Zielony Mars [Green Mars - pl]
- Автор: Робинсон Ким Стэнли
- Серия: Mars (pl) #2
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7180-674-4
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Zielony Mars [Green Mars - pl]». Краткое содержание книги:
— Dlaczego was to zaskakuje? Przecież nie wymyśliliśmy tych punktów, po prostu spisaliśmy tylko to, co mówili ludzie.
Delegaci kiwali z zainteresowaniem głowami na te słowa, a następnie wracali na spotkania i ponownie podejmowali pracę nad kolejnymi punktami. Nadii nagle zaczęło się wydawać, że dzięki oświadczeniom Arta i Nirgala o istnieniu zgodności interesów, wszędzie — jakby zawezwana z chaosu — panuje zgoda. Wiele sesji w tym tygodniu kończyło się czymś w rodzaju mocnego jak kavajava konsensusu politycznego. Sporo problemów znalazło rozwiązanie, na kształt którego mogło się zgodzić wiele stronnictw.
Jednak kłótnie na temat metod stały się przez to tylko jeszcze gwałtowniejsze. Spory dzieliły wszystkich: na przykład Nadia występowała przeciw Kojotowi, Kaseiowi, „czerwonym”, członkom koalicji „Nasz Mars” i wielu bogdanowistom.
— Nie możemy osiągnąć tego, o co nam chodzi, poprzez morderstwo!
— Oni nie oddadzą nam bez walki tej planety! Polityczna potęga zaczyna się na końcu pistoletu!
Pewnej nocy po jednej z tych zagorzałych kłótni spora grupka delegatów udała się na mielizny stawu Fajstos, usiłując się zrelaksować. Sax siedział na podwodnej ławce i potrząsał głową.
— Klasyczne problemy karania… nie… to znaczy… przemocy — zaskrzeczał. — Radykalizm, liberalizm. Ci, którzy nigdy nie zdołali się pogodzić. Zanim.
Art zanurzył głowę w wodzie, potem wysunął ją na powierzchnię, pryskając kropelkami. Znużony i sfrustrowany, powiedział:
— A co ze zintegrowanymi metodami zwalczania szkodników? Co z nakazem wycofania się z działalności?
— Przymusowym zwolnieniem — poprawiła go Nadia.
— Dekapitacją — dodała Maja.
— Jakkolwiek to nazwiecie! — uciął Art, opryskując ich wodą. — Aksamitna rewolucja. Jedwabna rewolucja.
— Aerożelowa — dodał Sax. — Lekka, mocna. I niewidzialna.
— Warto spróbować! — rzucił Randolph.
Ann potrząsnęła głową.
— Coś takiego nigdy się nie sprawdzi.
— Jednak to lepsze niż kolejny rok 2061 — odpaliła Nadia.
— Lepiej zgódźmy się na tę grę — powiedział Sax. — To znaczy na ten plan.
— Ależ nie możemy — odrzekła Maja.
— Front jest szeroki — naciskał Art. — Wyjdźmy tam i zróbmy to, na co mamy ochotę.
Wszyscy troje: Sax, Nadia i Maja potrząsnęli natychmiast głowami; widząc to, Ann nieoczekiwanie się głośno roześmiała. A wtedy całą grupą, siedząc w stawie, zaczęli chichotać, zupełnie nie wiedząc z jakiego powodu.
Końcowe spotkanie ogólne odbyło się późnym popołudniem, w parku Zakros, w tym samym miejscu, gdzie kongres się zaczął. W powietrzu wisiało dziwne napięcie i skrępowanie. Nadia czuła, że większość osób niechętnie przystała na Deklarację z Dorsa Brevia, która była obecnie wielokrotnie dłuższa niż pierwotny szkic Arta i Nirgala. Priska czytała głośno każdy punkt i po każdym rozlegały się wiwaty, wyrażające ostateczne wotum zaufania i aprobatę; jednak różne grupy wiwatowały głośniej przy niektórych punktach niż przy innych, a kiedy kobieta skończyła czytać, ogólny aplauz był krótki i najwyraźniej wyłącznie kurtuazyjny. Nikt nie mógłby być z tego powodu szczęśliwy, a Art i Nirgal wyglądali na zupełnie wyczerpanych.
Gdy wiwaty się skończyły, przez chwilę wszyscy nieruchomo i w milczeniu siedzieli na swoich miejscach. Nikt nie wiedział, co należy teraz robić; brak porozumienia co do metod najwidoczniej trwał aż do tej chwili. Co teraz? Co dalej? Po prostu rozjechać się do domów? A posiadamy jeszcze domy?
Moment milczenia przeciągał się nieprzyjemnie, był nawet w jakiś niewyraźny sposób bolesny (jak bardzo potrzebowali w obecnej chwili Johna!), więc Nadia poczuła ulgę, gdy ktoś wreszcie coś krzyknął — był to krzyk, który wydawał się zdejmować złośliwe zaklęcie. Rosjanka rozejrzała się dokoła, a następnie podążyła wzrokiem w miejsce, na które wskazywali zebrani.
Na schodach, wysoko na czarnej ścianie tunelu, stała zielona kobieta. Była naga, miała zieloną skórę, połyskującą w promieniach popołudniowego słońca, które padało na nią ze świetlika: siwowłosa, bez biżuterii, całkowicie rozebrana, pokryta jedynie warstewką zielonej farby. I to, co mogłoby wyglądać normalnie w nocnym stawie, w tym żywym świetle dziennym wydawało się niebezpieczne i prowokujące — stanowiło szok dla zmysłów, wyzwanie wobec wyobrażenia wszystkich zgromadzonych, czym był lub miał być kongres polityczny.
Zieloną kobietą była Hiroko. Zaczęła schodzić po schodach równym, miarowym krokiem. Ariadne, Charlotte i wiele innych kobiet minojskich stało u podnóża schodów czekając na nią, wraz z najbliższymi współpracownikami Japonki z ukrytej kolonii: Iwao, Ryą, Jewgienią, Michelem i całą resztą małej grupki. Podczas gdy Hiroko schodziła, zaczęli śpiewać, a kiedy dotarła do nich, obwiesili ją sznurami jaskrawoczerwonych kwiatów. Nadii skojarzyło się, że jest to rytuał płodności, sięgający bezpośrednio do jakiejś „paleolitycznej” części ich mózgów i mieszający się z areofanią Hiroko.
Kiedy Hiroko opuściła ostatni stopień, otaczała ją już mała grupka zwolenników wyśpiewujących imiona Marsa:
— Al-Qahira, Ares, Auqakuh, Bahram — i tak dalej, wielki melanż archaicznych sylab, do którego niektórzy z grupy wtrącali co jakiś czas: — Ka… ka… ka…
Hiroko poprowadziła orszak ścieżką w dół; szli wśród drzew, potem po trawie, aż dotarli na miejsce spotkania w parku. Japonka szła prosto przez środek tłumu, a jej zielona twarz przybrała wyraz uroczystego skupienia. Kiedy przechodziła, wiele osób wstawało. Jackie Boone wyszła z tłumu i przyłączyła się do grupki zwolenników, a jej zielona babka wzięła ją za rękę. Te dwie kobiety wyznaczały teraz drogę przez tłum: stara matriarchini — wysoka, dumna, bardzo stara, sękata jak drzewo i tak zielona jak liście oraz Jackie — jeszcze wyższa, młoda i pełna wdzięku jak tancerka, z czarnymi włosami, które spływały jej do połowy pleców. Przez tłum przeleciał szelest, potem westchnienie, a dwie kobiety oraz podążająca za nimi grupa zeszły na centralną ścieżkę przy kanale. Ludzie zaczęli wstawać; coraz więcej osób szło za tą grupą, a znajdujący się wśród nich sufici tańczyli — jeden za drugim — wokół obwodu grupy.
— Ana el-Haqq, ana Al-Qahira, ana el-Haqq, ana Al-Qahira…
I tak ścieżką obok kanału schodziło tysiące ludzi podążających za dwiema kobietami i ich orszakiem; sufici śpiewali, inni intonowali fragmenty areofanii Hiroko, a reszta milczała zadowolona z samej możliwości wędrówki za tamtymi.
Nadia szła przed siebie i, trzymając za ręce Nirgala i Arta, czuła się szczęśliwa. Jesteśmy przecież zwierzętami, myślała, niezależnie od tego, gdzie zdecydujemy się żyć. Odczuła coś w rodzaju czci — wrażenie bardzo rzadkie w jej życiu — czci wobec boskości życia, które przybierało takie piękne formy.
Przy stawie Jackie zdjęła rdzawy kombinezon, a potem wraz z Hiroko stanęły po kostki w wodzie. Patrzyły na siebie i trzymały splecione ręce tak wysoko nad głowami, jak tylko mogły sięgnąć. Inne minojskie kobiety dołączyły się do tego mostu. Stare i młode, zielone i różowe…
Mieszkańcy ukrytych kolonii przeszli pod mostem jako pierwsi, wśród nich sama Maja, trzymając za rękę Michela. A potem cała reszta osób zaczęła przechodzić pod tym „matczynym” mostem, mając wrażenie, że jest to jakiś rytuał, powtarzany już milionowy raz, który również liczy sobie milion lat, coś, co zostało zakodowane w genach wszystkich zebranych i coś, co wszyscy praktykowali przez całe życie. Sufici tańczyli pod splecionymi dłońmi kobiet, nadal odziani w białe falujące stroje; inni — najwyraźniej uważając to za wzorzec postępowania — także pozostali w ubraniach, jednak poczęli się rzucać do wody i nurkować pod nagimi kobiecymi ciałami. Zeyk i Nazik szli przez wodę, śpiewając: