Smok Odrodzony
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #3
- Год: 1996
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Smok Odrodzony». Краткое содержание книги:
Postanowiła nazwać siwka Mgła, w nadziei że delikatne imię pomoże ją poskromić, i w rzeczy samej, kiedy wyruszyły na południe, dokładnie w chwili gdy słońce podniosło czerwony krąg ponad horyzont, Mgła stąpała lekko niczym puch.
Aielowie towarzyszyli im pieszo, wszyscy, którzy przeżyli bój. Oprócz dwójki zabitej przez Myrddraali, zginęło jeszcze troje. Obecnie zostało ich dziewiętnaścioro. Z łatwością, biegnąc wielkimi susami, dotrzymywali kroku koniom. Z początku Egwene usiłowała powstrzymywać Mgłę, prowadzić ją dość wolnym krokiem, ale Aielowie uznali jej starania za bardzo zabawne.
— Mogę się z tobą ścigać na dystansie dziesięciu mil — powiedziała Aviendha — i zobaczymy, kto wygra, ja czy twój koń.
— Ja mogę się ścigać przez dwadzieścia mil! — zawołał ze śmiechem Rhuarc.
Egwene pomyślała, że w istocie mogą mówić prawdę i kiedy pognały swe konie szybszym krokiem, Aielowie dalej nie wykazywali najmniejszych śladów zmęczenia.
Gdy kryte strzechą dachy Jurene pojawiły się w polu widzenia, Rhuarc powiedział:
—Żegnajcie więc, Aes Sedai. Obyście zawsze znalazły wodę i cień. Być może spotkamy się jeszcze, zanim nadejdzie zmiana.
Jego głos był przesycony smutkiem. Kiedy grupa Aielów skręcała na południe, Aviendha, Chiad i Bain uniosły dłonie w geście pożegnania. Nawet teraz, gdy nie musieli już dotrzymywać kroku koniom, nie zwolnili nawet na jotę, a nawet pobiegli odrobinę szybciej. Egwene podejrzewała, że postanowili utrzymać to tempo, zanim nie dotrą do miejsca, do którego zmierzali.
— Co on chciał przez to powiedzieć? — zapytała. „Być może spotkamy się jeszcze, zanim nadejdzie zmiana?”
Elayne potrząsnęła głową.
— Nie ma znaczenia co chciał powiedzieć — odrzekła Nynaeve. — Cieszę się, że zjawili się ubiegłej nocy, podobnie jak z tego, że teraz już sobie poszli. Mam nadzieję, że znajdziemy tu jakiś statek.
Samo Jurene było małą mieściną, składało się wyłącznie z parterowych, drewnianych domów, ale powiewał nad nim sztandar Białego Lwa Andoru, zawieszony na wysokim maszcie. Sztandaru broniło pięćdziesięciu Gwardzistów Królowej w czerwonych kaftanach i szerokich białych kołnierzach, wystających spod błyszczących napierśników. Rozmieszczono ich tutaj, powiedział kapitan, jako osłonę schronienia dla uciekinierów, którzy pragnęliby dostać się do Andoru, ale z każdym dniem przybywało ich coraz mniej. Obecnie większość udawała się do wiosek, leżących w dole rzeki, bliżej Aringill. Dlatego dobrze się stało, że trzy kobiety przybyły właśnie teraz, kiedy w każdej chwili oczekiwał rozkazów, odwołujących jego kompanię z powrotem do Andoru. Nieliczni mieszkańcy zapewne udadzą się tam wraz z nimi, pozostawiając resztę dobytku na pastwę rozbójników i cairhieńskich żołnierzy zwaśnionych Domów.
Egwene skrywała twarz pod kapturem mocnego, wełnianego płaszcza, jednak żaden z żołnierzy nie kojarzył dziewczyny o rudozłotych włosach ze swoją Córką-Dziedziczką. Niektórzy prosili ją, by została z nimi, Egwene nie była do końca pewna czy Elayne poczuła się obrażona, czy ukontentowana. Sama na podobne pytania odpowiadała żołnierzom, że nie ma dla nich czasu. Było to w dziwny sposób przyjemne, być proszoną;rzecz jasna nie miała najmniejszego zamiaru całować któregokolwiek z nich, niemniej napełniało ją zadowoleniem, że niektórzy przynajmniej mężczyźni uważają ją za równie ładną jak Elayne. Nynaeve zaś uderzyła jednego w twarz. Kiedy się o tym dowiedziała, niemalże wybuchnęła Śmiechem, a Elayne w ogóle nie mogła się powstrzymać. Nynaeve musiała poczuć się dotknięta, jednak pomimo ognia w oczach również nie wyglądała na całkowicie niezadowoloną.
Nie nosiły już pierścieni. Nynaeve szybko przekonała je, że jedynym miejscem, gdzie nie powinny być brane za Aes Sedai, jest Łza, zwłaszcza jeśli przebywają w niej Czarne Ajah. Egwene schowała swój pierścień do sakiewki z ter’angrealem, nieprzerwanie dotykała jej, by upewnić się, że nic nie zgubiła. Nynaeve nosiła swój na sznurku, obok ciężkiego pierścienia Lana, na piersiach.
W Jurene napotkały statek, stał przy pojedynczym kamiennym molo, wbijającym się w Erinin. Wyglądało na to, że nie jest to ten sam statek, który widziała Aviendha, niemniej zawsze było to coś. Egwene była nieco przerażona, kiedy go zobaczyła. Dwukrotnie szerszy niż „Błękitny Żuraw”, „Kormoran” zawdzięczał swą nazwę pełnemu dziobowi, równie okrągłemu jak brzuch jego kapitana.
Ten poczciwy człeczyna zapytany czy jego łódź jest szybka, wbił wzrok w Nynaeve, zamrugał i podrapał się za uchem.
— Szybka? Jestem pełen luksusowego drewna z Shienaru i dywanów z Kandoru. Jakie miałbym powody, by spieszyć się, przewożąc taki ładunek? Ceny przecież tylko nieprzerwanie rosną. Tak, przypuszczam, że za mną znajdują się szybsze statki, ale one nie cumują tutaj. Ja również bym nie stanął, gdybym nie odkrył w mięsie robaków. Głupotą byłoby oczekiwać, że w Cairhien będą mieli mięso na sprzedaż. „Błękitny Żuraw”? Tak, widziałem Ellisora zahaczonego na czymś, dzisiejszego ranka w górze rzeki. Szybko nie ruszy dalej, jak mniemam. Oto co dała wam podróż na szybkiej łodzi.
Nynaeve zapłaciła za ich przejazd — i dwa razy tyle za konie — mając w oczach coś takiego, że ani Egwene, ani Elayne nie odważyły się odezwać do niej długo jeszcze po tym, jak „Kormoran” odbił od nabrzeża Jurene.
40
Bohater pośród nocy
Przechylony przez nadburcie, Mat patrzył, jak obwarowane murami miasto Aringill przybliża się miarowo po każdym uderzeniu wioseł, które pchały „Szarą Mewę” w kierunku smołowanych, drewnianych doków. Na przystani chronionej przez wysokie, kamienne skrzydła murów wbijających się w rzekę, mrowiło się mnóstwo ludzi, jeszcze więcej wysiadało z łodzi rozmaitych rozmiarów, przycumowanych wzdłuż nabrzeży. Niektórzy pchali taczki, inni ciągnęli sanie lub wozy na wysokich kołach, wszystkie załadowane stosami mebli i przywiązanych kufrów, większość jednak niosła tobołki na plecach, jeśli w ogóle dźwigali ciężary. Nie wszyscy uwijali się pośpiesznie wokół swoich spraw. Grupki mężczyzn i kobiet zbierały się niepewnie, dzieci z płaczem przywierały do ich nóg. Żołnierze w czerwonych kaftanach i lśniących napierśnikach nieprzerwanie próbowali zmusić ich, by przeszli z doków do miasta, większość gromadzących się na nabrzeżu wydawała się jednak nazbyt przestraszona, by ruszać dalej.
Mat odwrócił się i osłaniając oczy, spojrzał na rzekę, którą właśnie przypłynęli. Po raz pierwszy od czasu opuszczenia Tar Valon widział Erinin tak zatłoczoną. W zasięgu wzroku dostrzec mógł przynajmniej tuzin płynących łodzi, od długiego, ostrodziobego splintera, pnącego się w górę rzeki pod prąd, pchanego dwoma trójkątnymi żaglami, do szerokiego, pełnodziobego statku z kwadratowymi żaglami, wytrwale płynącego z nurtem ku północy.
Niemalże połowa statków, które widział nie miała nic wspólnego z handlem rzecznym. Dwa statki o szerokich, pustych pokładach ospale poruszały się w poprzek nurtu, w kierunku mniejszego miasteczka na przeciwnym brzegu, podczas gdy trzy inne płynęły do Aringill, z ludźmi upakowanymi na pokładach jak baryłki z rybą. Zachodzące słońce, wciąż jednak jeszcze zawieszone wysoko nad horyzontem, ocieniało sztandar, powiewający nad tym miasteczkiem. Brzeg był cairhieński, nie musiał jednak widzieć godła na sztandarze, by wiedzieć, że jest to Biały Lew Andoru. Wystarczająco wiele mówiono o tym w tych kilku andorańskich wioskach, gdzie „Szara Mewa” na krótko się zatrzymywała.