Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy
- Автор: Grzedowicz Jaroslaw
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy». Краткое содержание книги:
Gdzieś między Niebem a Piekłem istnieje Świat Pomiędzy – ponure miejsce, po którym błąkają się zagubione dusze i demony. Główny bohater – ekscentryczny profesor etnologii – posiadł dar przenoszenia się tam we śnie i odsyłania dusz w zaświaty. Nie robi tego jednak za darmo – niczym mityczny Charon pobiera od swoich klientów opłaty w postaci informacji o ukrytych za życia kosztownościach. Pewnego dnia umiera jego przyjaciel – zakonnik Michał. Jak się później okazuje, za jego śmiercią stoi pewna sekta zainteresowana Światem Pomiędzy.
Fabuła nie powala świeżością. Jeśliby na jednym biegunie postawić wręcz fanatycznie szukającego oryginalności Dukaja, to na drugim znalazłby się posługujący się znanymi wszystkim wątkami i kliszami Grzędowicz. W tym wypadku to jednak nie zarzut – autora Księgi jesiennych demonów można by porównać do DJa remixującego stare hity tak, że powstaje nowa, porywająca jakość. Widać to było wyraźnie w Wilczej Zamieci, gdzie wojenna historia przenikała się ze skandynawską mitologią albo w – będącym połączeniem klasycznych heroic fantasy i hard science-fiction – Panu Lodowego Ogrodu. Tym razem mamy coś pomiędzy intrygą a'la Kod da Vinci, horrorem a mroczną baśnią kojarzącą się miejscami z filmami Burtona. Coś w tym jednak zgrzyta, poszczególne elementy nie chcą się zazębiać a obraz pozostaje niespójny. Świat Pomiędzy wydaje się być przekombinowany i przeładowany, ot taka rupieciarnia – komiks, ezoteryzm, świadome śnienie, wojna światowa, historyczne spiski, dziwaczne zasady walki. Gdyby to był film, można by powiedzieć, że za dużo w nim efektów specjalnych, w dodatku kiczowatych i topornych. Uśmiech politowania wywołuje scena z nagą wiedźmą jadącą na motorze. Czyżby autor przed przystąpieniem do pisania oglądał zbyt dużo grafik Luisa Royo?
Śmiało można uznać Grzędowicza za lingwistycznego minimalistę, chociaż brakuje mu jeszcze trochę do Vonneguta. Pisze prosto, przejrzyście i bardzo efektownie. Rzadkie, ale trafne środki stylistyczne powtarzane jak mantra frazy (w tym wypadku popiół i kurz) budują sugestywny i wciągający klimat. To się po prostu czyta. W końcu mamy do czynienia z literaturą rozrywkową. Tym razem jednak przymiotnik ten zaczyna mieć znaczenie pejoratywne. Powieść wydaje się być błaha, zbyt lekka w porównaniu z poprzednimi dziełami Grzędowicza. Zawiedzie się ten, kto liczył na powtórkę nastroju z Księgi Jesiennych demonów. Popiół i kurz to zupełnie inny horror pozbawiony tego ciężaru emocjonalnego, tego wejrzenia w ludzką psychikę. To horror akcji, w którym liczą się przerażające zjawy i ponure krajobrazy. Małe echa debiutu Grzędowicza wracają w środku historii, podczas spotkania z wdową, ale nostalgiczna atmosfera szybko zostaje rozwiana przez odgłosy strzelanin. Nawet postać głównego bohatera – outsidera próbującego normalnie żyć – nie wydaje się być dramatyczna. Jego próby powrotu na łono społeczeństwa mają charakter komediowy. To bardziej heros z komiksu niż człowiek z krwi i kości.
Grzędowicz jest artystą poszukującym i może świadomie zapuścił się w rejony skrajnie pulpowej fantastyki. Może chciał też zaspokoić głód oczekujących na drugi tom Pana… czymś lekkostrawnym. Niestety, zamiast tego mocno zaniepokoił.
Zachowywałem się, jakbym miał do czynienia z bombą. Ostrożnie przeciąłem szary sznurek, starannie odwinąłem papier i obejrzałem go ze wszystkich stron, niemal obwąchałem, ale okazał się zwykłym, brązowym papierem do pakowania kupionym w sklepie papierniczym.
Szachownica. I dwie książki, jedna o nic niemówiącym tytule „Mistycy i pustelnicy we wczesnym chrześcijaństwie” oraz Biblia. Niewielka, drukowana na bibułce, oprawiona w czarne płótno, taka, jaką czasem można znaleźć w tradycyjnych hotelach. W życiu ich nie widziałem na oczy i to z pewnością nie były moje książki.
Jego szachownica. Nie miał wiele dobytku i w ogóle nie przywiązywał się do przedmiotów. Wyjątkiem była ta szachownica. Stara, chyba dziewiętnastowieczna szachownica podróżna, wykonana z kilku gatunków drewna o różnych kolorach. Podejrzewam, że dla niego, mieszkającego pół życia w zakonnej kwaterze, wiecznie wyruszającego w tajemnicze podróże i sypiającego po jakichś pokojach gościnnych albo pielgrzymich noclegowniach, stanowiła namiastkę domu. Wiedział, że ja mam własną, bo grał na niej milion razy.
Pomyślałem, że chyba przeczuwał, iż jego czas się kończy.
To był znak. Ale byłem pewien, że kryje się za tym coś więcej i że chciał przekazać mi jeszcze coś konkretnego. Szukałem jakiejś informacji. Nie wiem już, czego. Szyfru? Napisu atramentem sympatycznym?
Adres na papierze wpisał ktoś inny. Michał stawiał kwadratowe, identyczne litery, równo jak drukarka. Ten, co pakował szachownicę, nagryzmolił cienkie, rozchwiane znaczki, jakby pająk łaził po papierze. Wyglądało na to, że paczkę otwarto, sprawdzono, co jest w środku, i zapakowano ponownie. Jeżeli cokolwiek było napisane na papierze od środka, poszło i tak do pieca. Jeżeli był jakiś list, z pewnością spotkało go to samo. Gruntownie wysprzątano pokój. Zniknęły wszystkie rzeczy Michała. Odmalowano ściany. Pochowano ciało pospiesznie, w miejscu niedostępnym dla nikogo, poza zakonnikami.
Młody mnich twierdził, że Michał zmarł w kaplicy, leżąc krzyżem. Przeor, że leżał w łóżku i odszedł w czasie snu. Na podłodze były ślady krwi.
I ciernie.
Nie znam się na zakonnych obyczajach, ale dla mnie to wszystko wyglądało raczej tajemniczo.
Michał nie wierzył w tajemnice. To też było dla niego charakterystyczne. Zbierał książki i filmy o spiskach, I ale głównie po to, żeby się z nich wyśmiewać. Kolekcjonował teorie spiskowe, zwłaszcza religijne, i pękał nad nimi ze śmiechu.
„Spisek to są ludzie – powiedział kiedyś. – Nie twierdzę, że spisków nie ma, tylko że są tym, czym każda zmowa kilku osób. Chodzi o to, że nie ma żadnych konspiracji rządzących światem, Kościołem albo choćby i Watykanem. Są kliki. W historii wielu ludzi oczywiście próbowało, ale to się kończy błazenadą, jak masoneria. Ceremoniałem, klubem bogatych snobów nadających sobie dziwne tytuły – i tyle. To jest nieskuteczne. Spisek, powiedzmy, siedmiu mędrców, będzie miał taki wpływ na świat, jaki może mieć siedmiu facetów i to tylko przy nierealistycznym założeniu, że będą się zawsze trzymali swoich zasad, niczego nie wychlapią i nigdy się nie pokłócą choćby co do metod. Spisek sześciuset sześćdziesięciu sześciu, nawet jeżeli będą wpływowi, zamieni się w jeden bajzel. Choćby mieli rządzić światem, zamienią się w ONZ. Upłyną dwa miesiące i nie będą w stanie dogadać się nawet, która jest godzina. Zaraz rozpadną się na sześćdziesiąt małych spisków. Mafia?! To nie jest spisek, tylko bardzo konkretna konspiracja o ograniczonym polu działania. Mafia nie rządzi światem, tylko zarabia forsę. Zresztą nie jest bardziej tajemnicza niż Microsoft. Skuteczność mafii polega na nieudolności prawa i tyle”.
Najbardziej lubił teorie o spiskach kościelnych. Mógł z tego szydzić godzinami.
„Na»Ostatniej wieczerzy«jest namalowana Maria Magdalena, żona Jezusa?! Bo ta postać wygląda na dziewczynę? Połowa postaci u Leonarda tak wyglądała! Rysował androgynicznych młodzieńców! Lubił albo taka była maniera. A gdzie w takim razie na tym obrazie jest Jan? Poszedł na kebab?! A gdyby coś takiego miało miejsce, to skąd akurat Leonardo miałby o tym wiedzieć?”.
„A Maria Magdalena uciekła do Galii?! A dlaczego nie do Ameryki? Proszę cię! Nauczała Galów?! Po aramejsku? To gdzie jest kult, który by stworzyła? Gdzie kościoły, wierni? Co to w ogóle jest za nowość? Przecież ta bzdura była już w»Sangrail święta krew«dwadzieścia lat temu. Jeden koleś ukręcił sobie życiorys, z którego wynikało, że jest potomkiem Merowingów, samego Jezusa, Bilbo Bagginsa i nie wiadomo kogo jeszcze. Sfałszował kupę dokumentów, schował przemyślnie, a potem nagle odkrył”.
„Maria Magdalena nie mogła być Marią z Betanii, bo była z Magdali! Magdalena to znaczy»ta z Magdali«, chyba wiedziała, gdzie mieszka?”.
I tak dalej!
Nie o to chodzi, że myśmy się godzinami kłócili. To była taka rozrywka. Taka sama, jak szachy czy go. Wywlekałem jakieś teorie, prowokowałem Michała, a on nigdy nie miał dosyć. Wywlekałem templariuszy, katarów, Borgiów, Bractwo Syjonu, papieżyce i diabli wiedzą, co jeszcze.
Takie intelektualne dżudo.
Ciekawe, co powiedziałby teraz, bo według mnie wszystko wskazywało na to, że padł ofiarą spisku.
Otworzyłem pudło szachownicy i zobaczyłem komplet drewnianych figur, umieszczonych w wyłożonych wytartym aksamitem przegródkach.
To wszystko, co po nim zostało. Szachy.
Rozpacz straty po kimś bliskim przychodzi właśnie tak – falami. Najczęściej, kiedy natrafisz na jakiś porzucony ślad po człowieku. Coś, czego już nigdy nie dotknie, ciastko, którego nie zje, rzeczy, których nie dokończy.
Obmacałem pudło, szukając skrytek, ukrytych wiadomości, ostukałem nawet figury.
Przekartkowałem książki i też nie zauważyłem niczego szczególnego. Żadnych włożonych do środka listów, żadnych zapisków na marginesach.
Postanowiłem je przeczytać, w nadziei, że tam znajdę odpowiedź.
Przyszło mi do głowy, że może paczka była dla kogo innego i że istniały jakieś powody, dla którego wysyłał temu komuś i swoje szachy, Biblię i książkę. Może siostrze? Ale wiedziałem, że się oszukuję i że odpowiedzi nie znajdę po tej stronie rzeczywistości.
A potem położyłem ręce na stole i powiedziałem sobie: nie.
Nie byłem w świecie Pomiędzy od ponad trzech miesięcy. To rodzaj odwyku. Chciałem zapomnieć o cieniu śmierci, który bez przerwy mnie prześladował. Przestać rozmawiać z duchami. Wyzdrowieć. Związać się na stałe z jakąś kobietą. Może się nawet, kto wie, ożenić. Żyć jak wszyscy.
Chodziło też o to, że nigdy nie byłem pewien, które z moich przygód w tamtym, innym świecie miały rzeczywiście miejsce, a które stanowiły moje urojenia. Nie wiem, co było pierwsze. Czy kiedyś zwariowałem, bo Kraina Półsnu wyciągała po mnie macki, czy widziałem ją, bo mi odbiło.
Wystarczyło zejść do piwnicy. Otworzyć ogniotrwałe, udające ścianę drzwi i zobaczyć półki z paczkami banknotów, słoiki złotych monet i puszki po herbacie wypełnione obrączkami. Tylko że mnie przerażały. Przerażała mnie wizja wariata snującego się nocami po mieście w lunatycznym transie i mordującego przechodniów, a potem zbierającego łupy w piwnicy i wmawiającego sobie, że dostał je od umarłych.
A istniała i taka hipoteza.
Więc nie wydobywałem syberyjskiej nalewki, którą nauczył mnie robić Siergiej Cziornyj Wołk, nie zapadałem w trans i nie wychodziłem ze swojego ciała, żeby udać się pod szalone niebo świata Pomiędzy.
Trzy miesiące, osiem dni, czternaście godzin.
Nie.
Odwyk. Płaciłem swoją cenę. Znowu zaczęły nękać mnie koszmary, tak jak w dzieciństwie. Oglądałem morderstwa, egzekucje i samobójstwa. Co noc. Ostatnio, ilekroć zamknąłem oczy, widziałem kwadrat małego podwórka z żółtym murem zwieńczonym spiralami kolczastej taśmy drutu żyletkowego, drzwi jakiegoś garażu i młodego, dygocącego z przerażenia człowieka w szarooliwkowym mundurze. Człowieka prowadzonego przez kilku ludzi w podobnych uniformach, ale też w kociołkowatych hełmach, na których gęstą, maskującą siatkę umocowano szerokimi opaskami czarnej taśmy klejącej. Taszczą karabiny i obwieszone sprzętem kamizelki.
Widzę jego młodziutką, gładką twarz, teraz szarobladą, i wytrzeszczone czarne oczy pod kędzierzawymi włosami. Widzę, że nie wierzy w to, co widzi.
Widzę, jak mdleją pod nim nogi, jak prowadzący żołnierze chwytają go pod pachy, żeby nie upadł, jak czubki jego spadochroniarskich butów orzą bezwładnie rudy piach podwórka. Jeden z nich odpina od kamizelki plastikową pętlę jednorazowych kajdanek i przewleka linkę przez takie same kajdanki, którymi chłopak ma spięte nadgarstki, a następnie usiłuje zapiąć ją przez skobel drzwi do garażu, ale dłonie trzęsą mu się tak, że nie może sobie z tym poradzić.
Widzę, jak zakładają mu na głowę torbę z supermarketu, pokrytą dziwnymi, kwadratowymi literami, i jak ta torba co chwila przysysa mu się do otwartych przerażonych ust. Słyszę krzyk – gardłowe, niewyraźne słowa w języku, którego nie znam, lecz wiem, że oznaczają „bracie, dlaczego?”. Krzyk stłumiony przez jednorazową, granatowo-żółtą torbę z supermarketu, krzyk, który tonie w łomocie salwy.