Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dworzec Perdido [Perdido Street Station]
Dworzec Perdido [Perdido Street Station] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dworzec Perdido [Perdido Street Station]

Электронная книга - «Dworzec Perdido [Perdido Street Station]». Краткое содержание книги:

Metropolia Nowe Crobuzon to centralny punkt świata Bas-Lag. Ludzie, mutanty i niezwykłe obce rasy żyją tu obok siebie, w ponurym labiryncie walących się domów i wysokich kominów, w widłach rzek niosących tony zanieczyszczeń, pośród fabryk i hut pracujących dzień i noc. Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek.
Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów…
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mievillea – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku. Jacek Dukaj
1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 196
Перейти на страницу:

Światło rozjarzyło przypadkową grupę brudnych paneli sklepienia, po czym przesunęło się w nowe położenie. Przez krótką chwilę błądziło, nim wreszcie przechwyciło niecierpliwą ćmę, która docierała już do otworu w dachu, by wyrwać się na wolność.

Oczodoły ze ślepymi szypułkami obróciły się w stronę światła i potwór syknął głośno.

Yagharek usłyszał krzyki kaktusów zgromadzonych na tarasach iglicy, powtarzane w na poły zrozumiałym języku. Nie była to czysta mowa, lecz bękarcia hybryda, której słowa słyszał po raz ostatni w Shankell, wzbogacona dialektem ragamoll używanym w Nowym Crobuzon i dźwiękami, których w ogóle nie rozpoznawał. Jako gladiator w pustynnym mieście, chcąc nie chcąc, przyswoił sobie język bukmacherów, którymi w większości byli ludzie-kaktusy, jednak sformułowania, które teraz słyszał, były dziwaczne, od wieków nieużywane i skażone obcymi wpływami. Mimo to brzmiały prawie zrozumiale.

– …tam! – usłyszał, a potem ktoś dodał zdanie, w którym pojawiło się słowo „światło”. Kiedy ćma w pośpiechu oddaliła się od wyrwy w sklepieniu, by umknąć przed blaskiem reflektora, rozległ się okrzyk: – Nadlatuje!

Bestia bez trudu wyleciała poza zasięg potężnego snopa światła. Wiązka błądziła panicznie po wnętrzu kopuły, jakby kierowała nią ręka szalonego latarnika. Starsi na próżno próbowali przechwycić cel, desperacko omiatając plamą światła nawet ulice i dachy domów.

Inne ćmy pozostały niezauważone. Rozpłaszczone na szklanych taflach spokojnie czekały.

W dole trwała zaś głośna dyskusja.

– …przygotować… w niebo… – usłyszał Yagharek, a zaraz potem wyłowił słowa „włócznia” i „słoneczna” z dialektu Shankell, wypowiedziane jednym tchem. Ktoś wykrzykiwał ostrzeżenia, także wplatając słowa „włócznia słoneczna”. – Za daleko!… Za daleko! – nawoływał z rozpaczą inny kaktus.

Starszy, który sterował ruchami reflektora, szczeknął krótki rozkaz i jego podwładni pochylili się nad przyrządami. Zażądał „maksymalnego”, ale czego? – tego Yagharek nie mógł zrozumieć.

Błądzący snop światła wreszcie na moment odnalazł cel i czarne ciało ćmy rzuciło ponury cień na sklepienie Szklarni.

– Gotowi? – krzyknął dowódca. Odpowiedział mu chór potakujących głosów.

Starszy obracał soczewkę aparatu, rozpaczliwie starając się na dłużej pochwycić bestię wiązką światła. Ćma pikowała i zygzakowała, przemykając tuż nad dachami domów i wykręcając ciasne spirale. Jej akrobatyczne popisy odbijały się na krzywiźnie kopuły jako upiorny teatr cieni.

I wtedy, na krótką chwilę, istota dostała się w sam środek kręgu światła. Wydawało się, że czas zatrzymał się na moment, by wszyscy mogli zobaczyć niewiarygodne, niezrozumiałe i potworne piękno zabójczej ćmy.

W tym momencie kaktus kierujący aparatem pociągnął ukrytą dźwignię i wielka kropla płynnego żaru wystrzeliła znad soczewki, by pomknąć w przestworza tunelem światła. Yagharek patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Kłąb skoncentrowanego światła i gorąca rozpłynął się w powietrzu o kilka stóp przed szklaną kopułą.

Wszystko znieruchomiało na chwilę w koszmarnie silnym rozbłysku.

Yagharek zamrugał, by zetrzeć z pamięci obraz niezwykłego pocisku i potwornej siły światła.

W dole rozległy się znowu głosy kaktusów.

– Dostał? – dopytywał się ktoś z nadzieją. Odpowiedzi były niejasne.

Podobnie jak Yagharek, obrońcy skierowali wzrok ku górze, w stronę miejsca, gdzie po raz ostatni ukazała się ćma. Niektórzy wpatrywali się w ziemię i w świetle opuszczonego reflektora szukali zwłok bestii na twardym chodniku.

Yagharek dostrzegł na ulicy patrole żołnierzy, wodzących wzrokiem za jasną plamą i stojących w bezruchu nawet wtedy, gdy przesuwał się po nich snop światła.

– Nic! – krzyknął jeden ze starszych z wysokiego tarasu. Jego krótki raport powtórzono we wszystkich sektorach, wypełniając echem głosów klaustrofobiczną ciemność.

Zza grubych zasłon i drewnianych okiennic domów wymknęły się na zewnątrz promienie światła. Jeden po drugim mieszkańcy Szklarni zapalali pochodnie i lampy gazowe. Jednak nawet w obliczu kryzysowej sytuacji nikt nie odważył się otworzyć okna; nikt nie chciał ryzykować, że zostanie dostrzeżony. Uzbrojeni strażnicy nadal byli na ulicach sami.

I wtedy, z nagłym podmuchem wiatru podobnym do lubieżnego oddechu kochanka, ludzie-kaktusy zebrani na tarasach świątyni przekonali się, że nie strącili ćmy. Bestia zanurkowała ostro, uciekając przez światłem reflektora i strzałem włóczni słonecznej, a następnie przemknęła nisko nad dachami i wolno nabrała wysokości, znienacka i po mistrzowsku ukazując się starszym w pełnej krasie: z rozpostartymi skrzydłami, na których tańczyły barwne wzory, skomplikowane i dzikie jak ciemny ogień.

Tylko jeden z kaktusów zdążył krzyknąć. Dowódca przez ułamek sekundy bardzo pragnął skierować włócznię słoneczną w stronę potwora i roznieść go na milion płonących szczątków. Lecz zanim ktokolwiek zdążył coś zrobić, widok szeroko rozłożonych skrzydeł wymazał z ich pamięci wszelkie emocje i zamiary.

Yagharek patrzył na to przez lusterka, choć wcale nie chciał widzieć.

Dwie ćmy, które wciąż jeszcze trzymały się sklepienia, oderwały się nagle od żelaznych dźwigarów i runęły w dół, by w ostatniej chwili poszybować łukiem do góry, przeciwstawiając się prawom grawitacji. Pomknęły wzdłuż stromych ścian piramidy i niczym diabły wyskakujące spod ziemi pojawiły się nagle przed gromadą zahipnotyzowanych kaktusów.

Jedna z bestii strzeliła kolczastą macką i zawinęła ją wokół grubej nogi któregoś ze starszych. Niemal w tej samej chwili ramiona i szpony pozostałych ciem oplotły się i wbiły w ciała wybranych ofiar.

Zdezorientowani żołnierze z trzyosobowych patroli biegali po ulicach, wykrzykując sprzeczne rozkazy i na przemian to unosząc, to opuszczając broń. Klęli przy tym i nawoływali w bezsilnej rozpaczy. Prawie nic nie widzieli. Rozumieli tylko tyle, że na najwyższym tarasie piramidy pojawiły się wielkie, trzepocące skrzydła i że starsi z jakiegoś powodu przestali strzelać z włóczni słonecznej.

Grupa najodważniejszych wojowników wbiegła do gmachu świątyni i popędziła schodami na górę, ku piętrom zajętym przez starszych. Byli jednak zbyt wolni. Bezradni. Ćmy oddalały się już od wielkiej budowli, dostojnie tnąc powietrze szeroko rozpostartymi, mieniącymi się hipnotycznie skrzydłami. Nie poruszały nimi, a mimo to wznosiły się coraz wyżej, unosząc trzech starszych, dygocących bezsilnie w ich objęciach i wciąż jeszcze wpatrzonych w wielobarwne wzory na ciałach swych katów.

Na kilka sekund przed tym, nim drużyna kaktusów wdarła się przez klapę na najwyższy taras, ćmy zniknęły. Jedna po drugiej, zgodnie z milcząco ustalonym porządkiem, wytrysnęły pionowo ku górze i wydostały się na wolność przez dziurę w szklanym poszyciu kopuły. Średnica otworu była minimalnie mniejsza od rozpiętości ich skrzydeł, a mimo to przemknęły przezeń bez chwili wahania z maksymalną prędkością.

Unosząc oszołomione i bezwolne ofiary, uleciały w mroczne niebo nad miastem z odrażającą gracją genialnych drapieżców.

Starsi, którzy pozostali przy milczącej już maszynie, powoli otrząsali się z letargu i zaczynali nawoływać się wzajemnie, jeszcze zdumieni nagłą utratą i równie zaskakującym powrotem świadomości. W ich krzykach pojawiła się też zgroza, kiedy zauważyli, że brakuje trzech spośród nich. Wyjąc wściekle, skierowali włócznię słoneczną ku górze, niepotrzebnie mierząc z niej w pustą przestrzeń. Zaraz potem pojawili się młodsi wojownicy, z kuszarpaczami i maczetami gotowymi do akcji. Rozejrzawszy się ze zdziwieniem po tarasie, pomału opuścili broń.

1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 196
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)