Kobieta, która czekała
- Автор: Макин Андрей
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Bieńkowska
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Kobieta, która czekała». Краткое содержание книги:
Odezwałem się, wciąż na stojąco, nie mogąc się odnaleźć w tym odmienionym nagle miejscu:
— Ale dlaczego pani wróciła?
Napięcie, z jakim się do niej zwracałem, zdradzało prawdziwe pytanie: „Dlaczego po tylu latach spędzonych w Leningradzie zaszywać się tutaj, wśród niedźwiedzi i pijaków?”.
Musiała odgadnąć, co miałem na myśli, a jednak odpowiedziała bez śladu namaszczenia, nie przerywając parzenia herbaty:
— Przez wszystkie te lata w Leningradzie towarzyszyło mi dziwne uczucie. Byłam tam, całkiem nawet zadowolona z tego, czym się zajmowałam, uczestniczyłam w tym ich życiu (widzi pan, „ich” życiu — uśmiechnęła się), a przy tym trwałam w jakimś rozdwojeniu, jakbym poprzez ten uniwersytecki epizod musiała wykazać, że moje miejsce jest gdzie indziej. Ponadto dla mnie w tych latach odwilży było coś sztucznego, jakaś hipokryzja. Stalin został okryty hańbą, a tymczasem Lenina wielbiono bardziej niż kiedykolwiek. Był to zabieg dość zrozumiały, po upadku kultu ludzie chwytają się ostatnich idoli, jacy im zostali. Pamiętam poetów, bardzo modnych, którzy występowali na stadionach przed kilkudziesięciotysięcznym tłumem. Jeden z nich deklamował: „Usuńcie portret Lenina z naszych banknotów. Gdyż jego wartość jest niezmierzona!”. To było porywające, nowe, oszałamiające. I fałszywe. Gdyż większość osób przyklaskujących tym strofom dobrze wiedziała, że pierwsze obozy koncentracyjne powstały z rozkazu Lenina. Tych drutów kolczastych było sporo zresztą i w naszych stronach, wokół Mirnoje. Ale poeci woleli kłamać. To dlatego wciąż cieszą się zaszczytami i daczami na Krymie…
Nalała nam herbaty, wskazała mi krzesło, a sama usiadła na skraju ławy… Słuchałem jej z dziwnym wrażeniem, że ten opis dotyczy nie demokratycznych nadziei lat sześćdziesiątych, lecz kolejnej dekady, owych lat siedemdziesiątych naszej kontestacyjnej młodości: wiersze, zgromadzenia, alkohol i wolność.
Bez wątpienia te słowa o przywilejach poetów wydały jej się nazbyt mocne, gdyż uśmiechnęła się i dodała:
— Właściwie to sama jestem sobie winna, że nie potrafiłam się odnaleźć w tamtej epoce. Dyskutowałam, czytałam dysydentów przepisywanych przez kalkę, prowadziłam badania nad typologią dawnego szwedzkiego i rosyjskiego. Ale nie żyłam… — Umilkła, wpatrzona w szarość zmierzchu za oknem. Zdało mi się, że dostrzegam w jej oczach odbicie pól porosłych wyschłą trawą, skrzyżowanie dróg, ciemną bryłę lasu. — Zresztą wszystko potoczyło się jeszcze prościej. Przyjechałam do Mirnoje, żeby… pochować matkę. Zamierzałam zostać dziewięć dni, jak, zdaje się, nakazuje tradycja, następnie czterdzieści. I tak po nitce do kłębka… Przede wszystkim niektóre tutejsze staruszki były już w niewiele lepszej formie niż moja matka, która właśnie zmarła. Nie, nie czułam żadnego żalu ani wewnętrznego rozdarcia. Zrozumiałam, że moje miejsce jest tutaj, to wszystko. A właściwie nawet o tym nie myślałam. Znów zaczęłam żyć.
Wstała, żeby z powrotem postawić czajnik na ogniu. Odwróciłem głowę, rzuciłem pospieszne spojrzenie za okno: z wyolbrzymioną wyrazistością sennego widziadła z lasu wyłonił się cień piechura.
Wiera wróciła, podała kanapki, na nowo napełniła filiżanki. To, co teraz mówiła, przypominało właściwie głos wewnętrzny, dawne argumenty, dla niej w pełni przekonujące, które przytaczała tylko dlatego, że akurat tam byłem.
— Zrozumiałam także, że wszystkie nasze leningradzkie debaty, antysowieckie czy prosowieckie, tutaj, w Mirnoje, były zupełnie pozbawione sensu. Kiedy tu przyjechałam, zastałam kilka bardzo starych kobiet, które straciły swoich bliskich na wojnie i wkrótce same miały umrzeć. Po prostu. Istoty ludzkie, które szykowały się na śmierć w samotności, bez narzekania, bez szukania winnych. Zanim je poznałam, nigdy tak naprawdę, w głęboki sposób, nie myślałam o Bogu…
Urwała, widząc, że błądzę wzrokiem po półkach z książkami (w rzeczywistości nagle było mi trudno wytrzymać jej spojrzenie). Uśmiechnęła się, wskazując ruchem brody rzędy tomów.
— Tak czy owak, byłam już za stara na uniwersytet. Wyglądałam jak krzepka kołchoźnica wśród tych młodziutkich studentek w minispódniczkach…
Dzień zgasł, Wiera sięgnęła do wyłącznika, ale rozmyśliła się i zapaliła zapałkę. Płomień świecy postawionej na parapecie okna migotał, pogrążając w ciemności pola i drogi za szybą. Usiadła na swoim zwykłym miejscu, wsłuchiwaliśmy się w ciszę, której wiatr nadawał szarpany rytm, i nagle dobiegło nas lekkie skrzypnięcie, westchnienie starej belki, znużony jęk futryny.
Spojrzenie nadal miała spokojne, jedynie rzęsy zatrzepotały gwałtownie. Szepnęła, jakby mnie już tam nie było:
— Zresztą, jak mogłabym wyjechać, skoro wciąż na niego czekam?
4
Podczas tej piętnastokilometrowej wyprawy w mroźny i świetlisty październikowy dzień wreszcie naprawdę miałem pewność, że dzielę z Wierą jej życie. Ponownie przebyliśmy trasę, którą zwykle chodziła do szkoły. Wierzbina przy brzegu, rozstaje ze skrzynką na listy, stara przystań… Tu droga skręcała na północ, w głąb lasu.
Przed kilkoma dniami jeden z uczniów powiedział jej o wiosce zagubionej gdzieś w gęstwinie, gdzie pozostała jedna jedyna mieszkanka, głucha i prawie ślepa staruszka, zdaniem chłopca, który zresztą niewiele zdołał się o niej dowiedzieć poza jej imieniem. Wiera udała się do przewodniczącego sąsiedniego kołchozu w nadziei, że uzyska ciężarówkę. Odpowiedziano jej, że na te zarośnięte krzakami drogi przydałby się raczej czołg… Tak więc w tę sobotę zapukała do moich drzwi i wyruszyliśmy, ciągnąc za sobą komiczny pojazd na wykoślawionych kółkach od roweru: wózek jednego z żołnierzy z Mirnoje, który wrócił z frontu bez nogi i umarł niedługo po zakończeniu wojny.
Mróz ułatwił nam zadanie, gdyż błoto zamarzło na kamień i można było iść nawet przez torfowiska. Zatrzymywaliśmy się co pewien czas, żeby odsapnąć, a przy okazji zerwać garść żurawin, niczym maleńkie kulki sorbetu, które rozpuszczały się powoli pod językiem, kwaśne i lodowate.
Bodaj po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, nasze gesty, słowa i nasze milczenie wydawały się tak naturalne. Miałem wrażenie, że nie muszę się już niczego domyślać, niczego próbować zrozumieć. Życie Wiery było dla mnie przejrzyste jak te niebieskie witraże osadzone między czarnymi wierzchołkami świerków.
„Samozaparcie, altruizm…”. Podświadomie szukałem w myślach wyrażeń na określenie charakteru tej kobiety. Wszystkie jednak okazywały się chybione wobec prostoty, zupełnie pozbawionej wyrachowania, z jaką Wiera postępowała. Doszedłem do wniosku, że dobro (Dobro!) to sprawa złożona i sprzyjająca grandilokwencji, jeśli robić z niego problem moralny, temat do roztrząsania. A staje się skromne i jasne, gdy tylko uczynić rzeczywisty krok w jego kierunku: jak ta przeprawa przez las, ten wysiłek prozaicznie mięśniowy, który rozpraszał budujące mrzonki czystego sumienia. Zresztą to, co innym wydawać się mogło aktem dobroci, dla Wiery było jedynie bardzo starym przyzwyczajeniem.
— Byłoby świetnie, gdyby w drodze powrotnej udało się zebrać trochę grzybów — powiedziała podczas jednego z postojów. — Przyrządziłabym je jutro dla tej staruszki…