Smok Odrodzony
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #3
- Год: 1996
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Smok Odrodzony». Краткое содержание книги:
Z głębi bocznej uliczki dosłyszał dzwonienie młota na kowadle i nieświadomie napiął mięśnie ramion. Jego dłonie tęskniły za kształtem młota i szczypiec, wspomnienia podsuwały obraz rozgrzanego do białości metalu i sypiących się z niego iskier, w miarę jak nabierał kształtu pod uderzeniami. Odgłosy kuźni cichły za plecami, zagłuszone przez turkot wozów i wózków oraz gwar nawoływań sprzedawców i szmer ludzkich rozmów na ulicach. Nad wszystkimi zapachami ludzi i koni, nad zapachami pieczeni i gotowanych posiłków oraz tysiącem innych, które, jak się przekonał, właściwe były miastom, unosiła się dominująca woń bagien i słonej wody.
Zaskoczony był, kiedy po raz pierwszy wjechali na miejski most — niski, kamienny łuk ponad kanałem o szerokości nie większej niż trzydzieści kroków — ale gdy zdarzyło się to po raz trzeci, zrozumiał, że Illian poprzecinane jest równie dużą liczbą kanałów jak ulic, po kanałach pływały wyładowane barki. Transport wodny cieszył się takim samym powodzeniem jak lądowy, który odbywał się za pomocą ciężkich wozów. Lektyki lawirowały wśród tłumów na ulicach, czasami przemknął lakierowany powóz jakiegoś bogatego kupca lub szlachcica, z godłem lub symbolem Domu wymalowanym wielkim znakiem na drzwiczkach. Wielu mężczyzn nosiło dziwne brody, goląc je tak, że pozostawiały odsłoniętą górną wargę, podczas gdy kobiety zdawały się faworyzować kapelusze z szerokim rondem i wstążkami, które spływały im z tyłu na szyję.
W pewnym momencie wjechali na wielki plac, rozciągający na wielu akrach, otoczony potężnymi kolumnami z białego marmuru o wysokości co najmniej piętnastu piędzi i średnicy dwóch, które nie podtrzymywały nic prócz girland gałęzi oliwnych, rzeźbionych na szczycie każdej z nich. Na obu krańcach placu stały wielkie, białe pałace, pyszniące się kolumnowymi krużgankami, zawieszonymi w powietrzu balkonami, smukłymi wieżami i purpurowymi dachami. Na pierwszy rzut oka jeden podobny był do drugiego jak dwie krople wody, ale po chwili Perrin zdał sobie sprawę, że wymiary pierwszego były o ułamek mniejsze, a jego wieże niecały krok niższe.
— Pałac Królewski — powiedziała Zarine za jego plecami. — I Wielki Dwór Rady. Powiada się, że pierwszy król Illian oznajmił, iż Rada Dziewięciu może mieć taki pałac, jaki zechce, dopóki nie zapragną zbudować sobie większego niż królewski. Dlatego też, Rada skopiowała dokładnie pałac króla, jest on jednak mniejszy. I tak zawsze działo się w Illian. Król i Rada Dziewięciu wadzą się ze sobą, a Zgromadzenie i z królem, i z Radą, a dopóki trwają te polityczne bitwy, ludzie mogą żyć tak jak chcą i nikt za bardzo nie zagląda im przez ramię. Nie jest to zły sposób życia, jeżeli już musisz mieszkać w mieście. Sądzę również, że powinieneś także wiedzieć, kowalu, iż to jest plac Tammuza, gdzie złożyłam Przysięgę Myśliwego. Myślę sobie, że już czas, żebym przestała cię tak chętnie wszystkiego uczyć, ponieważ jeszcze trochę i nikt nie będzie mógł zauważyć słomy wystającej z twoich butów.
Perrin z wysiłkiem powstrzymał swój język, postanawiając sobie, że dłużej nie będzie się tak otwarcie na wszystko gapił.
Na pozór nikt nie traktował widoku Loiala jako czegoś niezwykłego. Kilkoro ludzi obejrzało się za nim dwukrotnie, jakieś dzieci pędziły jego śladem przez chwilę, wyglądało jednak, iż Ogirowie nie są w Illian niczym osobliwym. Żaden z mieszkańców nie wyglądał również na szczególnie przytłoczonego panującą wilgocią i upałem.
Pierwszy raz Loial wyglądał na niezadowolonego z reakcji z jakimi się spotykał. Jego długie brwi opadły aż na policzki, uszy przyklapły, chociaż Perrin nie był do końca pewien, czy nie należy tego przypadkiem przypisać panującej pogodzie. Jego koszula przywarła do pleców, klejąc się od potu i wilgoci zawieszonej w powietrzu.
— Obawiasz się, że spotkasz tu jakichś innych Ogirów, Loial? — zapytał.
Poczuł, jak siedząca za nim Zarine aż sztywnieje, koncentrując swą uwagę i przeklął swój długi jęzor. Przyrzekł sobie, że nie powie jej ani słowa ponad to, o czym poinformuje ją Moiraine. W ten sposób, może uda się ją znudzić na tyle, że porzuci ich towarzystwo.
„Jeżeli Moiraine pozwoli jej teraz odejść. Niech sczeznę, nie chcę, by jakiś przeklęty sokół siedział na moim ramieniu, nawet jeśli jest ładny.”
Loial pokiwał głową.
— Nasi mularze czasami pojawiają się tutaj. — Mówił szeptem i to nie tylko rozpatrując rzecz w kategoriach Ogirów, lecz w każdym sensie. — Nasi to znaczy ze Stedding Shangtai. Mularze z mojego stedding wznieśli część Illian: Pałac Zgromadzenia, Wielki Dwór Rady i kilka innych budowli. Zawsze posyłają po nas, kiedy konieczne są jakieś naprawy. Perrin, jeżeli tu są Ogirowie, zmuszą mnie do powrotu do stedding. Powinienem pomyśleć o tym wcześniej. To miejsce sprawia, że czuję się nieswojo, Perrin.
Zastrzygł nerwowo uszami.
Perrin podprowadził Steppera bliżej i sięgnął by poklepać Loiala po ramieniu. Musiał wysoko sięgać, mocno ponad głowę. Świadomy obecności Zarine za swoimi plecami, ostrożnie dobierał słowa.
— Loial, nie wierzę, żeby Moiraine pozwoliła im cię zabrać. Jesteś z nami już od tak dawna, wygląda więc na to, że ona życzy sobie, by dalej tak pozostało. Nie pozwoli im zabrać ciebie, Loial.
„A dlaczego by nie? — zastanowił się nagle. — Pozwala mi jechać ze sobą; ponieważ sądzi, że nie jestem Randowi obojętny, a być może również i dlatego, że nie życzy sobie abym komukolwiek rozpowiadał o tym, co wiem. Niewykluczone więc, że dlatego również wolałaby aby on został.”
— Oczywiście, że nie — powiedział Loial głosem nieco pewniejszym, a jego uszy uniosły się odrobinę. — Mimo wszystko, mogę się do czegoś przydać. Gdyby ona zechciała ponownie podróżować po Drogach, nie potrafiłaby tego dokonać bez mojej pomocy.
Za plecami Perrina Zarine poruszyła się, a on potrząsnął głową, starając się złapać spojrzenie Ogira. Ale Loial nie patrzył na niego. Wyglądał, jakby właśnie dotarł do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów. Pędzelki na jego uszach znowu odrobinę przyklapły.
— Mam nadzieję, że to nie tylko o to chodzi, Perrin. — Ogir ogarnął spojrzeniem otaczające ich miasto; z każdą chwilą uszy coraz bardziej przylegały mu do czaszki. Nie podoba mi się to miejsce, Perrin.
Moiraine podjechała bliżej do Lana i powiedziała coś cicho, wrażliwy słuch Perrina pozwolił mu jednak wyłapać słowa.
— Coś złego się dzieje w tym mieście.
Strażnik kiwnął potakująco głową.
Perrin poczuł mrowienie między łopatkami. Głos Aes Sedai brzmiał ponuro.
„Najpierw Loial, a teraz ona. Dlaczego ja nic nie czuję?”
Promienie słońca lśniły na połyskujących dachówkach, rzucały refleksy na blady kamień ścian. Budynki wyglądały, jakby wewnątrz nich panował chłód. Czyste i jasne, podobnie jak ludzie. Właśnie, ludzie.
Początkowo nie dostrzegł w nich nic niezwykłego. Kobiety i mężczyźni przechodzili obok, zajęci swoimi sprawami, ale wszystko odbywało się jakby wolniej, niźli obserwował to w miastach na północy. Przypisał rzecz całą upałowi i mocy jaskrawych, słonecznych promieni. Potem jednak dostrzegł chłopca od piekarza, który biegł truchtem po ulicy, balansując nad głową wielką tacą świeżo upieczonych bochnów chleba; na twarzy młodzieńca zastygł grymas, obnażający zęby, jakby tamten warczał. Kobieta stojąca przed sklepem tkackim wyglądała, jakby chciała pogryźć jego właściciela, proponujące go jej jaskrawo ubarwione sztuki materiału. Żebrak, siedzący na rogu ulicy, szczerzył zęby i z nie skrywaną nienawiścią patrzył na ludzi wrzucających monety do jego kapelusza. Nie wszyscy wprawdzie wyglądali w ten sposób, ale zorientował się, że przynajmniej na co piątej twarzy wyrył się grymas gniewu i nienawiści. Nie przypuszczał, by ci ludzie byli tego świadomi.