Miasto i miasto [The City & The City - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-556-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…
Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
Domy w Besźel były zbudowane z cegły i otynkowane. Z każdego gapiły się na mnie domowe lary, małe, człekokształtne maszkarony o budlejowych brodach. Przed kilkoma dziesięcioleciami ta okolica nie była jeszcze tak podupadła. Ulica była hałaśliwa, krążyli po niej młodzi urzędnicy w ciemnych garniturach oraz inni ważni goście. Za budynkami po północnej stronie kryły się wówczas obszary przemysłowe, a przy zakręcie płynącej dalej rzeki usytuowano ruchliwe przystanie. Teraz zostało tam tylko cmentarzysko żelaznych szkieletów.
W owych czasach zajmujący tę samą przestrzeń region Ul Qomy był znacznie spokojniejszy. Obecnie jednak zrobił się zdecydowanie hałaśliwszy. Sąsiedzi wyprzedzili nas w ekonomicznej antyfazie. Gdy rzeczny handel w Besźel podupadł, gospodarka w Ul Qomie zaczęła rozwijać się szybciej i teraz po wytartym bruku przeplotu chodzi więcej cudzoziemców niż besźan. Wszystkie jeszcze niedawno zaniedbane ulqomańskie budynki, zwieńczone blankami siedliska gawronów w lumpenbarokowym stylu — oczywiście ich nie widziałem, przeoczałem je starannie, ale i tak bezprawnie zapisywały się w moim umyśle, choćby nawet w niewielkim stopniu, a zresztą pamiętałem ten styl ze zdjęć — poddano renowacji i znajdowały się w nich teraz galerie handlowe oraz nowo założone przedsiębiorstwa z domenami.uq.
Śledziłem numerację miejscowych domów. Rosła seriami, przerywanymi przez cudzoziemskie alteracje. W Besźel okolica była słabo zaludniona, ale za granicą sprawy miały się inaczej. Roiło się tam od młodych, elegancko ubranych ludzi interesu i po wyjściu z tramwaju musiałem ich przeoczać i omijać jednocześnie. Ich głosy były dla mnie tylko cichym, niezrozumiałym szumem. Taka zdolność niesłyszenia wymaga wielu lat ćwiczeń. Wreszcie dotarłem do budynku o smołowanej fasadzie, pod którym czekała Corwi w towarzystwie mężczyzny o niezadowolonej minie. Staliśmy razem w niemal wyludnionej dzielnicy Besźel, otoczeni przez gęsty, niesłyszany tłum.
— Szefie, to jest Pall Drodin.
Drodin był wysokim, chudym mężczyzną zbliżającym się do czterdziestki. W uszach nosił kilka kolczyków, a na sobie miał skórzaną kurtkę pełną insygniów rozmaitych wojskowych i innych organizacji, do których z pewnością nie należał, a także dziwnie eleganckie, choć brudne spodnie. Trzymał w ustach papierosa, łypiąc na mnie z irytacją.
Nie został aresztowany. Corwi go nie zatrzymała. Przywitałem ją skinieniem głowy, a potem zatoczyłem powolny półokrąg, przyglądając się otaczającym nas budynkom. Oczywiście zatrzymywałem spojrzenie tylko na tych, które były w Besźel.
— Przekroczeniówka? — zapytałem. Drodin spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Szczerze mówiąc, Corwi również, ale ona zdołała to ukryć. — Myśli pan, że obserwują nas ukryte moce? — zapytałem, gdy nie odpowiadał.
— Tak, nie, tak. — Wyglądał, jakby miał do mnie pretensję. Jestem pewien, że rzeczywiście tak było. — Jasne. Jasne. Pyta mnie pan, gdzie oni są? — To w sumie raczej bezużyteczne pytanie, ale żaden besźanin czy ulqomanin nie potrafi się od niego uwolnić. Drodin cały czas patrzył tylko w moje oczy. — Widzi pan ten budynek po drugiej stronie? Ten, gdzie kiedyś była fabryka zapałek? — Prawie stuletnie, obłażące malowidło na ścianie przedstawiało uśmiechniętą salamandrę w koronie z płomieni. — Czasem można tam coś zobaczyć. No wie pan, coś, czego nie powinno tam być.
— Widział pan, jak się materializują? — Znowu zrobił niespokojną minę. — Myśli pan, że tam właśnie się objawiają?
— Nie, nie. Doszedłem do tego wniosku drogą eliminacji.
— Drodin, niech pan wchodzi. Za chwilkę przyjdziemy. — Skinęła głową i mężczyzna wszedł do budynku. — Kurwa, o co tu chodzi, szefie?
— Masz jakiś problem?
— Mówię o tym syfie z Przekroczeniówką… — wypowiadając ostatnie słowo, ściszyła głos. — Co ty kombinujesz? — Nie odpowiedziałem. — Staram się ustalić tu hierarchię władzy i to ja mam być na jej szczycie, nie Przekroczeniówka, szefie. Nie potrzebuję w tej sprawie takiego syfu. Skąd przychodzą ci do głowy takie niesamowite pomysły?
Nadal milczałem. Potrząsnęła głową i poprowadziła mnie do środka. Front Solidarności Besźqomańskiej nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do dekoracji wnętrz. Były tam dwa pokoje, dwa i pół, jeśli lekko naciągnąć definicję, a także pełno szafek oraz półek zastawionych książkami i segregatorami. W jednym z kątów pustą ścianę oczyszczono, by służyła jako tło. Stało tam puste krzesło, na które była skierowana kamera internetowa.
— Stąd nadajemy programy — wyjaśnił Drodin, zauważywszy, gdzie patrzę. — Sieciowe.
Zaczął mi podawać adres internetowy, ale potrząsnąłem głową.
— Kiedy tu weszłam, wszyscy poza nim natychmiast się zwinęli — poinformowała mnie Corwi.
Drodin siedział za biurkiem w pokoju na zapleczu. Były tam jeszcze dwa krzesła. Nie zaproponował, byśmy usiedli, ale i tak to zrobiliśmy. Tam również było pełno walających się na półkach książek oraz brudny komputer. Na jednej ze ścian wisiał wielki plan Besźel i Ul Qomy. Żeby uniknąć zarzutów, zaznaczono na nim granice oraz rozmaite strefy-jednolite, alteracje i przeploty — ale ostentacyjnie zrobiono to na bladoszaro. Przez pewien czas siedzieliśmy bez słowa, wpatrując się w siebie.
— Posłuchajcie — zaczął wreszcie Drodin. — Wiem… rozumiecie, nie jestem przyzwyczajony do… Policja mnie nie lubi. Rozumiem to. — Milczeliśmy Bawił się przez chwilę leżącymi na biurku przedmiotami. — Ale nie jestem kapusiem.
— Jezu, Drodin — obruszyła się Corwi. — Jeśli chce pan rozgrzeszenia, niech pan pójdzie do spowiedzi.
On jednak mówił dalej.
— Chodzi o to… Jeśli to ma coś wspólnego ze sprawami, w które się angażowała, dojdziecie do wniosku, że byliśmy w to zamieszani. Może rzeczywiście mieliśmy z tym coś wspólnego, a ja nie chcę dać nikomu pretekstu do wysuwania przeciwko nam oskarżeń. Jasne? Jasne?
— Starczy już tego pieprzenia — warknęła Corwi. Rozejrzała się po pokoju. — Myśli pan, że jest sprytny, ale jak się panu zdaje, ile wykroczeń mam teraz przed oczyma? Na przykład, ten plan. Wydaje się wam, że jest starannie wyrysowany, ale nie trzeba by szczególnie patriotycznego prokuratora, żeby zinterpretować go w sposób, który zaprowadzi was za kratki. Co jeszcze? Mam sprawdzić te książki? Ile tytułów jest na indeksie? A może mam obejrzeć wasze akta? Na waszych ścianach jest napisane „Pogwałcenie besźańskiej suwerenności II stopnia”, literami jasnymi jak neon.
— Taki jak w klubowych dzielnicach Ul Qomy — dodałem. — Ulqomański neon. Podobają się panu, Drodin? Woli je pan od miejscowych?
— Doceniamy pańską pomoc, panie Drodin — dodała Lizbyet — ale nie oszukujmy się co do pańskich motywów.
— Nic nie rozumiecie — wymamrotał. — Muszę osłaniać towarzyszy. Dzieją się bardzo dziwne rzeczy.
— No dobra — podjęła Corwi. — Wszystko jedno. To jak wygląda prawda, Drodin? — Wyjęła fotografię Fulany i położyła ją przed nim na biurku. — Niech pan powie mojemu szefowi to, co zaczął pan mówić mnie.
— Tak, to ona — potwierdził. Oboje pochyliliśmy się nad blatem w idealnie zsynchronizowanym ruchu.
— Jak się nazywała? — zapytałem.
— Podała nam nazwisko Byela Mar. — Drodin wzruszył ramionami. — Tak powiedziała. Wiem, jak to brzmi, ale co więcej mogę wam powiedzieć?
To był oczywisty pseudonim, stanowiący jednocześnie zgrabną grę słów. Byela to besźańskie imię nadawane dzieciom obu płci. Nazwisko Mar czasem się spotyka. Niemniej jedno i drugie razem wymawia się podobnie do zwrotu byé lai mar — dosłownie „tylko przynęta”. To rybackie powiedzenie oznaczające coś niegodnego uwagi.