Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-501-2
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]». Краткое содержание книги:
— On jest dyschronowany — uznała Verity. — Ned, ten słoń niesie howdah pełen bananów i ananasów dla orła z widelcem.
— To nie jest widelec — zaprzeczyłem. — To płonący miecz. I to nie orzeł, tylko archanioł strzegący bramy do Edenu. Albo do zoo.
— Naprawdę jest ohydna — stwierdziła pani Bittner. — Nie wiem, co sobie myślałam. Pewnie po tych wszystkich podróżach sama miałam lekką dyschronię. I tam było mnóstwo dymu.
Verity obejrzała się i popatrzyła na nią, a potem na mnie.
— Ile podróży pani zrobiła? — zapytała wreszcie.
— Cztery — odpowiedziała pani Bittner. — Nie, pięć. Pierwsza się nie liczy. Przeszłam za późno. Cała nawa się paliła i prawie się dusiłam od dymu. Wciąż jeszcze mam kłopoty z płucami.
Verity wciąż patrzyła na nią i próbowała zrozumieć.
— Pięć razy skakała pani do katedry? Pani Bittner przytaknęła.
— Miałam tylko parę minut po wyjściu służby pożarowej, zanim pożar się rozprzestrzenił, a poślizg ciągle przerzucał mnie później, niż chciałam. Zdążyłam zrobić tylko pięć.
Verity rzuciła mi niedowierzające spojrzenie.
— Proszę mi podać to okrągłe pudło — zwróciła się do niej pani Bittner. — Za drugim razem mało mnie nie przyłapali.
— To byłem ja — wyznałem. — Widziałem, jak pani biegnie w stronę sanktuarium.
— To był pan? — zaśmiała się, przykładając rękę do piersi. — Myślałam, że to rektor Howard i że mnie aresztują za szaber.
Verity podała jej pudło, a ona zdjęła pokrywę i zaczęła szperać wśród bibułki.
— Zabrałam strusią nogę biskupa za ostatnim razem. Próbowałam dotrzeć do Kaplicy Kowali, ale tam się paliło. Przebiegłam na drugą stronę do Kaplicy Farbiarzy i zdjęłam z ołtarza świeczniki z brązu, ale były za gorące. Upuściłam jeden, który potoczył się pod ławkę. A ja go znalazłem i pomyślałem, że podmuch go tam rzucił, przypomniałem sobie.
— Pobiegłam po niego — ciągnęła rzeczowo pani Bittner, rozkładając bibułkę — ale krokwie już się waliły, więc zawróciłam na początek nawy i zobaczyłam, że organy się palą, wszystko się pali… drewniane rzeźby, chór i sanktuarium… cała piękna, piękna katedra… i nie mogłam niczego uratować. Nie myślałam, po prostu chwyciłam pierwsze, co mi wpadło w rękę, i pobiegłam do sieci, rozsypując chryzantemy i rozlewając wodę. — Wyjęła kłąb bibułki i rozwinęła świecznik z brązu. — Dlatego mam tylko jeden.
Pan Dunworthy mówił, że ona nie zna strachu, i chyba naprawdę nie znała, skoro tak biegała wśród płonących krokwi i spadających bomb, z siecią otwartą Bóg wie gdzie i bez żadnej gwarancji, że pozostanie otwarta, bez żadnej gwarancji, że dach się nie zawali. Spojrzałem na nią z podziwem.
— Ned — rozkazała — przynieś mi ten obraz. Ten zasłonięty kołdrą.
Przyniosłem, a ona ściągnęła kołdrę z wizerunku Chrystusa ze zbłąkaną owieczką w ramionach. Verity, która stała za mną, chwyciła mnie za rękę.
— Reszta jest tutaj — oznajmiła pani Bittner. — Pod plastikiem.
I była. Haftowany obrus na ołtarz z Kaplicy Kowali. Grawerowany cynowy kielich. Drewniana skrzynia z szesnastego wieku. Mały posążek św. Michała. Średniowieczne emaliowane cyborium. Srebrny kandelabr, w którym jeszcze tkwiły świece. Mizerykordia, na której wyrzeźbiono jeden z Siedmiu Miłosiernych Uczynków. Paliusz czapnika. Georgiańska płyta ołtarzowa. I drewniany krzyż z Kaplicy Pasamoników, z dzieckiem klęczącym u jego stóp.
Wszystkie skarby katedry Coventry.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
Harris zapewnił mnie, że to przepiękny labirynt i że nieźle go poznał. Postanowiliśmy w drodze powrotnej namówić Jerzego, by tam wszedł.