma nikogo innego, kto…

– Wszyscy inni mają swoje zajęcia, a z każdą upływającą sekundą zarazić się może kolejny człowiek. Załatw jeszcze tylko tę sprawę, a zafunduję ci obiad na koszt państwa, bo naprawdę sobie na to zasłużyłeś.

Rikard z westchnieniem zabrał się za wypełnianie zadania. Oczywiście zależało mu na zapobieżeniu epidemii i poczytywał sobie to za punkt honoru, ale głód zawsze bywa wrogiem wytrwałości, a w dodatku od samego rana nie opuszczało go napięcie.

Miał wrażenie, że cały dzień upłynął mu wyłącznie na wsiadaniu i wysiadaniu z samochodów i łodzi, dzwonieniu do cudzych drzwi, wchodzeniu na pokład statków…

Dla głodnego człowieka droga do Sarpsborg wydawała się nie mieć końca.

Poszedł na kompromis i stanął przy budce, w której sprzedawano kiełbaski. Po zjedzeniu trzech porcji poczuł, że wraca mu humor.

Odnalazł dom Sommerów i znów nacisnął dzwonek do cudzych drzwi.

Otworzyła mu kobieta o zbyt wcześnie postarzałej twarzy.

– Mój mąż… hmm… nie najlepiej się dziś czuje – odpowiedziała na jego pytanie z wahaniem, niechętnie. – Czy nie mógłby pan poczekać do jutra?

– Niestety, nie – odparł Rikard. – To bardzo ważne.

Podnieś z łóżka pijaczynę, którego masz za męża, pomyślał, błogosławiąc zarazem „niedyspozycję” Herberta. Dzięki niej mniej osób mogło się zarazić!

– Wobec tego proszę wejść do środka, zaraz go przyprowadzę.

Jeszcze raz bacznie mu się przyjrzała, bo przybycie policji zawsze budzi zdumienie i strach. Z wyraźną niechęcią opuściła korytarz.

Rikard usłyszał, jak kilkakrotnie woła męża po imieniu. Zaraz też wróciła zdumiona.

– To bardzo dziwne. Kilka minut temu jeszcze tam był.

Nie rozumiem…

Rikard w lot pojął sytuację. Przywykł do podobnych reakcji.

– Czy jest tu jakieś tylne wyjście?

– Tak, ale…

Rikard nie słuchał jej dłużej. Wypadł na podwórze, okrążył dom i pobiegł do garażu. Zdążył akurat w ostatniej chwili, by zagrodzić drogę. Herbert Somrner miał do wyboru: zatrzymać się albo przejechać policjanta.

Zdecydował się na pierwsze. W tym czasie żona zdążyła już stanąć na kuchennych schodach. Nadal nie mogła zrozumieć, o co chodzi.

Sommer wysiadł z samochodu, siny ze złości i wstydu. Z marynarką dziwnie kontrastowały pasiaste spodnie od piżamy.

– Zakręt był źle wyprofilowany! – oświadczył, podkreślając moc swych słów zamaszystym gestem, mającym położyć kres dalszym dyskusjom.

– Panie Sornmer, nie mówimy teraz o ucieczce z miejsca wypadku – chłodno powiedział Rikard. – Czy pan nie czytał gazet? Ani nie słuchał radia?

– Choroba mego męża wymaga mroku i ciszy – nieśmiało wtrąciła pani Sommer. – O co właściwie chodzi?

– Pan ma rodzinę, prawda?

– Mam córkę, jeśli to pan ma na myśli – odparł zbaraniały Herbert. – Czy coś się…?

– Gdzie ona jest?

– W szkole, rzecz jasna!

Rikard zdołał zapanować nad uczuciem zawodu i nie pokazać tego po sobie. Do tej pory, starając się odizolować tych, którzy kontaktowali się ze zmarłym, on i jego współpracownicy mieli wyjątkowe wprost szczęście. Teraz jednak ich usiłowania legły w gruzach. Cała szkoła. O mój Boże!

Pani Sommer zaraz jednak podniosła go na duchu.

– Czy ty naprawdę o niczym nie wiesz, Herbercie? Wenche została dzisiaj w domu, boli ją brzuch.

– Znów objadła się słodyczy – mruknął Herbert. – Ten dzieciak…

Rikard przerwał mu w pół słowa:

– Dzięki wszystkim dobrym mocom, że nie poszła do szkoły! Czy nadal leży w łóżku?

– Tak – odparła matka.

– I nikt jej dziś nie odwiedzał?

– Nie. A o co… o co chodzi?

Rikard postanowił niczego nie owijać w bawełnę, choć wieści, jakie przynosił, były naprawdę nieprzyjemne.

– Człowiek, którego podwieźliście wczoraj wieczorem, w nocy zmarł na ospę.

Zapadła cisza, kiedy wiadomość powoli przenikała do ich świadomości, a potem pani Sommer krzyknęła rozdzierająco:

– Wenche! W samochodzie siedziała tuż obok tego mężczyzny! I dostała od niego tabliczkę czekolady!

– I ty też zjadłaś kawałek! – wybuchnął Herbert. – Jak mogłaś być tak głupia! Pozwolić dziecku, by…

– To ty zaproponowałeś mu podwiezienie – zmęczonym głosem odparła żona.

– Dobrze już, dobrze – przerwał sprzeczkę Rikard. – Czy kontaktowaliście się z kimś później? Nie? To dobrze. Możemy więc spokojnie czekać, aż przyjedzie ambulans.

– Ambulans? – wykrzyknęli chórem małżonkowie.

Rikard wytłumaczył cierpliwie, że muszą przejść kwarantannę na odizolowanym oddziale w szpitalu w Halden.

– Odizolowanym? – dopytywał się Herbert. – Co to znaczy odizolowanym?

– Czy musimy zabrać ze sobą jedzenie? – żona myślała bardziej trzeźwo, ale też w jej głowie nie waliły tysiące młotków.

– Nie, w szpitalu niczego nie będzie wam brakować. – Rikard starał się ich uspokoić. – Weźcie tylko szczotki do zębów i inne rzeczy osobiste.

– Ile dni przyjdzie nam tam spędzić? Moje kwiaty…

– Mniej więcej trzy tygodnie, aż upłynie okres wylęgania.

Z oczu kobiety trysnęły łzy.

– Wenche! Mała Wenche! Zaraziliśmy się, możemy umrzeć!

– Uspokój się – syknął Herbert, ale widać było, że oblał go zimny pot. – Przecież w dzieciństwie zostaliśmy zaszczepieni.

Rikard nie miał ochoty wyjaśniać, że wartość takiej szczepionki jest bardzo wątpliwa. Prędzej czy później i tak się tego dowiedzą.

Rikard Brink z Ludzi Lodu zjadł wytęskniony obiad dopiero późnym wieczorem, tuż przed zamknięciem restauracji. Zatroszczył się natomiast, by państwo rzeczywiście miało za co płacić!

Przez całe popołudnie i wieczór telefony u lekarzy i na policji dzwoniły prawie bez przerwy. Gazety wywieszały nowe informacje w redakcyjnych gablotach, w normalnym wydaniu zdołały zamieścić ledwie krótką notkę z ostatniej chwili. Radio nadawało lokalne wiadomości, Odszukano i przepytano niezliczoną liczbę szarych dam, ale żadna z nich nie była tą właściwą. Komendant policji nigdy nie przypuszczał, że w jego mieście jest aż tyle smutno ubranych kobiet. Pewna młoda dama, która w sobotę wieczorem rozmawiała z Herbertem Sommerem, żądała, by ją także umieszczono w szpitalu. Lekarz usiłował tłumaczyć, że w sobotę wieczorem Sommer nawet nie widział jeszcze Willy'ego Matteusa. Przerażeni rodzice bali się, że Venche Sommer zaraziła dzieci w szkole, ale to chyba niemożliwe, po wyprawie samochodem nie stykała się przecież z nikim. No i ona sama nie była chora, zarazki mogła rozsiewać jedynie pod warunkiem, że osiadły na niej drobiny z ubrania Willy'ego Matteusa, maleńkie kropelki śliny lub wydzieliny z krostowatych grudek. Niezwykle trudne okazało się wyjaśnienie rodzicom prostego faktu: ich dzieci stykały się z Wenche, zanim dziewczynka spotkała Willy'ego Matteusa. Komendant policji i lekarze osłabli już od daremnych prób tłumaczenia. A poza tym przecież wszystkie dzieci zostały poddane szczepieniom! Spośród odizolowanych osób Wenche była chyba najbardziej odporna na chorobę, właśnie dzięki niedawnemu szczepieniu.

1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 49
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)