Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Zielony Mars [Green Mars - pl]
Zielony Mars [Green Mars - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielony Mars [Green Mars - pl]

Электронная книга - «Zielony Mars [Green Mars - pl]». Краткое содержание книги:

Kontynuacja 3-tomowego cyklu o kolonizacji Czerwonej Planety. W pierwszej części, zatytułowanej Czerwony Mars, autor przedstawił technologiczne aspekty ogromnego przedsięwzięcia i jego implikacje społeczne. Bohaterowie drugiej części cyklu przystępują do terraformowania planety. Minęło całe pokolenie, od kiedy pierwsi osadnicy pojawili się na Marsie. Teraz próbują przeobrazić w zielony raj czerwoną, kamienną pustynię. Od tej chwili, niczym za sprawą jakiegoś sekretnego impulsu, wszechogarniająca zielona siła mknęła jak błyskawica i wkrótce cały Mars pulsował już od viriditas. Trzecia część trylogii to Błękitny Mars.
1 ... 140 141 142 143 144 145 146 147 148 ... 216
Перейти на страницу:

Każdy samolot dostarczył jakiś komponent systemu. Automatyczne wiertarki, tunelarki i kruszarki. Przewody do zbierania wody, dzięki którym będzie można stopić lodowe żyły pod powierzchnią Deimosa. Kombinat przetwórczy, w którym wydzieli się ciężką wodę, stanowiącą mniej więcej jedną część z sześciu tysięcy części zwykłej wody. Była też kolejna fabryczka służąca do wytwarzania deuteru z ciężkiej wody i małe urządzenie typu tokamak, w którym miała zajść reakcja termonuklearna deuter-deuter. A także dysze naprowadzające, chociaż większość ich przywiozły samoloty, które wylądowały w innych rejonach księżyca.

Technicy-bogdanowiści, przylatujący tu wraz z wyposażeniem, zaczęli wykonywać większość instalacji. Sax ubrał się w jeden z grubych skafandrów ciśnieniowych znajdujących się na pokładzie, po czym przez śluzę powietrzną wyszedł na powierzchnię; miał zamiar rozejrzeć się i sprawdzić, czy wylądował już samolot, który miał dostarczyć dyszę naprowadzającą dla regionu kraterów Swifta i Woltera.

Duże ocieplane buty były mocno obciążone, z czego Sax był bardzo zadowolony; druga prędkość kosmiczna nie przekraczała na Deimosie dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę, co oznaczało, że po silnym odbiciu się po prostu można było się oderwać od powierzchni i oddalić od księżyca. Russell z trudnością utrzymywał równowagę. Wykonywał miliony małych ruchów, które tylko nieznacznie posuwały go do przodu. Każdy krok wyzwalał wielki obłok czarnego pyłu, który po jakimś czasie powoli opadał na ziemię. W chmurach pyłu leżały rozproszone skały, zwykle w małych zagłębieniach, powstałych podczas lądowania maszyn. Były to ejektamenta, które bez wątpienia po wyrzuceniu w przestrzeń wielokrotnie okrążyły ten mały księżyc, zanim znowu opadły na jego powierzchnię. Sax podniósł jeden z kamieni o wyglądzie czarnej piłeczki do baseballa. Wyrzucić ją z odpowiednią szybkością, odwrócić się, poczekać aż obleci cały ten świat i złapać ją, gdy się pojawi na wysokości piersi. Najpierw wyrzuć. Nowy sport.

Horyzont leżał w odległości zaledwie kilkuset metrów i z każdym krokiem Saxa zmieniał się znacząco: gdy Sax zbliżał się do niego, znad jego zapylonej krawędzi wyskakiwały stożki kraterowe, mocno skruszałe szczyty oraz głazy narzutowe. Ludzie stojący wśród samolotów na grzbiecie-lądowisku znajdowali się względem horyzontu już pod innym kątem niż Sax — byli wobec niego odchyleni. Poczuł się jak Mały Książę. Pył zaczynał się przerzedzać. Stopy Saxa wyżłobiły w nim głęboki szlak. Chmury pyłu zwisające nad odciskami stóp opadały coraz niżej, w miarę jak Sax się od nich oddalał, aż w końcu nieruchomiały cztery czy pięć kroków za idącym.

Z komory powietrznej wyszedł Peter i ruszył w kierunku Russella; za Peterem podążyła Jackie. Sax wiedział, że Peter jest jedynym człowiekiem, którym naprawdę interesowała się Jackie, i widział, że zachowywała się wobec niego w czuły, bezradny sposób, charakterystyczny dla oddalającego się obiektu orbitującego, który stale tęskni za zacieśnieniem się orbity. Z tego, co wiedział Sax, Peter był równocześnie jedynym człowiekiem, który w żaden sposób nie reagował na kokieteryjne zabiegi Jackie. Sercowa przewrotność. Trudna do wytłumaczenia, podobnie jak pociąg Saxa do Phyllis, kobiety, której nigdy nie lubił. Albo jak jego pragnienie zdobycia aprobaty Ann, osoby, która nigdy nie lubiła jego. Osoby o szalonych poglądach. Może jednak był w tym jakiś sens. Jeśli ktoś do ciebie wzdycha, musisz się zastanawiać nad jego osobowością. Coś w tym rodzaju.

Teraz Jackie wlokła się za Peterem jak pies i chociaż szybki ich hełmów były koloru miedzianego, Sax po samych jej ruchach i gestach mógł ocenić, że właśnie przemawiała do swego wybranka, w jakiś sposób mu się przypochlebiając. Russell przełączył się na zwykłe pasmo i przysłuchiwał się ich rozmowie.

— …Dlaczego nazwali je Swiftem i Wolterem? — spytała Jackie.

— Obaj przepowiedzieli istnienie marsjańskich księżyców — odparł Peter. — Pisali o nich w swoich książkach już stulecie wcześniej, zanim ktokolwiek dostrzegł te księżyce. W „Podróżach Guliwera” Swift podał nawet ich odległość od macierzystej planety oraz ich czas orbitowania i niedużo się pomylił.

— Żartujesz!

— Wcale nie.

— Jak to, u diabła, zrobił?

— Nie wiem. Jak sądzę, jest to kwestia ślepego szczęścia.

Sax odchrząknął i wtrącił się:

— Zasada następstwa.

— Co takiego? — spytali oboje równocześnie.

— Wenus nie posiada żadnego księżyca, Ziemia ma jeden, Jowisz cztery. Mars powinien więc mieć dwa. A ponieważ nie mogli ich zobaczyć, uznali, że prawdopodobnie są małe. I zwarte. A zatem szybkie.

Peter roześmiał się.

— Swift musiał być rozgarniętym facetem.

— Albo jego doradca w sprawach nauki. Jednak jego odkrycie i tak można uznać za łut szczęścia. Odkryta przypadkiem zasada następstwa.

Zatrzymali się na kolejnym skruszałym szczycie, z którego widać było stożek Krateru Swifta, w postaci niemal zagrzebanego grzbietu na horyzoncie. Mały szary statek rakietowy, stojący na tle czarnego pyłu wyglądał jak cud. Nad głowami ich trojga wisiał Mars, wypełniając większą część nieba: ogromny pomarańczowy świat. Na wschodnim półksiężycu zapadała noc. Bezpośrednio nad obserwatorami znajdowało się Isidis i chociaż Saxowi nie udało się rozróżnić Burroughs, zauważył, że równiny na północ od miasta były pokryte wielkimi białymi plamami. Lodowce zlewały się w lodowe jeziora, stanowiąc zaczątki lodowego morza. Oceanus Borealis. Karbowana warstwa chmur leżała tuż przy powierzchni. Widok ten nagle przywiódł Saxowi na myśl obraz Ziemi widzianej wiele lat temu z pokładu Aresa.

Układ białych chmur wyglądał dokładnie tak samo, jak wyglądałby na Ziemi. Był to zimny front, schodzący z Syrtis Major. Cykliczne fale zagęszczonych cząsteczek.

Russell opuścił pagórek i ruszył z powrotem ku samolotom. Tylko wysokie sztywne buty utrzymywały go w pozycji pionowej i Saxa bolały kostki. Miał wrażenie, że chodzi po dnie morza, tyle że nie czując żadnego oporu. Kosmiczny ocean. Schylił się i zagrzebał palce w pył: najpierw na głębokość dziesięciu, dwudziestu centymetrów; nie wyczuł skalnego podłoża. Pył mógł mieć pięć czy dziesięć metrów głębokości, może nawet więcej. Chmury pyłu, które kopnął w górę, opadały z powrotem na powierzchnię w ciągu około piętnastu sekund. Pył okazał się tak miałki, że niemal w każdego rodzaju atmosferze jego drobiny mogłyby się bez końca utrzymywać w stanie zawieszenia. W próżni jednak zachowywały się jak wszystkie inne ciała. Ejektamenta. Niedużo trzeba było, aby je odciągnąć od powierzchni. Możliwe stało się po prostu wkopanie pyłu w przestrzeń. Sax przeciął niskie pasmo wzgórz i nagle udało mu się dostrzec, co się znajduje ponad spadzistą płaszczyzną następnej ścianki. Uświadomił sobie wówczas, że mały księżyc ukształtowano niczym jakieś paleolityczne narzędzie podręczne, którego ścianki zostały wygładzone uderzeniami starożytnych meteorytów. Trójosiowa elipsoida. Zdumiał i zaciekawił go fakt, że Deimos miał taką kolistą orbitę, jedną z najbardziej kolistych w całym Układzie Słonecznym. Zupełnie czegoś innego można by się spodziewać po schwytanej przez planetę asteroidzie czy też po ejektamencie, który oderwał się od Marsa i wzniósł w powietrze, w wyniku jednego z dużych uderzeń meteorytowych. Uderzeń, które pozostawiły… no właśnie, co pozostawiły? Bardzo stary przechwyt. Inne ciała na różnych orbitach musiały ją wyregulować. Kamyk, kamyk. Odłamek. Kruszenie. Język jest taki piękny. Jedne skały uderzają w drugie. W kosmicznym oceanie. Strącić fragmenty i odlecieć. Aż one wszystkie wpadną w planetę albo odprysną. Wszystkie poza dwoma. Dwoma spośród miliardów. Księżycowa bornba. W pełni uzbrojona. Księżyc ten wirował jeszcze szybciej niż wędrujący ponad nim Mars, tak że każdy znajdujący się na marsjańskiej powierzchni punkt miał go nad sobą na niebie przez sześćdziesiąt godzin naraz. Tak bliski. Niezależnie od tego, co mówił Michel, rzecz znana była niebezpieczniejsza od czegoś nieznanego. Krok, krok; po dziewiczej skale dziewiczego księżyca człowiek z dziewiczym umysłem stawia krok. Mały Książę. Samoloty stojące na horyzoncie wyglądały absurdalnie, jak insekty ze snu, chitynowe, o posegmentowanym ciele, kolorowe, maleńkie w rozgwieżdżonej czerni, na pokrytej pyłem skale. Sax wszedł z powrotem do śluzy powietrznej.

1 ... 140 141 142 143 144 145 146 147 148 ... 216
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)