Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Tożsamość Bourne’a
Tożsamość Bourne’a - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Tożsamość Bourne’a

Электронная книга - «Tożsamość Bourne’a». Краткое содержание книги:

Mężczyzna, który wypadł podczas sztormu za burtę małego trawlera, nie pamięta żadnych faktów ze swojego życia. Pewne okoliczności sugerują, że nie był on zwyczajnym człowiekiem – zbyt wiele osób interesuje się jego poczynaniami, zbyt wielu najemnych morderców usiłuje go zlikwidować. Sprawność, z jaką sobie z nimi radzi, jednoznacznie wskazuje na specjalne przygotowanie, jakie przeszdł. Jego przeznaczeniem jest walka o przeżycie i wyjaśnienie tajemnic przeszłości…
Tożsamość Bourne'a należy do najlepszych powieści Roberta Ludluma, pisarza przewyższającego popularnością wszystkich znanych polskiemu czytelnikowi pisarzy gatunku sensacyjnego. Niektórzy twierdzą, że jest to jego najlepsze dzieło, czego pośrednim dowodem kontynuacja w postaci następnych dwóch tomów oraz doskonały film i serial z Richardem Chamberlainem, cieszący się ogromnym powodzeniem na całym świecie.
1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 151
Перейти на страницу:

– Co pan ma na myśli?

– Wytłumaczę po drodze. Teraz naszym zadaniem – naszym jedynym zadaniem – jest nawiązanie kontaktu z Deltą.

– Jasonem?

– Tak. Z człowiekiem, którego pani zna jako Jasona Bourne’a.

– A on od samego początku był jednym z was – powiedziała Marie. – Nie będzie żadnych zobowiązań, żadnych długów do spłacenia ani żadnych targów o przebaczenie?

– Żadnych. Dowie się pani wszystkiego w odpowiednim czasie, ale to nie jest odpowiedni czas. Ustaliłem, że będzie pani po drugiej stronie ulicy, w nie oznakowanym rządowym samochodzie, dokładnie naprzeciwko domu. Mamy dla pani lornetkę; zna go pani teraz lepiej niż ktokolwiek inny. Może go pani dostrzeże. Modlę się o to.

Marie podeszła szybko do szafy i włożyła płaszcz.

– Pewnej nocy powiedział, że jest kameleonem…

– Zapamiętał? – przerwał jej Crawford.

– Zapamiętał co?

– Nic. W trudnych sytuacjach umiał się pojawiać i znikać; nikt nie był w stanie go dostrzec. Tylko to chciałem powiedzieć.

– Chwileczkę. – Marie podeszła do generała ze spojrzeniem nagle utkwionym w jego oczach. – Mówi pan, że musimy nawiązać z Jasonem kontakt, ale istnieje lepszy sposób. Pozwólmy mu podejść do nas! Do mnie. Postawcie mnie na schodach tego domu. Kiedy mnie zobaczy, da mi znać.

– Wystawiając na strzał dwa cele!

– Nie zna pan swojego człowieka, generale. Powiedziałam „da mi znać”. Przyśle kogoś, zapłaci komuś na ulicy, żeby dostarczył wiadomość. Znam go. Zrobi tak! To najpewniejsza droga!

– Nie mogę się na to zgodzić.

– Dlaczego nie? Do tej pory działał pan głupio! Na oślep! Niechże pan raz postąpi jak inteligentny człowiek!

– Nie mogę. To nawet mogłoby rozwiązać problemy, o których pani nie wie, ale nie mogę.

– Niech pan poda jakiś powód!

– Jeśli Delta ma rację, jeśli Carlos rozpoczął już polowanie na niego i znajduje się na ulicy, ryzyko jest zbyt duże. Carlos zna panią z widzenia, i zabije.

– Chętnie podejmę takie ryzyko.

– A ja nie. Chcę wierzyć, że mówię w imieniu rządu.

– Szczerze powiedziawszy, nie wydaje mi się.

– Niech pani to zostawi innym. Czy możemy jechać?

– Administracja – obojętnym, śpiewnym głosem oznajmiła telefonistka.

– Z panem J. Petrocellim, proszę – napiętym głosem powiedział Aleksander Conklin. Stał przy oknie, trzymając w jednej dłoni słuchawkę, a drugą ocierając pot z czoła. – Szybko, proszę!

– Wszystkim się śpieszy… – zdanie urwało się, zastąpione przez sygnał.

– Petrocelli, Wydział Reklamacji Zleceń.

– Co wy tam, ludzie, robicie?! – wybuchnął agent CIA, chcąc zaskoczeniem posłużyć się jako bronią.

Nastąpiła krótka pauza.

– W tej chwili wysłuchujemy jakiegoś wariata, który zadaje głupie pytanie.

– No więc słuchaj dalej. Nazywam się Conklin. Centralna Agencja Wywiadowcza. Instrukcja Cztery-Zero. Czy rozumiesz, co to znaczy?

– Nie zrozumiałem nic z tego, co powiedzieliście przez ostatnie dziesięć lat.

– To radzę ci zrozumieć. Straciłem na to prawie cholerną godzinę, ale właśnie udało mi się złapać kierownika tej firmy od przeprowadzek. Tu, w Nowym Jorku. Powiedział, że ma zlecenie na wywóz wszystkich mebli z domu przy Siedemdziesiątej Pierwszej ulicy. Dokładnie z numeru sto czterdziestego. Na zleceniu widnieje pański podpis.

– Tak, pamiętam. O co chodzi?

– Kto wam kazał to zrobić? To nasz teren. W zeszłym tygodniu wywieźliśmy nasz sprzęt, ale nie prosiliśmy – powtarzam – nie prosiliśmy o jakąkolwiek inną działalność.

– Chwileczkę – powiedział urzędnik. – Widziałem to zlecenie. Mam na myśli to, że przeczytałem je przed podpisaniem; zdumiewacie mnie chłopcy. Zlecenie przyszło prosto z Langley na formularzu pierwszeństwa.

– Od kogo z Langley?

– Sekundę. Mam kopię w kartotece na moim biurku. – W słuchawce słychać było szelest papierów. Po chwili ucichł i do telefonu wrócił Petrocelli. – Oto ono, Conklin. Możesz się poskarżyć własnym ludziom z Kontroli Administracji.

– Nie mieli pojęcia, co robią. Anuluj to zlecenie. Zadzwoń do firmy przewozowej i powiedz im, żeby się stamtąd wynosili! Już!

– Nic z tego nie będzie, szpiegu.

– Co?

– Jeżeli na moim biurku przed trzecią po południu pojawi się zapotrzebowanie z prawem pierwszeństwa, to może – ale tylko może – załatwię to jutro. Wtedy wniesiemy wszystko z powrotem.

– Wniesiecie wszystko z powrotem?

– Zgadza się. Każecie nam wynieść, to wynosimy. Każecie wnieść, to wnosimy. Tak jak i wy, mamy metody i przepisy, których musimy się trzymać.

– Całe to wyposażenie – wszystko – zostało wypożyczone! To nie była, nie jest operacja agencji.

– W takim razie po co dzwonisz? Co masz z tym wspólnego?

– Nie mam czasu na wyjaśnienia. Po prostu zabierz stamtąd tych ludzi. Zadzwoń do Nowego Jorku i niech się stamtąd zabierają! To są rozkazy z instrukcji Cztery-Zero.

– Zrób z tego sto cztery i wciąż nic z tego nie będzie… Posłuchaj, Conklin, obaj wiemy, że dostaniesz, czego chcesz, kiedy ja dostanę to, czego mi potrzeba. Zrób to we właściwy sposób. Oficjalnie.

– Nie mogę w to wciągać agencji!

– Mnie też.

– Ci ludzie muszą się stamtąd wynieść! Mówię ci… – Conklin przerwał, spojrzawszy na wykładany piaskowcem budynek po drugiej stronie ulicy. Jego umysł ogarnął nagły paraliż. Po betonowych schodach wchodził wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu; odwrócił się i nieruchomo stanął w otwartych drzwiach. To był Crawford. Co on robił? Co on tu robił? Stracił rozum; zwariował! Stanowi nieruchomy cel – zepsuje zasadzkę!

– Conklin? Conklin…? – Głos odpłynął; funkcjonariusz CIA odłożył słuchawkę.

Conklin odwrócił się do krępego mężczyzny stojącego dwa metry dalej, tuż przy oknie. W wielkiej dłoni trzymał karabin z przymocowanym do lufy celownikiem optycznym. Generał nie wiedział, jak się nazywa i nie chciał wiedzieć: zapłacił wystarczająco dużo, żeby się nad tym nie zastanawiać.

– Widzisz tego tam człowieka w czarnym płaszczu stojącego przy drzwiach? – zapytał.

– Widzę. To nie ten, którego szukamy. Za stary.

– Idź tam i powiedz mu, że po drugiej stronie ulicy jest kulawy facet, który chce się z nim widzieć.

Bourne wyszedł ze sklepu z używaną odzieżą przy Trzeciej Alei i na chwilę zatrzymał się przed brudną witryną, by ocenić swój wygląd.

Wystarczy: wszystkie elementy do siebie pasowały. Czapka z czarnej wełny do połowy zakrywała mu czoło; o kilka numerów za duża, poplamiona i pomarszczona wojskowa kurtka; czerwona flanelowa koszula w kratę; szerokie, wypchane na kolanach spodnie koloru khaki i ciężkie buciory na grubej gumowej podeszwie, z olbrzymimi zaokrąglonymi noskami – uzupełniały się idealnie. Musiał tylko poćwiczyć chód pasujący do tego ubrania. Chód silnego, tępego mężczyzny, którego ciało zaczęło już odczuwać efekty ustawicznej harówki, a umysł pogodził się z codzienną ciężką pracą, rekompensowaną kilkoma puszkami piwa po fajrancie.

Wypracuje ten chód: używał go już poprzednio. Gdzieś. Ale zanim odwoła się do wyobraźni, musi zadzwonić. Nieco dalej dostrzegł budkę z postrzępioną książka telefoniczną, wiszącą na łańcuchu pod metalową półką. Jego nogi bez udziału świadomości usztywniły się, stopy ciężko opadały na chodnik, a ramiona z trudem obracały się w stawach. Palce, wykrzywione przez lata nadmiernego wysiłku, trzymał lekko rozchylone. Zastygły na twarzy tępy wyraz przyjdzie później. Jeszcze nie teraz.

– Belkins, „Przeprowadzki i Magazynowanie” – oznajmiła telefonistka gdzieś w Bronksie.

– Nazywam się Johnson – niecierpliwie, lecz grzecznie powiedział Jason. – Mam pewien problem i mam nadzieję, że mi pani pomoże.

1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)