Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Социально-философская фантастика » Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]
Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]

Электронная книга - «Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]». Краткое содержание книги:

Tytuł tej książki to wołanie o pomoc, błaganie nie o komfort, ale o przeżycie w świecie, w którym nie ma już żywności, w którym o każdy skrawek trzeba iść o lepsze ze szczurami i milionami innych ludzi, chyba że uda się upolować szczura, by zjeść go zamiast sojowej papki lub owsianki. Każdy radzi sobie, jak może. Dania odgrodziła się murem, zza którego strażnicy strzelają do każdego, kto pragnie dostać się do tej ziemi obiecanej. Między Związkiem Radzieckim a Chinami toczy się wojna i mało komu zależy na jej zakończeniu, gdyż rozwiązuje to nieco sprawę przeludnienia. Nowy Jork liczy trzydzieści pięć milionów mieszkańców i gorszy jest od dżungli, nie uznaje bowiem żadnych praw. I w tym oto molochu Andy Rush, policjant, ma przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa. Podejmując się czegoś niemal niewykonalnego, szuka również odpowiedzi na pytanie, dlaczego przyszło mu żyć w ten właśnie sposób: w zgiełku, lecz samotnie, wśród przemocy, głodu — i kto jest temu winien.
1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 58
Перейти на страницу:

— Policja — rzekł Andy pokazując odznakę. — Co się stało?

Rosły mężczyzna nie odpowiedział od razu, wskazał tylko głową na oddalającego się posłańca, a gdy tamten był już poza zasięgiem głosu, zwilżył wargi i wyszeptał:

— Coś paskudnego — próbował wyrazić spojrzeniem smutek, lecz oczy lśniły mu z podniecenia. — . To… morderstwo… pewien gość został zabity…

Na Andym nie zrobiło to wrażenia; przeciętna dla miasta Nowy Jork wynosiła siedem morderstw dziennie, a w „szególnie udane” dni i dziesięć.

— Chodźmy to zobaczyć — powiedział i podążył za portierem do windy.

— To tutaj — wskazał portier otwierając zewnętrzne drzwi mieszkania 41-E; z wnętrza wypłynęło przynoszące ulgę chłodne powietrze.

— To tyle — powiedział Andy do wyraźnie rozczarowanego portiera. — Teraz już ja się tym zajmę. — Wchodząc zauważył głębokie rysy na drzwiach. Spojrzał w głąb mieszkania; na ustawionych pod ścianą krzesłach siedziało w korytarzu dwoje ludzi. Na trzecim krześle spoczywała torba pełna żywności.

Wyraz ich twarzy był niemal identyczny — rozwarte w szoku oczy, twarze porażone nadejściem czegoś całkowicie nieoczekiwanego. Dziewczyna była atrakcyjnym rudzielcem, włosy miała długie, mile pasujące do różowej karnacji. Druga osoba, mężczyzna, wstał natychmiast i Andy rozpoznał w przysadzistym. Murzynie osobistego strażnika.

— Jestem detektyw Rusch, rejon 12-A.

— Tab Fielding, a to panna Greene, mieszka tutaj. Chwilę temu wróciliśmy z zakupów. Dostrzegłem ślady włamania na drzwiach, wszedłem i zajrzałem tam — wskazał kciukiem na najbliższe zamknięte drzwi — i znalazłem go. Panna Greene zjawiła się minutę później i też go widziała. To Mr O’Brien. Przeszukałem mieszkanie, lecz nie znalazłem nikogo i niczego więcej. Miss Shirl, panna Greene, została na korytarzu, a ja zjechałem na dół, by wezwać policję. Potem siedzieliśmy już tutaj. Niczego nie dotykaliśmy.

Andy przyjrzał im się dokładnie i pomyślał, że cała ta historia musi być prawdziwa; łatwo było ją sprawdzić wypytując windziarza czy portiera, lecz byłaby to zbyteczna fatyga.

— Chciałbym, żebyście oboje weszli tam ze mną.

— Ja nie chcę — powiedziała szybko dziewczyna zaciskając palce na poręczach krzesła. — Nie chcę go więcej oglądać teraz, gdy…

— Przykro mi, ale obawiam się, że nie mogę tu pani zostawić samej.

Nie upierała się dłużej, powoli wstała i przygładziła dłonią fałdy szarej sukni. Gdy przechodziła obok Andy’ego, ten zdał sobie sprawę, że jest bardzo ładna. Strażnik przytrzymał drzwi i detektyw wszedł za nią do sypialni. Odwracając twarz do ściany, dziewczyna szybko przeszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi.

— Nic jej nie będzie — stwierdził Tab, zauważając poruszenie detektywa. — To dość twardy dzieciak, ale nie może pan mieć do niej pretensji, że nie ma ochoty oglądać czegoś takiego jak to.

Andy po raz pierwszy spojrzał na ciało. Widział już rzeczy o wiele gorsze. Po śmierci Michael O’Brien robił wrażenie nie mniejsze niż udawało mu się to za życia. Leżał na plecach z rozrzuconymi rękami i nogami, rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Z boku głowy wystawało długie żelazo, cienki strumyczek ciemnej krwi ściekał po szyi na podłogę. Andy ukląkł i dotknął nagiego przedramienia — skóra była zimna. Po części zapewne za sprawą klimatyzacji. Wstał i popatrzył na drzwi łazienki.

— Czy ona może nas słyszeć? — spytał.

— Nie, sir. Są dźwiękoszczelne jak całe mieszkanie.

— Powiedział pan, że ona tu mieszka. Jak mam to rozumieć?

— Ona jest, była, dziewczyną Mr O’Briena. Nie ma z tym nic wspólnego, bo i czemu niby. On ją utrzymywał, dzięki niemu miała a suchary i margarynę… — nagle zdał sobie z czegoś sprawę. — I był moim pracodawcą. Oboje będziemy musieli teraz poszukać sobie nowego punktu zaczepienia. — Ramiona mu opadły i zamyślił się, z niepokojem spoglądając w niespodziewanie niepewną przyszłość.

Andy rozejrzał się po porozrzucanych w nieładzie ubraniach i wyrzuconych szufladach.

— Może walczyli przed jej wyjściem i wtedy…

— Nie panna Shirl! — pięści Taba zacisnęły się mocno. — Ona nie byłaby w stanie zrobić czegoś takiego. Gdy mówiłem, że to twandy dzieciak, miałem na myśli, że potrafi radzić sobie w życiu. Tego by nie zrobiła. To musiałoby się stać zanim spotkałem ją na dole, w westybulu. A była taka jak zawsze, miła, szczęśliwa… Nie zachowywałaby się w ten sposób, gdyby wcześniej doszło do czegoś takiego — wskazał ze złością na leżące pomiędzy nimi ciało.

Andy w myślach zgodził się ze strażnikiem. Tak piękny kociak jak ona nie musiał zabijać. To co robota, robiła dla forsy, a jeśli wybrany sprawiał zbyt wiele kłopotów, to wystarczyło odejść i poszukać sobie kogoś nowego z pieniędzmi. To nie wymagało morderstw.

— A ty, Tab, nie stuknąłeś przypadkiem starego?

— Ja? — Nie był zły, był zdziwiony. — Po raz pierwszy wszedłem dziś na górę dopiero wtedy, gdy odprowadzałem pannę Shirl. — Wyprostował się okazując zawodową dumę. — Poza tym, jestem strażnikiem, mam kontrakt, by go chronić, a ja nie łamię umów. A jeśli kogoś zabijam, to nie tak. Tak się nie zabija.

Z każdą minutą pobytu w klimatyzowanym pokoju Andy czuł się lepiej. Wysychający pot mile chłodził mu ciało, a ból głowy niemal już zniknął. Uśmiechnął się.

— Zgadzam się, jesteście oboje poza podejrzeniami. Lecz proszę, niech pan nie powtarza tego nikomu, zanim nie złożę meldunku. Wygląda to na zwykłą kradzież z włamaniem. O’Brien musiał wejść tutaj i zaskoczyć złodzieja, który poczęstował go tym czymś, co teraz sterczy mu z głowy — spojrzał na leżącą postać. — Kim on by i z czego się utrzymywał? O’Brien to popularne nazwisko.

— Robił interesy — powiedział Tab beznamiętnie. — Nie jesteś zbyt rozmowny, Fielding. Może spróbujesz raz jeszcze?

Tab spojrzał na zamknięte drzwi łazienki i wzruszył ramionami.

— Nie wiem dokładnie, co robił. Mam dość rozumu, by nie pytać o to, co mnie nie dotyczy. Miał coś wspólnego z jakimiś ciemnymi interesami i z polityką. Wiem, że odwiedzały go tutaj różne szyszki z Ratusza…

Andy strzelił palcami.

— O’Brien, byłby to Wielki Mike O’Brien?

— Tak go nazywali.

— Wielki Mike… Cóż, zatem nie ma czego żałować. Gdyby tak szlag zechciał trafić jeszcze kilku takich jak on…

— To już nie moja sprawa — Tab wpatrywał się przed siebie z twarzą pozbawioną wyrazu.

— Uspokój się. Już dla niego nie pracujesz. Twój kontrakt wygasł.

— Zapłacono mi do końca miesiąca, dopiero wtedy skończę pracę.

— Skończyłeś ją w chwili, gdy ten tutaj wylądował na podłodze. Myślę, że lepiej będzie, jeśli teraz zaopiekujesz się dziewczyną.

— Właśnie tak zamierzam — rysy jego twarzy złagodniały nieco, spojrzał na detektywa. — To wszystko nie będzie dla niej łatwe.

— Da sobie radę — rzucił beznamiętnie Andy. Wyjął notatnik i rylec. — Porozmawiam z nią teraz, potrzebuję materiału do meldunku. Poczekaj w mieszkaniu, aż skończę z nią i porozmawiam jeszcze z pracownikami budynku. Jeśli ich zeznania potwierdzą twoje, to nie będę cię już potrzebował.

1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)