Plewy Na Wietrze
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #1
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Plewy Na Wietrze». Краткое содержание книги:
„Plewy na wietrze” nie są powieścią prostą w odbiorze. Autorka nie wprowadza delikatnie czytelnika w realia Krain Wewnętrznego Morza. Nie przedstawia także wcześniejszych losów bohaterów. Rozpoczynając lekturę zostajemy rzuceni na głęboką wodę. Musimy orientować się w sytuacji na podstawie inteligentnie skonstruowanych poszlak, drobnych aluzji i urywkowych uwag dotyczących zarówno historii świata, jak i samych bohaterów. Jest to układanka, którą autorka zaplanowała na kilka tomów, zatem nie należy spodziewać się wyjaśnienia większości wątków w pierwszej powieści z cyklu. Na wiele pytań nie poznamy odpowiedzi prawdopodobnie aż do samego końca. Dzięki temu będziemy mogli przez cały czas snuć spekulacje i przypuszczenia, które Anna Brzezińska z łatwością będzie obalać lub też – przeciwnie, potwierdzać. Już tylko dla tego elementu warto sięgnąć po „Sagę o zbóju Twardokęsku”.
Fabule „Plew na wietrze” daleko do liniowości. Liczne wątki nawzajem się przeplatają, zazębiają. Poznajemy losy zbója Twardokęska, związanego wbrew swej woli z tajemniczą Szarką; zostajemy wprowadzeni w tajniki gier politycznych pomiędzy poszczególnymi krajami, śledzimy losy Koźlarza i Zarzyczki – książęcego rodzeństwa, próbującego odzyskać ojcowiznę. Gdyby tego było mało – swe intrygi snują bogowie i podlegli im kapłani, a w Żmijowych Górach zanotowano nieprzeciętnie wysoką aktywność szczuraków. Krainy Wewnętrznego Morza przestają być bezpieczne dla zwykłych ludzi, a co dopiero dla bohaterów zamieszanych w wiele niepokojących spraw…
Wielkim atutem „Plew na wietrze” jest klimat, nastrój, w jakim są one utrzymane. Fantasy, a szczególnie ta pisana przez kobiety, kojarzy się zwykle z pogodnymi (nie zawsze zgodnie z zamierzeniami autora) przygodami nieskazitelnych bohaterów, którzy stają na drodze Wielkiego Zła. Jeśli nawet zdarzają się sceny przemocy, to nie przerażą nawet kilkulatka. Całe szczęście w powieści Brzezińskiej tego schematu nie znajdziemy. Krainy Wewnętrznego Morza to ponure miejsce, w którym za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo. Nie spotkamy tu herosów bez skazy, autorka głównymi bohaterami uczyniła postacie o co najmniej wątpliwej moralności, ale nawet wśród osobników pojawiających się epizodycznie ciężko doszukać się tak typowego dla fantasy heroicznego rysu charakterologicznego. Wrażenie niepokoju pogłębia jeszcze fakt, że bohaterowie z rzadka tylko są panami swojego losu, znacznie częściej znajdują się w sytuacji tytułowych plew na wietrze – porywani prądem wydarzeń, które zmuszają ich do działania w okolicznościach, w jakich z własnej woli nigdy by się nie znaleźli.
Ważną rolę w kreowaniu nastroju spełnia także stylizacja językowa. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie byłem zwolennikiem tego elementu w powieściach pisanych przez polskich pisarzy fantastyki, gdyż zwykle robią to przeciętnie i bardziej na zasadzie sztuka dla sztuki niż z rzeczywistej potrzeby. Na palcach jednej ręki pijanego drwala można policzyć tych autorów, którzy robią to z wyczuciem, a zastosowanie tej techniki jest uzasadnione. Anna Brzezińska należy do tego elitarnego grona. Sprawnie stosuje słowa, które wyszły już dawno z użytku. Stylizacja jest wszechobecna, ale w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w odbiorze, doskonale komponując się z innymi elementami składowymi powieści.
„Plewy na wietrze” to porywająca książka. Można się o niej wypowiadać tylko w samych superlatywach. Nie ma sensu porównywać jej z pierwowzorem, bo to kompletnie dwa różne utwory, tyle że opowiadające tą samą historię. Anna Brzezińska zrobiła z raczej przeciętnego „Zbójeckiego gościńca” książkę, która w mojej prywatnej opinii jest numerem jeden do wszystkich nagród fantastycznych za rok 2006 – i to mimo faktu, że przyjdzie jej rywalizować z przyjemnym, świetnym, choć znacznie trudniejszym w odbiorze „Verticalem” Kosika, „Popiołem i kurzem” Grzędowicza, czy też z posiadającym rzeszę fanatycznych wielbicieli Andrzejem Sapkowskim i jego „Lux perpetua”.
Wśród polskich autorów popularna jest praktyka wydawania poprawionych wersji starych powieści. Zwykle są to niewielkie korekty, niezmieniające w zasadniczy sposób ich odbioru. Trochę się obawiałem, czy ta przypadłość nie dopadnie także „Plew na wietrze”. Całe szczęście nic takiego się nie stało. Choć jest to ta sama historia, co opowiedziana w „Zbójeckim gościńcu”, to przeskok jakościowy między tymi książkami jest ogromny. „Plewy na wietrze” są lepsze pod względem językowym, koncepcyjnym i fabularnym. Pomijam nawet fakt, że są niemal dwukrotnie obszerniejsze. Gdyby tak wyglądały wszystkie poprawione wydania powieści, to nie miałbym nic przeciwko ich publikacji.
Co można jeszcze powiedzieć o „Plewach na wietrze”? Pewnie to, że właśnie tak powinny wyglądać wszystkie powieści fantasy – świetnie napisane, z interesującą fabułą i niesztampowymi bohaterami. Jest to początek fascynującej historii, której przebieg śledzi się z zapartym tchem. Pozostaje jedynie czekać, aż Anna Brzezińska ukończy „Sagę o zbóju Twardokęsku”. Jeśli zaś nie przekonał was „Zbójecki gościniec”, nie zrażajcie się do tego cyklu i przeczytajcie „Plewy na wietrze”. Naprawdę warto!
– Ja… – zająknął się posiniały Krawęsek. – Ja nie…
Oprawcy spoglądali raz na Krawęska, raz na księcia, wielce pomieszani ich kłótnią. Ogień jednak wytrwale sycili, dopóki chwytniki nie poczerwieniały od żaru. Powroźnicy bowiem dobrze rozumieli, że czy świeckie tu, czy kościelne prawo przeważy, bez kleszczy się nie obejdzie.
– Po próżnicy z wami gadka – prychnął książę. – Nierad cię ostawię, wiedźmo, ale mus to mus. Dobrze plugastwa, mistrzowie, doglądajcie – przykazał powroźnikom. – I nie tykać mi jej, zanim nie wrócę.
On dopiero zaczął pytać, zrozumiał Twardokęsek. Zląkł się imienia Zaraźnicy, ale i tak nocką znów przylezie, bez kapłanów. Poty będzie dręczył, póki z nas ducha nie wypuści. Nie uniesieni stąd szyi. Ani my, ani ci powroźnicy, co się między pańskie sprawy zaplątali.
– Poniechajcie tego, panie – zgrzytliwym głosem odezwał się Ciecierka. – Jeśli nie na własną głowę, tedy na miasto baczenie miejcie. Na gości, co na zamku, na święto…
Władca, który stał już na progu, zerknął ku niemu przez ramię.
– Owszem, mam na miasto baczenie, a dobre. – Niedbale otrzepał rękaw. – Co zaś się wiedźmy tyczy, oddaję się w opiekę Śniącego. Róbcie, co chcecie. Okadzajcie ściany, poświęćcie narzędzia, sprowadźcie tłum kapłanów, niech psalmy wokół Wiedźmiej Wieży zawodzą. Za to do świątyni grosz posyłam, wcale niemały.
ROZDZIAŁ 26
Przed dziewiątą bramą trakt się rozdzielał. Północna furtka wiodła ku cytadeli; tą drogą panowie Spichrzy chadzali do świątyni. Dziś furtkę ową otwarto na oścież i przywabiała mnóstwo ludzi, tuż bowiem pod bokiem cytadeli, w ogrodach, dobry książę Evorinth przykazał wydawać jadło pątnikom. Natomiast za potężnymi, odlanymi z litego żelaza wrotami rozciągały się świątynne podwórce.
Trójkątny placyk przed bramą doszczętnie zapchano kupieckimi kramami.
Przekupnie wrzeszczeli. Pątnicy kłębili się bezmyślnie. Złodzieje odcinali sakiewki.
Obszarpany i bez wątpienia szalony staruch piskliwie zwiastował nadchodzący dzień sądu.
Trzech książęcych drabów rozsiadło się przy rożnie z pieczonymi kapłonami. Halabardy oparli o mur, zdjęli hełmy i łapczywie żarli wyłudzone od przekupnia pieczyste, bez żenady przepijając z co nadobniejszymi niewiastami.
Dziewczyna w brązowym płaszczu wymówiła się ulicznikowi, który próbował wcisnąć jej srebrny krążek z podobizną Śniącego. Drobna i przykurczona, utykając, szła ku książęcym ogrodom.
– To ona! – Wysoki, chudy żebrak machnął kosturem tak energicznie, że doczepione do niego blaszane miseczki na jałmużnę zagrzechotały przeraźliwie.
Łysy, piętnowany na policzku drab przechylił głowę na ramię i przez chwilę przypatrywał się dziewczynie.
– A pewnyś, Czerniec? – zapytał z powątpiewaniem. – Bo mnie się ona nie widzi na księżniczkę. Mizerna jakaś…
Żebrak uderzył się w chudą pierś, aż zadudniło.
– Na własną matkę się klnę, że to ona! Wszak ja przy samej furtce do cytadeli siedzę, nieraz ją oglądałem, jak z księciem po murach czy tarasach łaziła.
– Ty już nic, Czerniec, nie gadaj – łysy machnął lekceważąco ręką – bobyś tę swoją matkę za flaszkę gorzałki sprzedał. A co do księżniczki, to zawsze mi się jakaś większa wydawała… i bardziej urodziwa – dodał.
Żebrak zaśmiał się szyderczo.
– Bo w pozłocistej kiecce zawżdy się nadobniejsza wydaje dziewka, a kiedy ją z kiecki obedrzeć… – Znów zarechotał plugawo. – Cóż, kiep jako kiep zostaje. Ale na Śniącego przysięgam, że to żalnicka księżniczka.
Łysy zbir nie wyglądał na przekonanego, jednak w końcu wyciągnął zza pazuchy skąpą sakiewkę i wręczył ją Czerńcowi.
– Bacz jeno, że jeśliś nałgał, Trzpień ci nie odpuści, póki na własnych kiszkach nie zadyndasz – przestrzegł go poważnie. – Dobrze, komilitonowie – zwrócił się do towarzyszącej mu gromadki oprychów odzianych w pstrokate szatki i uzbrojonych w najrozmaitszy oręż, od pałek nabijanych żelazem po miecze w bardzo przyzwoitych pochwach. – Czas zapracować na utrzymanie.
Poniżej na trakcie rozległy się nieprzyjazne pokrzykiwania: oto od strony miasta nadchodziła kompania zwajeckich najemników. Wyspiarskim zwyczajem każdy wdział kolczugę albo ciężki bechter, na plecach mieli oburęczne miecze, a niektórzy nieśli potężne topory. Że zaś byli postawni, ich zwieńczone czarnymi kitami hełmy wyrastały nad głowy pątników. I tak kroczyli szumnie, środkiem gościńca, nie zważając na wrogie pohukiwania.
Raptem w ciżbie gruchnął wrzask:
– Bij Zwajeckiego!
Przygrywający pątnikom na szałamai ślepy staruch z zapałem pochwycił kostur, wysunął zeń słusznej wielkości szpikulec i zdradziecko dźgnął najbliższego Zwajcę w plecy. Wojownik uchylił się i ugodził dziada mieczem na płask.
– Rąbać kurwich synów! – ryknął radośnie jeden z biesiadujących na murze żaków.
Jego towarzysze poczęli żarliwie wydzierać kamienie z nadwątlonego muru i razić nimi najemników. Książęcym drabom, co próbowali hamować pospólstwo, w mig wyrwano halabardy i odepchnięto ich od furtki. Wśród rozjątrzonej gawiedzi coraz śmielej pobłyskiwało żelazo, nie miecze, których książę pan Evorinth plebsowi nie dozwalał nosić, ale szerokie, obusieczne noże, jakie z dawien dawna kuto w Górach Żmijowych, i maczugi z drewna lipowego, do których mocowano żuchwy bydlęce. Znienacka ktoś cisnął brukowcem. Któryś ze Zwajców upadł na gościniec, co jeszcze bardziej tłuszczę rozzuchwaliło.
Wojownicy uczynili krąg i jęli się cofać ku cytadeli. Tłum napierał na nich ze wszech stron i złorzeczył, nikt się wszakże przesadnie nie kwapił podkładać pod zwajeckie miecze.
Paru spitych spichrzańską okowitą wieśniaków oczyściło rożen z kapłonów i ruszyło rabować kupieckie budy.
W zamieszaniu ktoś niepostrzeżenie zarżnął staruszka przepowiadającego koniec świata.
Z gospody Pod Karaskiem wysypała się chmara dobrze rozochoconych szlachciurów. Od ściągającego na święto chłopstwa odróżniały ich tylko krótkie miecze na konopnych sznurkach u pasa i zawieszone na piersiach ryngrafy z wizerunkami Śniącego. Owi ubodzy zaściankowi z dawien dawna żyli pod bokiem Spichrzy. Drobne nadziały ziemi, na których siedzieli, w żaden sposób nie mogły ich wyżywić, najmowali się zatem co zasobniejszym gildiom do obrony transportów. Szlachetkowie byli do bitki prędcy, choć wielce nabożni i oddani świątyni Nur Nemruta, przy tym chełpliwi, hardzi i wszelakim obcym nieprzychylni. A już najbardziej Zwajeckim.
– Bluźniercy! – zakrzyknął najroślejszy. – Wiedźmi pomiot obmierzły!
– Za ich nieprawości bogowie doświadczają nas najazdem szczuraków! – zawtórował mu młodziak w sobolim kołpaczku. – Bodajby wasza noga nigdy w Spichrzy nie postała!
Zwajcy, którzy z początku płazowali po grzbietach co bardziej zażartych krzykaczy, pojęli rychło, że tu nie z tłuszczą niewprawną sprawa, ale z wojownikami doświadczonymi i zajadłymi jako gzy. Nie zniechęcili się wszakże. Przeciwnie, zdawało się nawet, że ochota do bijatyki gwałtowniej w nich wezbrała. Czarnobrody mąż, najwyraźniej przewodzący zwajeckiej gromadzie, uśmiechnął się paskudnie i ugodził w łeb wrzaskliwego szlachcica. Ogromny topór rozszczepił czerep i gładko wszedł dalej, nie zatrzymała go ani misiurka, ani srebrzysty ryngraf na zbroi.