Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
Ale nic z tego, wzięła to za żart. Widziałem, jak się zbiera, żeby poznać szczegóły, zapytać o moją pracę, co doprowadzi do pytań o mnie, co doprowadzi…
— Powiedz mi, jak to jest — rzuciłem gładko — żyć z przerabiania ludziom mózgów.
Chelsea skrzywiła się; motyl na policzku zatrzepotał nerwowo przy tym ruchu. Pojaśniały mu skrzydełka.
— Jezu, to brzmi jakbyśmy robili z nich zombiaków, czy coś takiego — odparła. — Z reguły chodzi o drobne podregulowanie. Zmiana gustów muzycznych czy kulinarnych, no wiesz, optymalizacja kompatybilności partnerskiej. Wszystko całkowicie odwracalne.
— Nie ma do tego leków?
— Nie. Za dużo rozwojowych różnic między mózgami; tu chodzi o naprawdę precyzyjne celowanie. Ale to nie polega tylko na mikrochirurgii i wypalaniu synaps. Zdziwiłbyś się, ile rzeczy można zrobić nieinwazyjnie. Mnóstwo kaskadowych reakcji da się wywołać po prostu przez odtworzenie odpowiednich dźwięków w odpowiedniej kolejności, albo pokazując obrazki o odpowiednich proporcjach geometrii i emocji.
— To chyba jakieś nowe techniki.
— Nie bardzo. Rytm i muzyka polegają w sumie na tym samym. My zrobiliśmy tylko naukę ze sztuki.
— Tak, ale kiedy? — Na pewno niedawno. Ostatnie dwadzieścia lat, czy coś koło tego…
Nagle zniżyła głos.
— Robert opowiadał mi o twojej operacji. Jakaś wirusowa epilepsja, tak? Kiedy byłeś jeszcze maluchem.
Nigdy nie prosiłem go wprost, żeby trzymał to w tajemnicy. Właściwie, co za różnica? Przecież wyzdrowiałem.
A poza tym Pag dalej sądził, że to przydarzyło się komuś innemu.
— Nie znam dokładnie twojego przypadku — ciągnęła łagodnie Chelsea. — Ale tak na oko, techniki nieinwazyjne by nie pomogły. Na pewno zrobili co trzeba.
Ona mi się podoba. Próbowałem stłumić tę myśl.
I wtedy coś poczułem: dziwne, nieznane uczucie, jakby ktoś mi poluzował kręgi. Fotel za plecami nagle w nieokreślony, subtelny sposób stał się wygodniejszy.
— Zresztą, odkąd rynek przebił się przez dno, za wiele tego nie robię. Ale zostało mi po tym upodobanie do spotkań twarzą w twarz, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
— Tak. Pag mówił, że uznajesz tylko seks w pierwszej osobie.
Kiwnęła głową.
— Jestem bardzo staroświecka. Nie przeszkadza ci to?
Nie miałem pewności. W realu byłem dziewicą — jedna z nielicznych cech wspólnych z resztą cywilizowanego świata.
— Teoretycznie nie. Tylko wydaje się, że to, wiesz… spory wysiłek, a nagroda taka sobie.
— Mnie też. — Uśmiechnęła się. — Prawdziwi partnerzy do pieprzenia nie są retuszowani. Mają swoje życzenia i potrzeby, których nie da się wykasować. Czy można kogoś winić za to, że teraz, kiedy już jest wybór, daje sobie spokój z tym wszystkim? Człowiek się zastanawia, jak naszym rodzicom w ogóle udawało się pozostawać razem.
A przydałoby się wiedzieć „dlaczego”. Poczułem, że zapadam się głębiej w fotel, i zdziwiłem tym nowym odczuciem. Mówiła, że ta dopamina jest jakaś podkręcona. Pewnie tak.
Nachyliła się ku mnie, bez nieśmiałości, bez kokieterii, ani na chwilę w tym długofalowym mroku nie przerywając kontaktu wzrokowego. Czułem ostry, cytrynowy zapach mieszającej się na jej skórze chemii i feromonów.
— Wiesz, jak już poznasz zasady, są też zalety — powiedziała. — Ciało ma dobrą pamięć. Aha, Siri, ty wiesz, że pod prawą ręką nie masz ładowarki, prawda?
Popatrzyłem. Palcem wskazującym lewej ręki dotykałem jednego z dotykowych pulpitów; prawa, kiedy nie patrzyłem, odzwierciedliła ten ruch, bezsensownie postukując palcem w pusty blat.
Zabrałem ją.
— Taki dwustronny tik — przyznałem. — Kiedy nie zwracam uwagi, ciało ukradkiem przyjmuje symetryczną pozycję.
Czekałem na żart, a przynajmniej uniesioną brew. Chelsea tylko skinęła głową i podjęła wątek.
— No to jeśli jesteś zainteresowany, to ja też. Nigdy wcześniej nie kotłowałam się z syntetykiem.
— Żargonauta też może być. Nie nadymam się.
— Czy ty zawsze dokładnie wiesz co powiedzieć? — Spojrzała na mnie z ukosa. — A twoje imię? Co oznacza?
Odprężony. Tak właśnie się poczułem. Odprężony.
— Nie wiem. Imię i tyle.
— To za mało. Jeśli przez jakiś czas mamy się wymieniać śliną, musisz mieć imię, które coś oznacza.
A mieliśmy — właśnie sobie uświadomiłem. Chelsea, pod moją nieuwagę, zdecydowała. Mogłem przerwać wszystko w tym punkcie, wytłumaczyć jej, że to bardzo kiepski pomysł, przeprosić za nieporozumienie. Ale byłyby zranione spojrzenia, zranione uczucia i poczucie winy, bo po cholerę w ogóle przyłaziłem, skoro nie byłem zainteresowany?
Wyglądała sympatycznie, nie chciałem jej zranić.
Tylko na trochę, powiedziałem sobie. W ramach zbierania doświadczeń.
— Chyba nazwę cię Cygnus — powiedziała Chelsea.
— Łabędź? — zapytałem. Trochę wymyślne, ale mogłoby być gorzej.
Pokręciła głową.
— Nie. Czarna dziura. Cygnus X-1.
Zmarszczyłem groźnie brwi, ale rozumiałem dokładnie, co ma na myśli: ciemny, gęsty obiekt, który wsysa światło i niszczy wszystko po drodze.
— Bardzo, kurwa, dziękuję. A czemu?
— Nie jestem pewna, ale masz w sobie coś mrocznego. — Wzruszyła ramionami i rzuciła mi szeroki uśmiech. — To nie jest nieatrakcyjne. Raz czy dwa pozwolisz mi się podregulować i zobaczysz — wyrośniesz z tego wszystkiego.
Pag przyznał potem z pewnym zażenowaniem, że chyba powinienem dostrzec w tym ostrzeżenie. Człowiek uczy się całe życie.
Liderzy to wizjonerzy ze słabo rozwiniętym uczuciem strachu, nierozumiejący jakie mają szanse.